sobota, 7 lutego 2015

Rozdział 8

Kurwa mać.  Dlaczego zawsze ja? Ledwo co rozumiem adres na którym mieści się ten budynek, ale mam nadzieję, że... no właśnie. Rozłączam się i zaczynam mówić do Shawna.
- Muszę iść - mówię cicho i przedzieram się przez tłum, który znajduje się w głównej sali, ponieważ bardzo szybko ruszyłam. Ciągle płaczę. To wszystko mnie przerasta. Czuję, że ktoś za mną idzie i jestem przekonana, że to Shawn. Kilka razy zostaję odepchnięta przez ludzi, ponieważ w ogóle nie zwracają na mnie uwagi i idą jak chcą. Wychodzę z budynku i słyszę głos Shawna. Zatrzymuję się i odwracam w jego stronę.
- Co się stało? - pyta - odwiozę cię, chodź do mojego samochodu.
- ZOSTAW MNIE! - wrzeszczę - NIE WIDZISZ, ŻE TO WSZYSTKO PRZEZE MNIE? - wznoszę sfrustrowana ręce do góry i jeszcze bardziej płaczę oraz już przyciszam głos - Ryan chce popełnić samobójstwo. Boże - zakrywam rękoma moją twarz i czuję jak Shawn chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą.
- Nie możemy tak stać. I przestań obwiniać siebie - mówi zdecydowanie i wyraźnie. Wyrywam rękę z uścisku.
- Już wiesz, dlaczego cię unikałam? - pytam - to wszystko co się z nim dzieje to moja wina. Nie chciałam cię w to mieszać, a oczywiście to się nie udało. Nic mi się nie udaje, spójrz na to co się stało niedawno.
- Przestań - odpowiada i ponownie chwyta mnie za rękę, a ja się nie opieram - pytałem się o adres, a nie o to, czy chcesz mnie w to mieszać czy nie.
Idę za nim i wsiadam do jego samochodu. Szybko podaję adres, a Shawn rusza.
- Wiesz w ogóle gdzie to? - połykam gulę, która stanęła mi w gardle. Mam nadzieję, że zrozumiał o co pytam, ponieważ głos mi się łamał za każdym razem, kiedy uświadamiałam sobie co się dzieje.
- Tak, powinniśmy być za dziesięć minut, postaram się jechać szybciej - mówiąc to, chwyta moją rękę, która leży na podparciu, a za chwilę ją puszcza.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, szybko wyskakuję z auta i udaję się w stronę budynku. Gdy próbuję wejść do góry, zatrzymuje mnie policjant.
- Nie może pani w tej chwili wejść, przepraszamy - mówi - mieszka tu pani?
- Niech pan mnie puści, jestem dziewczyną Ryana - cedzę i ledwo co przez gardło przechodzą mi te słowa, ponieważ pomimo, że nie był najlepszym chłopakiem, to jednak był moim dobrym kolegą. Policjant puszcza mnie wolno, a ja odwracam się do Shawna, który znajduje się za mną - nie idź ze mną. Gdy ciebie zobaczy, wolę nie myśleć.... - Shawn jedynie kiwa głową i pokazuje, że będzie tu na mnie czekał.
Nie czekam dłużej. Szybko biegnę do windy i wybieram przycisk na dziesiąte piętro. Dużo lokatorów wychodzi ze swoich mieszkań zobaczyć co się dzieje, ale policja próbuje ich zatrzymać. Że musiał wybrać sobie budynek mieszkalny... Winda się zatrzymuje, a dla mnie minęło dziesięć tysięcy godzin od kiedy wsiadłam do niej, ale zapewne trwało z dwadzieścia, trzydzieści sekund. Wchodzę po drabinie na dach i widzę dużo policji oraz Claire. Ta szybko podbiega do mnie.
- Panie komisarzu, to właśnie ta Madison - łka - Ryan jest tam - pokazuje i widzę postać, która stoi za barierką i wychyla się - nikomu nie pozwala podejść, mówi, że chce z tobą porozmawiać.
