- Kocham cię. Przez te wszystkie lata kochałem cię. Od początku gimnazjum wiedziałem, że to ty będziesz tą jedyną. Byłaś dla mnie wszystkim - mówi, a moje serce powoli się rozrywa na drobne kawałeczki - i nadal jesteś. Gdy Ryan dołączył do naszej ekipy i śmignęłaś mi przed nosem, stwierdziłem, że to wytrzymam. Wytrzymałem już tyle lat, to czemu mam nie wytrzymać kilku miesięcy, bo wiedziałem, że zerwiecie? Wiem, że nasze stosunki zawsze opierały się na relacji zwykłej znajomości i nigdy nie byliśmy aż tak blisko jak po twoim zerwaniu z Ryanem. Pamiętasz, jak w trzeciej klasie gimnazjum poszłaś ze mną na bal? Nie wstydziłaś się chwycić mnie za rękę mimo głupich komentarzy innych osób. Nie mogę wytrzymać tej odległości, mam ciebie na wyciągnięcie ręki, a jednak nie jesteś moja.
- Przestań - mówię i zaczynam się cofać - przepraszam, nie mogę. Porozmawiamy później - szybko kończę naszą rozmowę i rozpoczynam pogoń za Shawnem. Widzę tylko jego głowę w tłumie. Kiedy docieram do miejsca, gdzie ostatni raz go widziałam, nie ma po nim śladu. Jestem przekonana, że idzie w stronę wyjścia, więc przedzieram się przez zatłoczone pomieszczenie i w ostatnim momencie łapię go za rękę.
- Puść mnie - mówi wolno i wyraźnie, a w jego oczach widzę iskierki złości, a wyraz twarzy przedstawia zdruzgotowanie i wściekłość. Mimowolnie robię krok do tyłu, bo przypominam sobie sytuacje z Ryanem, ale od razu się opanowuję. Niestety Shawn zauważa moją chwilowę zmianę nastroju i od razu jego twarz ozdabia zatroskanie - muszę iść. Porozmawiamy później, muszę sobie to wszystko uporządkować - wolałabym żeby na mnie krzyczał, wyżywał się na mnie, a nie stał i był opanowany, pomimo wewnętrznego rozdarcia. To boli bardziej niż gdyby mnie uderzył. Puszczam go i widzę tylko jak wychodzi.
Nie kieruję się w stronę stolika. Jestem przekonana, że Claire poszła z jakimś idiotą do łóżka, a chłopacy jeśli znają sytuację, na pewno mnie nie wspomogą. Nie wiem co mną kieruje, ale udaję się w stronę innych miejsc siedzących.
- Madison? - Bay mruży oczy z niedowierzania - i kogo my tu mamy? Czyżbyś chciała zatańczyć? - śmieje się.
- Nieważne - rzucam i zaczynam iść w stronę drugiego wyjścia. Po jaką cholerę przyszłam właśnie do niego?
- Poczekaj - ktoś mówi i łapie mnie za rękę - chętnie z tobą zatańczę - mówi Bay i zaczyna się po raz kolejny śmiać, ale widząc mój wyraz twarzy od razu zaprzestaje - co się stało?
- Nic, naprawdę. Nie wiem dlaczego do ciebie przyszłam - odpowiadam i wyrywam rękę z uścisku. Wychodzę na zewnątrz. Jestem pewna, że Bay idzie za mną, bo za chwilę znowu słyszę jego głos.
- Chodź, idziemy - mówi stanowczo i wyraźnie, a następnie przygarnia mnie do siebie i narzuca swoją kurtkę na moje ramiona - nie pojedziemy autem, bo trochę się zjarałem, ale damy radę.
- Gdzie idziemy? - szepczę i przerażona staję.
- Do mnie - odpowiada i zaczyna się śmiać - ale spokojnie, nic ci nie zrobię. Mam dużo sąsiadów, a w tym stanie raczej nie wrócisz do starych.
- Mieszkasz sam? - zadaję kolejne pytanie, ale ruszam powoli do przodu. Nie wiem dlaczego, ale zaufam mu.
- To jest kawalerka, zaraz obok mieszka moja znajoma i kolega ze studiów.
- Twoi znajomi nie będa się martwić, że wyszedłeś?
- Spokojnie - śmieje się - powiedziałem im, że już tu nie wrócę, przynajmniej nie tej nocy.
