czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 7

- C-c-co? - Pytam się i mocniej opieram się o murek, ponieważ czuję, że zaraz mogę zemdleć - gdzie jesteście? - mój głos jest ochrypły i bardzo cieńki. Matka podaje mi adres szpitalu i się rozłącza.
- Co się dzieje? - pyta Shawn. Uznałabym, że z troskliwości, ale w tej chwili jest mi to obojętne.
- Jared jest w szpitalu - szepczę - umiera.
- Boże - mówi Shawn - zawiozę cię, podaj mi adres - bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę swojego auta, ale się wyrywam.
- Nie - staram się brzmieć zdecydowanie - pojadę metrem - nie mogę go w to wciągnąć, nawet jeśli chodzi tylko o odwiezienie. On nie jest świadomy tego, co by go spotkało. Do tego pod szkołą na pewno kręcą się osoby od Ryana, a go nie obchodziłoby nawet to, że prawie tu zeszłam.
- Jak pojedziesz metrem, to będziesz na pewno wolniej niż gdybyś wsiadła do mojego auta.
Rozglądam się wokół. Panika z każdą sekundą rośnie, ponieważ czym dłużej tu stoję, tym mam krótszą możliwość porozmawiana z Jaredem. Wymazuję szybko obraz śmierci Jareda z głowy. Wtem widzę Toma.
- Pojadę z Tomem, później się skontaktujemy - kończę naszą rozmowę i biegnę do Toma. Stoi zdziwiony, ale gdy ciągnę go za rękaw nie opiera się. Tom ma motocykl więc mam nadzieję, że z łatwością wyminiemy korki.  Zadaje mi pytanie dotyczące co się stało. Pokrótce mu opowiadam i instruuje gdzie ma pojechać. Dojeżdżamy do szpitala. Szybko schodzę z motoru, przytulam Toma i biegnę do recepcji.
- Gdzie leży Jared Vallence? - pytam, dysząc. Jestem bardzo zmęczona moim krótkim biegiem. Nie mam złej kondycji, ale wszystko to dzieje się przez stres.
- Czy jest pani kimś z rodziny? - zadaje mi pytanie znudzona recepcjonistka.
- Tak - odpowiadam szybko i pokazuję legitymację szkolną. Kobieta daje mi wskazówki dotyczące położenia sali Jareda. Na szczęście nie jest ona zbyt daleko położona od recepcji, więc znajduję się tam statystycznie krótkim czasie. Widzę zapłakaną matkę, która siedzi przed salą.
- Gdzie jest Jared? - pytam. Matka podnosi wzrok i patrzy na mnie zawistnym wzrokiem.
- To twoja wina! - krzyczy i wstaje z krzesła, a następnie podchodzi do mnie. Serce aż mi się kraja pod wpływem jej słów - to twoja, pieprzona, wina! To ty doprowadziłaś do tego, że Jared umiera! Ty suko! Ty powinnaś leżeć na jego miejscu!
Mam łzy w oczach i kręcę głową z przerażenia. Pomimo, że tyle razy na mnie krzyczała, nie mogę się do tego przyzwyczaić. Drzwi od sali, w której znajduje się Jared uchylają się delikatnie, a następnie otwierają na maksymalnosć rozwartość. Widzę tylko głowę osoby, która to zrobiła.
- Jared? - pytam i marszczę czoło. Nie, to nie może być on. Przecież on...
- Madison! - rozpoznaję jego głos. Biegnie prosto w moje ręce, a ja go mocno przytulam. Łzy lecą z moich policzków strużkami - czemu płaczesz, co się stało? - pyta.
- Przecież ty... - szepczę i odsuwam go delikatnie od siebie - mama mi powiedziała, że umierasz - marszczę czoło i słyszę chichot mojego brata.
- No nie do końca - mówi uśmiechnięty Jared - spadłem z drzewa. Pamiętasz to drzewo przy mojej podstawówce? Weszłaś na sam szczyt! Masz nawet zdjęcie kiedy tam jesteś i się uśmiechasz. Chciałem zrobić to samo, ale w połowie drogi po prostu ześlizgnęła mi się stopa. Miałem podejrzenie wstrząsu mózgu, ale na szczęście nic mi nie jest, upadłem tak fortunnie, że się tylko lekko poobijałem!
Potrząsam głową i spoglądam na moją matkę, która stoi niewzruszenie, a następnie wzrusza ramionami.
- No co? Inaczej byś nie przyjechała. Ale - mówi i podnosi jeden palec do góry - mógł mieć wstrząs mózgu, a to wszystko twoja wina. Jest mi bardzo przykro, że bierze ciebie jako przykład.