Kiwam głową i biorę głęboki oddech. Idę powoli w jego stronę i widzę, że Ryan mnie zauważył. Nigdy nie byłam dobra w rozmowach, a szczególnie z przyszłymi samobójcami. Dobra, nigdy nie miałam styczności z samobójcami i mam nadzieję, że on też nim nie będzie.
- Madison - mówi, a moje serce pęka na milion kawałeczków pod wpływem bólu, który widzę w jego oczach - Madison...
- Ryan, cicho, już jestem - podchodzę bliżej i bliżej.
- Nie podchodź - warczy - powiedz, czy ty kiedykolwiek mnie kochałaś?
- Jasne, że tak - mówię i krzywię się, bo wiem, że nie zabrzmiało to prawdziwie.
- Łżesz - cedzi - dlaczego? Dlaczego mnie nie kochasz?
- Pokoochałam ciebie nieagresywnego. Było go tak mało, że moja miłość nie mogła być wielka i aż tak bardzo widoczna.
- Dałem ci wszystko - mówi i patrzy na mnie złowrogo. Tak bardzo to boli - a jak skończę? Skacząc z dachu, bo nie potrafiłaś docenić tego co robiłem.
- Nie potrafiłeś... - zatrzymuję się, bo wiem, że jedno słowo za dużo, a skoczy, więc zmieniam taktykę i próbuję opanowywać łzy - widzisz? Płaczę, bo tak cholernie się o ciebie boję. Wiesz ilu ludzi teraz ryczy, bo tu jesteś? Obiecuję, że jeśli nie skoczysz, możemy wszystko naprawić. Jesteś dla mnie ważny. Potrafię ci wszystko wybaczyć, wybacz mi to, że ciebie nie doceniałam.
- Wróciłabyś do mnie? - pyta się i widzę, że jego oczy zaczynają świecić.
- Wróciłabym - mówię i robię powolne ruchy w jego stronę - zrobię wszystko, żebyśmy mogli być razem.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. Proszę, przytul mnie  - szepczę i czekam na jego reakcję. Rozgląda się wokół i przekłada jedną nogę przez barierkę, a następnie drugą. Łkam i biegnę by go przytulić. Mocno mnie obejmuje.
Czuję, jak ktoś mnie od niego odrywa i patrzę jak policja chwyta i zakuwa go w kajdanki.  Nie wytrzymuję i zasłaniam ręką usta, by nikt nie usłyszał mojego łkania. Upadam na kolana i czuję, że ktoś mnie obejmuje.
- Ciii, już dobrze - Claire upada koło mnie i delikatnie mnie przytula. Zanurzam się w jej dekolt i zaczynam głośno płakać - dobra robota. Wiesz, podobno będziemy mieli wszyscy spokój. Prawdopodobnie będzie umieszczony w ośrodku psychiatrycznym. To on jest chory. To nie jest twoja wina, proszę, nie obwiniaj się - chwyta mój podróbek w rękę i patrzy na moją reakcję. Delikatnie kiwam głową i przytulam ją mocno - chodź, policja cię przesłucha i pojedziemy do ciebie i obejrzymy jakiś super film - szepcze mi do ucha. Posłusznie idę za nią.
    Przesłuchanie trwało około dwudziestu minut, na szczęście nie targali mnie nigdzie i na żadne badania do szpitala, bo w karetce mnie przebadali i tylko zapytali, czy potrzebuję konsultacji z lekarzem. Odmawiam, ponieważ czuję, że dam radę. Zniosłam wszystko to co się działo wcześniej to dam radę i teraz. Gdy wychodzę z karetki, Claire ciągle przy mnie jest i kierujemy się w stronę samochodu Shawna. Shawn czeka na nas zaraz przy taśmach ostrzegawczych, które zresztą policja zwija. Podchodzi do mnie i mocno przytula, a ja odwzajemniam uścisk.
- Odwieziesz nas do niej? - pyta się Claire. Shawn mnie puszcza i kiwa głową. Siadam na tylne siedzenia samochodu z Claire.
- To już koniec - szepczę. Kieruję te słowa do Shawna i na szczęście zrozumiał co powiedziałam.