- Jeśli coś mi zrobisz, to obiecuję, że zostaniesz zamordowany i to już następnego dnia - grożę mu, a on po raz kolejny wybucha śmiechem. Nie mogę nic poradzić, że moje kąciki ust same się unoszą. Ma bardzo przyjemny głos - ej, chwila, powiedziałeś, że studiujesz. To ile masz lat?
- Dwadzieścia trzy - uśmiecha się szeroko - a ty?
- Tydzień temu skończyłam osiemnastkę - odpowiadam i widzę zdezorientowanie goszczące na jego twarzy - co jest?
- Pierwszy raz w moim mieszkaniu będę gościł aż tak młodą dziewczynę - zaczyna chichotać.
- Boże - przewracam oczami - czy to przez to zioło, czy tak się normalnie zachowujesz?
- Lubię pożartować, no ej. Jedyna zaleta mojego wieku to możliwość żartowania z osiemnastolatek.
Gdy docieramy do jego kawalerki, jest już trzecia w nocy. Mieszka na obrzeżach miasta, ale okolica jest bardzo ładna i jest tu nawet kilka galerii handlowych, nawet w nocy da się to zauważyć.
- To jak, gdzie śpisz? - pyta się mnie - udostępnie ci moje łóżko jeśli chcesz, ale trochę tam dziewczyn już było.
- Dobra, skończ. Wezmę tę kanapę - odpowiadam. Nie widzę zbyt dużo, ale spoglądam na brudy leżące na podłodze. Dobrze, że ma zapaloną tylko jedną lampkę nocną, bo inaczej chyba bym się zrzygała. Nie mam ochoty tu spać, bo się boję, dlatego proponuję mu pooglądanie wspólnie jakiegoś filmu. Po drodze pokrótce wyjaśniłam mu zaistniałą sytuację. Polubiłam go, ale nie jestem chyba w stanie aż tak mu zaufać, żeby bez problemu zasnąć u niego, dlatego wysłałam sms-em Claire i bratu adres, na którym znajduje się budynek z jego kawalerką. Nie mam zamiaru w razie czego gnić tu z powodu zaginięcia.
Chłopak chętnie przystaje na moją propozycję i włącza jakiś film akcji, co rusz dodając własną wypowiedź do dialogów. Około piątej nad ranem oczy same mi się zamykają i zasypiam na kanapie. Budzę się koło dziesiątej. Powoli przecieram oczy i wstaję przestraszona. Dopiero po chwili kojarzę fakty i szybko sprawdzam, czy mam na sobie wszystkie ubrania. Wzdycham z ulgą, gdy zdaję sobie sprawę, że wszystko jest tak jak było. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę Baya śpiącego w swoim łóżku. Kiedy zasnęłam, musiał mnie przykryć kocem, a następnie udać się prosto do swojego łoża, bo nawet nie zmienił ubrań. Po cicho wygrzebuję się z kanapy i idę do łazienki. Jest bardzo mała, ale czysta. Przemywam twarz i wykonuję kilka podstawowych czynności, na szczczęście w torebce zawsze noszę szczotkę do włosów i do zębów,a także bieliznę na zmianę. Dobrym wyborem było niepomalowanie się. Po wyjściu z łazienki postanawiam zrobić mu małą przysługę i kieruję się w stronę lodówki. Niestety po otworzeniu jej okazuje się, że Bay nie posiada żadnych produktów spożywczych, chyba że zaliczyć do nich można piwo oraz wódkę. Zmieniam plany i zaczynam zamiatać jego mieszkanie, bo widząc ten syf można się przerazić. Tworzę stos brudnych rzeczy i gdy kończę robotę, Bay się przebudza. Nagle jest mi głupio, że ruszałam jego rzeczy.
- Przepraszam, ja po prostu... - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho.
- Jezu - łapie się za głowę i siada - nie musiałaś tego robić. Przepraszam za taki bałagan. Poczekaj piętnaście minut i zabiorę cię do naleśnikarni - odpowiada i wyciąga z szafki rzeczy.
Przez ten czas, kiedy Bay bierze prysznic, piszę do Claire i Jareda, że wszystko jest w porządku i po chwili bateria w telefonie mi pada. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo muszę wszystko przemyśleć i wszystko trzeźwo wyjaśnić Shawnowi. Bay wychodzi spod prysznica,a ja mu się dokładniej przyglądam. Jest naprawdę przystojny, a także teraz widać, że ćwiczy. Zgarnia klucze, portfel i zachęca mnie ruchem ręki do wyjścia.