Kręcę głową z niedowierzania i ponownie kieruję spojrzenie na Jareda.
- Do kiedy tu zostajesz? - pytam się i ocieram swoje łzy. Co za idiotka z mojej matki.
- Kilka dni, zapewne do końca tygodnia. Właśnie, tata prosił bym ci to przekazał. Tata jest w pracy jakby co - dodaje  szybko, bo widzi, że chcę zadać pytanie dotyczące miejsca pobytu ojca - dzisiaj około dziewiętnastej jest spotkanie a'la, na którą miał iść tata z mamą, ale przez ten wypadek zrezygnowali z planów. Poprosił żebyś ty poszła zamiast nich.
- Tak - mówi matka i dodaje - z jakimś chłopakiem. Ale nie tym gówniarzem, który cię odwoził. On chyba nie ma miejsca bez tatuaży na ciele - mówiąc to, krzywi się. Okej, dobra, Tom jest wytatuowany i ma trochę kolczyków, ale z tego co wiem, wszystkie tatuaże mają dla niego jakieś znaczenie. Nie wygląda to źle moim zdaniem, a na pewno dodają mu charakteru.
- Jasne - przewracam oczami - więc niby kogo mam zaprosić? - prawie się śmiejąc, pytam. Nie mam osoby, którą lubię, jest chłopakiem i nie ma tatuaży, także - wszyscy z mojej ekipy mają to ozdobienie ciała, oprócz mnie i Claire. Nie na całym ciele jak Tom, ale jednak.
- Shawn Mendes - mówi matka i klaska w ręce.
- Boże - ponownie przewracam oczami - czy ty sobie ze mnie żarty robisz?
- Nie wzywaj imienia pana Boga nadaremno! - podnoszę jedną brew. Nigdy nie była wierząca, więc nie rozumiem dlaczego wyskakuje z takim tekstem - nie żartuję. Masz tam pójść.
- Pójdę, ale tylko ze względu na tatę, a nie na ciebie - spluwam. Ojcu naprawdę wiele zawdzięczam, pomimo, że jest bardzo zapracowany, znajduje codziennie dla mnie chwilę by porozmawiać albo pooglądać głupie filmiki na Youtube.
- Przekażę tę informację tacie - piszczy Jared i mnie delikatnie przytula, bo uważa na rękę.
- Dobrze, w taim razie jadę do domu - mówię i całuję go w policzek. Rumieni się i szybko biegnie do swojej sali. Nie żegnam się z matką, tylko odwracam na pięcię i schodzę na dół. Po drodze wyciągam telefon i dzwonię po taksówkę. Wychodzę na zewnątrz budynku i wybieram numer Shawna. Nie zdziwię się jeśli powie nie. To przypomina wykorzystywanie - krzyczę na niego i omijam cały tydzień, a następnie dzwonię z prośbą żeby poszedł ze mną na to spotkanie, imprezę, Bóg wie co.  Nie jestem bipolarna. Po prostu jestem pewna, że na tego typu spotkaniu na pewno nie pojawi się ani Ryan, ani nikt z jego ekipy. Na szczęście chyba nie każe mnie śledzić, także jest dobrze. Odbiera po dwóch sygnałach.
- Tak? - Słyszę jego zachrypnięty głos. Musiał spać, a ja go obudziłam.
- Hej Shawn, z tej strony Madison. Obudziłam cię? - słyszę ciche nie w słuchawce i wiem, że spał, ale kontynuję - posłuchaj, bo jest sprawa. Muszę iść na spotkanie zamiast moich rodziców, a nie chcę być tam sama. Poszedłbyś tam ze mną? Proszę, nie znam nikogo, kto zachowałby się tam odpowiednio - no pięknie Madison, na pewno go przekonałaś mówiąc, że jest ostatnią deską ratunku, myślę sobie, ale czekam na jego odpowiedź.
- O której? - pyta, a moje serce zaczyna szybciej bić. Serio się zgodzi?
- O dziewiętnastej. Jak nie chcesz to nie musisz ze mną iść - mówię szybko. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiał.
- Jasne, o której mam przyjechać? - pyta. Jestem szczęśliwa, ponieważ nie będę miała problemu z szukaniem towarzysza. Tylko dlatego się cieszę.
- Około osiemnastej trzydzieści? Adres gdzie znajduje się to spotkanie podam ci jak będziemy jechać. Dzięki wielkie, no to, do zobaczenia - mówię, ale jeszcze szybko dodaję - a! To jest bardziej eleganckie spotkanie, więc...