- Wszystko będzie dobrze - mówi i włącza radio bym się odrobinę rozluźniła. Gdy znajdujemy się pod moim blokiem, wychodzę z samochodu i okrążam samochód, by znaleźć się przy drzwiach kierowcy. Czekam aż Shawn wyjdzie, a gdy to robi, przytulam go mocno i krótko.
- Dziękuję za wszystko i przepraszam.
Zanim zdąży coś odpowiedzieć, szybko idę po schodach i za chwilę dogania mnie Claire.
- Kochanie - mówi przyciszonym głosem - nie wiem czy to dobry pomysł, żebym....
- Przestań. Gdyby nie ty to bym wpadła w depresję, gówno mnie obchodzi moja matka. I proszę, nie przejmuj się nią.
Wchodzimy do mieszkania i słyszę głos matki z salonu, a za chwilę zjawia się tuż przede mną.
- Miałaś zostać na spotkaniu! Na pewno jeszcze się nie skoń... - spogląda za mnie i mierzy wzrokiem Claire - a co tu to dziwadło robi u nas w domu?!
- Nazywam się Claire - moja przyjaciółka mówi głośno i wyraźnie, aż tata przychodzi do przedpokoju - nie jestem żadnym dziwadłem. O mało co nie zdarzyła się tragedia związana z naszym chorym przyjacielem, ale oczywiście pani nie jest tym zainteresowana - podaje rękę mojemu tacie - Claire. Możemy udać się już do pokoju Madison? Jakby pan byłby miły przygotować dla niej coś ciepłego do picia i jedzenia, ja też chętnie zjem - mówiąc to, mam ochotę zachichotać. Nawet w takim momencie potrafi coś zjeść. Nie czekając na reakcję rodziców, ciągnie mnie do mojego pokoju i zamyka za nami drzwi, ale jeszcze na chwilę wychyla głowę i krzyczy do mojego taty - proszę pana, niech pan zapuka dziesięć razy do drzwi, bo zamykamy je na klucz. Proszę się o nic nie martwić, sytuacja jest stabilna - a następnie przekręca zamek w drzwiach i udaje się do mojej łazienki.
- Chcesz się wykąpać? - pytam i marszczę czoło, ponieważ słyszę lejący się strumień wody.
- Gdzie masz olejek eteryczny? - nie odpowiada na moje pytanie.
- W szafce nad umywalką po lewej stronie u góry.
Po chwili wychodzi z łazienki i zaprasza mnie gestem do łazienki. Wchodzę i uśmiecham się pod nosem, bo przepięknie pachnie wanilią, a na wannie poustawiała świeczki. Słyszę pukanie, ale Claire mnie wyprzedza. Ponownie wchodzi do łazienki, ale z tacą na której są sandwiche i dwa kubki gorącej czekolady. W myślach dziękuję ojcu za to, że przynajmniej on rozumie. Wyciągam piżamę z szafki pod umywalką i patrzę się pytająco na Claire.
- Boże, widziałam twój tyłek nago tyle razy, że naprawdę. Spokojnie, nie będę patrzyć tak często - chichocze i usadawia się na kiblu. Rozbieram się i szybko wchodzę do gorącej wody w wannie i chowam się za pianą. Jest tak cudownie, olejek robi swoje, a piana oraz świeczki jeszcze bardziej mnie relaksują. Czuję, że moje mięśnie dziękują Claire za tą kąpiel, zresztą, ja też. Podaje mi sandwicha i czekoladę. Dziękuje jej skinieniem głowy.
- Myślisz, coś ciekawego leci w telewizji? Bo jeśli nie, to musimy wziąć twojego laptopa. W sumie obejrzałabym Shreka. Albo Epokę Lodowcową. O, obejrzyjmy ją, proszę, proszę!
- Okej - odpowiadam i chichoczę. Naprawdę się relaksuję. Przez cały ten czas kiedy siedzę w wannie, a nawet kiedy wychodzę, Claire gada. Zrozumiałam, że Ryan jest po prostu chory. Już nie będzie dla mnie stwarzał zagrożenia.
                                                                              ***
- Boże, czy ona musi tak nudzić - szepcze mi Tom do ucha, a ja zaczynam chichotać. Pani Leons odwraca się w moją stronę.