- Chodź, teraz na pewno nie ma tłumów, ale nie potrwa to długo, bo jest strasznie oblegana.
Naleśnikarnia znajduje się niedaleko, idziemy tam około pięciu minut, a gdy zaczyna padać deszcz, biegniemy i na nasze szczęście ulewa nie spowodowała większych zmoknięć ubrań.
- Usiądź tu, fantastyczne miejsce - pokazuje mi blat przy oknie. Siadam na jednym z wysokich krzeseł i czekam na Baya. Po chwili przynosi wielki talerz różnorodnych naleśników oraz kubek kawy z pianką - mam nadzieję, że lubisz - podaje mi kawę i się uśmiecha. Dziękuję mu skinieniem głowy. Niestety nie zgodził się na to, żebym to ja zapłaciła, ale obiecał, że następnym razem to ja funduję.
- Przyznam szczerze - odzywam się po chwili - że pierwszy raz obserwuję ludzi tak uważnie, jak teraz.
I jest to prawda. Jest to nieco dziwne, że siedzę w naleśnikarni z tak naprawdę nieznajomym człowiekiem, kubkiem kawy w ręce, a na zewnątrz pada deszcz i ludzie żyją własnym życiem.
- Dlatego kocham to miejsce. Widzisz tego pana w wielkim kapeluszu? - mówi i wskazuje palcem na mężczyznę po drugiej strony ulicy. Kiwam głową - stracił rodzinę w wypadku samochodowym. To on był kierowcą. Za nim zawsze siedzi kobieta z dzieckiem, ciągle proszą o jedzenie, bo nie mają jak go kupić. Codziennie jest przeganiana przez policję, ale wraca tu i spotyka się z wielką akceptacją miejscowych. Nie rozumiem tego, bo kilka razy była proponowana jej niezła fucha, nawet przeze mnie i jakoś nie wyrażała wielkich chęci do podjęcia się jej.
Posiłek kończymy przyjacielskim uściskiem i każdy z nas rozchodzi się w swoją stronę. Po około godzinnej podróży znajduję się pod drzwiami Shawna, a gdy już chcę użyć dzwonka do drzwi, otwiera mi jego mama z zaskoczoną miną, ale od razu mnie przytula.
- Dzień dobry, jest może Shawn? - pytam się i odwzajemniam uścisk.
- Dzień dobry słoneczko. Nie miałaś być przypadkiem z Shawnem? - odpowiada mi pytaniem na pytanie.
- Wczoraj trochę się posprzeczaliśmy i.... - mówiąc to, drapię się po karku. Karen posyła mi zmieszany uśmiech.
- Powiedział, że jedzie po ciebie. Był bardzo zdenerwowany, nie wiem co się stało. Wyjechał jakieś dwadzieścia minut temu, może go spotkasz u siebie? - sugeruje.
- Dobrze, dziękuję bardzo za pomoc, Karen.
Nie czekając na jej odpowiedź, biegnę na dół. Zamówiłabym taksówkę, ale jeśli był zdenerwowany to musiało się coś stać, nie mogę się wrócić i poprosić mamę Shawna o zadzwonienie po taksówkę. Żałuję, że wyładował mi się telefon. Po około półgodzinnej podróży do mieszkania, dobiegam do drzwi i je otwieram na oścież. Wbiegam do pokoju Jareda.
- Był tu Shawn? - wyduszam z siebie to słowa bardzo szybko, ale na szczęście Jared mnie rozumie.
- Był jakieś dziesięć minut temu. Powiedziałem mu, że jesteś u jakiegoś kolegi i zdziwiłem się, że nie jesteś z nim....
- Już, wystarczy - przerywam jego wywód - wiesz może gdzie jest teraz?
- Poprosił, bym ci przekazał, żebyś odczytała smsa.
Całuję brata w policzek i biegnę do swojego pokoju, gdzie szybko podłączam mój telefon. Z niecierpliwością odliczam pięć minut, bo mój cudowny telefon potrzebuje chwili by się włączyć. Gdy odczytuję wiadomość tekstową, moje nogi stają się galaretkowate.
Shawn Mendes
Claire jest w szpitalu, tam gdzie twój brat wcześniej. Jestem u niej, przyjedź jak najszybciej możesz, miała wypadek.
****