- Okej, nie musisz kończyć. Do zobaczenia, i dzięki za zaproszenie - mówi i się rozłączam zanim on to zrobi. Właśnie taksówka podjeżdża, więc wsiadam, podaję kierowcy adres i dzwonię do Claire. Jest siedemnasta, zanim ona przyjedzie minie około godziny metrem, ale potrzebuję jej pomocy. Potrafi pięknie upiąć włosy, a tego mi dzisiaj trzeba. Gdy kończę z nią rozmowę, wiem, że jest bardzo podekscytowana naszym spotkaniem i ma wielką ochotę by wszystko wiedzieć, ale czeka aż się spotkamy. Myślę, że od razu wybiegła z domu. Podaję kierowcy bankot i wysiadam, ponieważ znajdujemy się przed moim blokiem mieszkalnym. Kieruję się w stronę mieszkania i otwieram drzwi. Nikogo nie ma w domu, bo tata jest w pracy, a później dołączy do matki i Jareda w szpitalu.  Idę do swojego pokoju i wybieram kilka zestawów ubrań. W życiu nie pozwoliłabym żeby to Claire za mnie decydowała co mam ubrać, szczególnie, że nie idę na imprezę ze znajomymi, tylko na coś w rodzaju "dostajesz masowe zaproszenie to idziesz". Na pewno rodzice zatwierdzili swoją obecność, ponieważ będą tam osoby ważne w showbiznesie i w ogóle na rynku.  Na moim łóżku kładę trzy zestawy: pierwszy składa się z czarnej, zwykłej bluzki z dekoltem w serek, czarnym kardiganem oraz, jakby inaczej - czarne, obcisłe spodnie z melanżu; drugi zestaw składa się z białej bluzki z naszytą koronką, a jej rękawy są z prawie przezroczystego materiału, czarną, ołówkową spódnicę i cieliste rajstopy; w trzecim zestawie znajdowała się bordowa sukienka, która miała "obcięty" dół z przodu, a z tyłu wiła się prawie po ziemi kiedy ubieram buty z obcasem. Była zwykła, gładka.  Gdy kończę, słyszę dzwonek do drzwi. To zajęcie było bardzo czasochłonne. Otwieram jej drzwi, a ta rzuca mi się prosto na szyję i piszczy z radości. Zdejmuje buty i szybko leci do pokoju by zobaczyć co przygotowałam. Przewracam oczami i zamykam za nią drzwi. Gdy wchodzę do pokoju widzę, że nie jest zbyt zadowolona.
- Naprawdę Madison? Czy ty idziesz na spotkanie o pracę? - pyta i kręci głową - załóż trzeci zestaw, na resztę nie mogę patrzyć. Chowaj to! - krzyczy na mnie i podłącza do prądu moją prostownicę. Śmieję się i dwa pierwsze zestawy upycham do szafy. Później je poskładam, jest już osiemnasta więc nie mam zbyt dużo czasu. Szybko przebieram się w bordową sukienkę i ubieram jeszcze cieliste rajstopy, a podczas zakładania ich dostaję kilka razy klapsa od Claire, ponieważ bardzo ją to śmieszy. To był mój błąd, że nie schowałam się do łazienki, bo teraz strasznie mnie piecze prawy pośladek i mam nadzieję, że szybko przestanie mnie boleć.
- Jaką fryzurę mi robisz? - pytam się i wygodnie rozsiadam na krześle przed moim biurkiem oraz lustrem, tak, żeby było wygodnie Claire modelować moje włosy.
- Zrobię ci fale al'a loki. Za to makijaż będzie wystrzałowy! - mówi i zabiera się do roboty.
Gdy kończy pracę związaną z moimi włosami oraz makijażem jestem pozytywnie zaskoczona. Rozświetliła mi łuk brwiowy, czarnym cieniem rozetarła delikatnie kreski. Usta posmarowała mi pomadką nude, a rzęsy pomalowała mascarą. Wyglądam naprawdę ładnie. Z pudełka wyciągam bransoletkę z zawieszką w kształcie literek MJ, które przecina V - podarował mi ją mój brat i jest naprawdę śliczna. Wydał na nią całe swoje kieszonkowe, ponieważ jest ze złota. Uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że na pewno byłby z tego powodu zadowolony. Z zamyślenia wyciąga mnie Claire.
- Madison, co to jest? - pyta, a ja odwracam się w jej stronę. Widzę, że w rękach trzyma bluzę Shawna. Cwaniara, otworzyła szafę i zaczęła przeglądać moje ubrania.
- Uhm - mówię speszona - bluza Shawna. Daj, oddam ją dzisiaj - wyciągam po nią ręce, ale Claire odskakuje jak porażona.