- Vallence, chcesz zrobić ten przykład przy tablicy? Chodź - mówi i pokazuje ręką, żebym wzięła od niej kredę. Biorę i rozwiązuję równanie. Jestem przekonana, że jest dobrze. Gorzej, gdyby wzięła Toma do tablicy - dobra, tym razem ci się upiekło. Jeszcze raz będziecie rozmawiać,a wpiszę uwagę.
Mam ochotę się zaśmiać, ale drzwi od sali się otwierają i widzę naszego wychowawcę. Nie mieliśmy dzisiaj z nim zajęć, ponieważ uczy nas wychowania fizycznego, a w środy nie mamy tych zajęć.
- Witam - mówi - czy Madison może usiąść? - pyta pani Leons, a ona tylko kiwa głową i sama usadawia się na swoim krześle - mam nadzieję, że pamiętacie, że dzisiaj mamy noc w szkole. Nie zapomnijcie przynieś przekąsek i jeśli chcecie, możecie zabrać różne gry, instrumenty muzyczne. Wszyscy niech zjawią się około dwudziestej dwadzieścia.
 Claire klaska w dłonie. Sama jestem bardzo zadowolona, ponieważ w ogóle o tym zapomniałam, a cała nasza ekipa zawsze przychodzi. Przebieramy się w piżamy i ogólnie spędzamy całą noc ze sobą. Zawsze łączymy to z innymi klasami, dlatego Jason i Michael mogą z nami uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Pan Delic wychodzi, a w klasie nareszcie rozbrzmiewa dzwonek oznaczający koniec naszych lekcji. W szkole mamy coś takiego, że raz w semestrze możemy zrobić sobie dzień wolny, ale jako,że trzeba jakoś to odrobić, po prostu robimy noc w szkole - zabawy, gry, filmy.
                                                                           ***
    Biegnę i mocno przytulam Jasona.
- Nie za dużo tej miłości? - pyta i się śmieje oraz odwzajemnia uścisk.
Odsuwam się od niego i szturcham go w ramię. Claire podchodzi Jasona od tylu i rzuca się mu na plecy, na co przerażony prawie poleciał do przodu. Wszyscy jesteśmy już w piżamach i idziemy w stronę sali. Oczywiście ubraliśmy piżamy na zwykłe ubrania, bo najprawdopodobniej pójdziemy później pograć w coś na zewnątrz. Udostępnili nam boisko szkolne, salę gimnastyczną, łazienki oraz największą salę do fitnessu gdzie jest rzutnik i bardzo dużo puf. Jest naprawdę ogromna, a po prawej stronie są lustra, ma około trzydziestu, trzydzieści pięć metrów kwadratowych.  W sali jest około czterdziestu osób, jak widać około dziesięciu osób nie przyszło, ale Lily się zjawiła i siedzi koło Shawna, a jakże inaczej. Przewracam oczami i idę zająć miejsca na pufach, gdy Tom podbiega i przerzuca mnie przez ramię. Piszczę i chichoczę, a kiedy nadal mnie nie puszcza, biję go pięściami po tyłku, bo tylko tam dosięgam. Kocham ich wszystkich, bo potrafią mnie bardzo rozweselić, a takie wspólne nocki bez palenia i picia są jeszcze lepsze niż te z alkoholem i narkotykami oraz papierosami. Rzuca mnie na miękką pufę i zaraz Claire, Jason, Michael, a później Tom rzucają się na mnie i nie mogę oddychać.
- Wystarczy już - śmieje się pan Delic, ale mówi zdecydowanym tonem. Jest naprawdę w porządku nauczycielem i nie ma jakiś idiotycznych zakazów by siedzieć spokojnie przez cały czas - no, to może ktoś zacznie nasz mini konkurs talentów? - pyta, a zaraz Mary podnosi rękę.
Przewracam oczami. Mary chodzi do klasy z Michaelem. To jebana kujonka, tyle, że bardzo przemądrzała i myśląca, że jest fajna. Otóż, nie. Jest szczupła, okej. Ma czarne włosy do ramion. Nie wygląda zbyt ładnie, ale uważa, że jednak tak.