- W życiu! To tak jak w filmie! - piszczy. Mam ochotę przewrócić oczami -on ci daje swoje ubrania, a ty w nich śpisz! Jakie to słodkie!
Oczywiście wie, że idę z Shawnem, ponieważ gdy robiła mi makijaż, zaczęła mnie przesłuchiwać. Okej, spałam w tej bluzie raz, ale tylko raz. Po prostu było zimno i wzięłam pierwszą lepszą bluzę i właśnie trafiło na Shawna. Specjalnie wyprałam ją w proszku bezzapachowym by nie musiał jej znowu psikać, więc zatrzymała  zapach perfum Shawna. Na szczęście nie muszę jej odpowiadać, bo mój telefon zaczyna dzwonić i wiem, że muszę już schodzić. Biorę torebkę, gdzie pakuję chusteczki, telefon i kilka innych drobazgów, narzucam na siebie czarny kardigan i wychodzę z pokoju, a Claire za mną. Chwali mnie za mój wygląd i całuje w policzek i następnie opuszcza mieszkanie. Na nogi zakładam czarne koturny i idę śladami Claire, uprzednio zamykając drzwi. Shawn czeka na dole, oparty o swój samochód. Ma na sobie koszulę w czarnobiałą kratę, która jest rozpięta, a pod nią zwykłą, białą koszulkę i granatowe jeansy. Nie potrafię powiedzieć jakiego typu są jego buty, przypominają eleganckie tenisówki, ale się nie błyszczą. Uśmiecham się delikatnie i schodzę po schodach w jego stronę.
- Hej - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho. Nie do końca panuję nad tym tikiem.
- Cześć - odpowiada - to jak, jedziemy? - pyta się, a następnie okrąża samochód i otwiera mi drzwi od strony pasażera. Wsiadam delikatnie i czekam aż sam wsiądzie za kierownicę. Następnie podaję mu adres. Podczas drogi zamieniamy tylko kilka słów i dziękuje mu, że ze mną pojechał. Na miejscu jesteśmy po dwudziestu minutach, czyli tak naprawdę na styk. Szybko znajdujemy wejście do tego ogromnego budynku i wchodzimy przez drzwi. Jest tu dosyć dużo osób. Ochroniarze podchodzą i pytają nas o wizytówki. Wyciągam nasze zaproszenia, a oni jedynie kiwają głową i wpuszczają nas głębiej. Patrzę zdziwiona, ponieważ sufit jest około pięć metrów nad nami, a sala jest naprawdę wielka, utrzymywana w pastelowych odcieniach. Podchodzi do mnie jakiś facet.
- Ooo, witam panienkę Vallence! Nazywam się Monn Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą panienki ojca - uśmiecha się i następnie całuje moją rękę - słyszałem o wypadku panienki brata, współczuję bardzo. Szkoda, że panienki ojciec nie mógł przybyć - zaraz mu za przywalę za tą ciągłą panienkę, ale staram się uśmiechać. Na szczęście Shawnowi wyjaśniłam tą "bliską śmierć Jareda", a on tylko się zaśmiał - o, panienki chłopak?! Przepraszam, że się nie przedstawiłem! Moon Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą tej oto panienki - oddycham głęboko i staram się nie denerwować, ale z tego co widzę, Shawnowi wcale to nie przeszkadza.
- Miło mi pana poznać, Shawn Mendes - patrzy na mnie i na Monna - ale ona nie jest moją.... - nie dane mu dokończyć, bo facet zauważa kogoś innego i żegna się z nami skinięciem głowy, a następnie kieruje się w stronę tej osoby.
Wypuszczam powietrze i zaczynam szybko wyjaśniać.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że będą nas brali za parę - mówię i krzywię się.
- Nic się nie stało, jest dobrze - odpowiada i uśmiecha się - idziemy do bufetu? Zgłodniałem - wiem, że próbuje rozluźnić atmosferę, dlatego zgadzam się chętnie i kierujemy się w stronę stołu szwedzkiego, bo to jest lepsza nazwa niż bufet. Gdy idziemy do przodu, rozluźnia się miejsce, ponieważ prawie wszyscy kierują się w stronę sali głównej gdzie przedstawiciel tego spotkania zaczyna wygłaszać swoją mowę, zauważam Martensa.
Chwytam ręką nadgarstek Shawna, a ten odwraca się zdziwiony. Martens to syn projektantki, która pracuje u mojej matki. Jego fryzura przypomina grzyba, jest bardzo podobnie ścięty do niego. Nosi okulary korekcyjne, mocno się garbi i w ogóle jest niechlujny. Przyczepił się do mnie i ciągle zagaduje mnie czy chcę zostać jego dziewczyną - człowieku, masz już osiemnaście lat! - myślę sobie.
- Proszę, czy mógłbyś udawać mojego chłopaka? - szepczę i Shawn chyba zauważa desperację w moich oczach, bo odpowiada twierdząco. Swoimi dłońmi chwyta moją brodę z dwóch stron i przykłada usta koło moich, ale robi to tak, żeby się nie stykały. Po chwili się odsuwa i widzę, że Martens stoi zdekoncentrowany, ale od razu gdy czuje moje spojrzenie na sobie rusza w moją stronę. Wiem, że efekt był dobry, ponieważ Shawn zasłonił swoją dłonią nas tak, żeby nie było widać, że to jednak nie pocałunek. Uśmiecham się fałszywie do Martensa i chwytam rękę Shawna i zaplatam nasze dłonie razem.
- Witaj Martens - mówię i przysuwam się bliżej Shawna - nie znacie się, Martens to Shawn, mój chłopak, Shawn, to Martens, stary  kolega - Shawn wyciąga prawą dłoń do niego, ale ten nie ma ochoty uściskać jego ręki.
- Przepięknie wyglądasz - sepleni i do tego mnie opluwa. Wycieram się lewą ręką.
- Prawda? Wygląda naprawdę zjawiskowo, ale nie tylko w tym wydaniu. Zawsze wygląda przepięknie - podnoszę brwi do góry. Jestem naprawdę zdziwiona jego dobrą grą aktorską.
- Nie wiem, nie widziałem jej jak śpi - tylko Martens śmieje się ze swojego żartu, a raczej chrumka.
- Nawet jak śpi wygląda przepięknie - odpowiada Shawn, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem gdy widzę reakcję Martensa. Robi się cały czerwony i całkowicie się rumieni. Oczywiście, że pomyślał, że spaliśmy ze sobą.
- No cóż - mówi nerwowo i rozgląda się wokół - ja idę posłuchać przemowy - szybko odchodzi. Gdy znika za rogiem, śmieję się głośno, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Szybko się uspokajam.
- Dziękuję ci bardzo - kieruję te słowa do Shawna i odsuwam się, przy okazji puszczam jego rękę - przepraszam za kolejną niezreczną sytuację.
- Nic się nie stało - śmieje się - nie sądziłem, że w ciągu tygodnia można mieć taki fajny wieczór.
- Nie musiałeś się tak bardzo wczuwać w swoją rolę. Wystarczyło stać i nic nie mówić.
- Ale ja mówiłem prawdę - odpowiada, a moje serce zamiera - naprawdę dla mnie jesteś piękna.
- Ta, jasne - mówię i chichoczę, starając się rozładować atmosferę. Na pewno tak nie sądzi - idziemy coś... - nie mogę dokończyć, ponieważ czuję, że mój telefon dzwoni. To Claire. No tak, zapomniałam zabrać bluzy Shawna i pewnie chce się upomnieć. Patrzę przepraszającym wzrokiem na Shawna i odbieram telefon.
- Madison - słyszę zapłakany głos Claire i moje serce ponownie zamiera, ale z powodu strachu, a nie zawstydzenia czy pod wpływem miłych słów - Madison, Ryan...
- Co Ryan? - pytam się i moje nogi stają się jak wata cukrowa, więc jedną ręką chwytam Shawna, a ten od razu mnie przytrzymuje.
- Ryan - szepcze - on jest na dziesiątym piętrze. Na dachu - przerywa na chwilę by wziąć płytki oddech - mówi, że jeśli nie przyjdziesz, to on skoczy. On chce popełnić samobójstwo.
***

 Hej, chciałabym Was mocno przeprosić za to, że tak późno dodaję rozdział. Postaram się, żeby jeszcze jeden pojawił się w tym tygodniu. Chciałabym też baardzo podziękować za ponad pół tysiąca wyświetleń, tak bardzo się cieszę! Dziękuję wszystkim i proszę o komentarz z opinią dotyczący rozdziału. Buzi!


9 komentarzy:

  1. super!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeden z moich ulubionych rozdziałów do tej pory!
    Agata

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest ekstra !!
    Czekam z utesknieniem na nastepne

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekałam tak długo i warto,bede czekala na następny! Super!!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne jak zwykle, wiesz kiedy robić "pauzy" żeby się czekało z ciekawością na następny rozdział, ale nie rób tego. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeju najlepsze ff jakie czytalam, niecierpliwie czekam na kolejny rozdzial!

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekam z niecierpiętliwością, zresztą jak zawsze :)

    OdpowiedzUsuń