- To miał być konkurs talentów, Mary - mówię złośliwie,a ona tylko posyła morderczy wzrok. Wygodnie się usadawiam i opieram o Claire, a ta głaszcze moją głowę.
Mary wychodzi na środek sali i zaczyna śpiewać. Moim zdaniem okropnie, ale nie wszyscy muszą mieć talent, prawda? Jeszcze kilka osób prezentuje swoje talenty w postaci śpiewania, grania, tańczenia, różnych wygibasów, aż w końcu na środek wychodzi Shawn z gitarą.
- Chciałbym nadmienić, że  zbyt dużego talentu nie mam więc najlepiej zatkajcie sobie uszy - dziewczyny zaczynają chichotać więc mam ochotę przewrócić oczami, ale gdy słyszę chichot Mary podnoszę brwi do góry.
Zaczyna śpiewać i grać piosenkę Skinny Love. Osobiście podobało mi się to, ale zostaję niewzruszona. Wszyscy biją brawa, bo naprawdę było bardzo dobrze. Na środek wychodzi Mary.
- Cisza! - krzyczy tym swoim przesłodzonym głosem - może tak ja i Shawn stworzymy duet? Ja coś zaśpiewam, a ty coś zagrasz, co? - pyta się i chichocze.
- No jasne - mówi - co potrafisz zaśpiewać?
- Nic - odpowiadam zamiast niej - ona potrafi być tylko... - nie dokończam, bo Tom zatyka swoją ręką moje usta, a drugą ręką pokazuje by kontynuowała.
- Summertime Sadness Lany - odpowiada, a wcześniej rzuca mi ostre spojrzenie. Dobra, według niej ostre, bo według mnie ani trochę.
- Jasne - mówi i zaczyna grać. Mi serce staje w miejscu, ponieważ przypomina mi to wieczór, który zmienił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Chwytam rękę Claire i ją gładzę, a Tom zabiera swoją rękę z mojej twarzy.  Ich duet stanowi raczej marną parę, ale nie udzielam się. Po prostu śpiew Mary wszystko zepsuł. Pan Delic decyduje, że mamy dziesięć minut przerwy, bo musi zadecydować kto wygra. Prawie wszyscy wychodzą z sali, tak samo my. Idziemy w stronę schodów, a ja na chwilę staję.
- Poczekajcie, muszę iść na chwilę do łazienki - mówię i kieruję się teraz w stronę toalet. Trochę mnie przycisnęło więc muszę skorzystać z kibelka i to jak najszybciej.
Wchodzę do ubikacji i po chwili wychodzę i myję ręce. Gdy idę do reszty, staję przy ścianie i słyszę rozmowę Mary i Shawna. Na szczęście mnie nie widzą.
- Wiesz ile ona złych rzeczy o tobie gada? - pyta Mary, a ja zamieram. Domyślam się, o kim to - takie plotki, że...
- Proszę cię - mówi - pozwól, że sam ocenię Madison - czyli jednak miałam rację.
- Ja ci tylko dobrze radzę. Każdego chłopaka wykorzystywała do wiadomych celów, a później udawała cnotkę niewydymkę. Jest okropna! A później jeszcze się nad nimi znęcała psychicznie i fizycznie!
Tego było za wiele.  Wychodzę zza ściany i podchodzę do niej, zostawiając małą przestrzeń.
- Po pierwsze - spluwam - nie jestem szmatą, w przeciwieństwie do ciebie. Po drugie, gówno cię powinno obchodzić to co robię i z kim w łóżku - udaję zamyśloną - no tak, ty nie masz życia - kiwam głową na potwierdzenie własnych słów i zaczynam chichotać - przykro mi, że tak bardzo cię to zainteresuje.
- N-niech on po-powtórzy to co mi po-powiedział! - jąka się, mówi głośno, prawie, że aż krzyczy.
- Nic nie mówiłem. Mówiłem tylko, że.... - nie zdąża zakończyć, bo Mary rzuca mu się na szyję i zaczyna go całować.
                                                                     ***

Hej, chciałabym Wam tak bardzo podziękować za 9 komentarzy pod rozdziałem. Jestem tak bardzo szczęśliwa i od razu chciałam napisać rozdział! Wiem, że trochę późno je dodaję, ale najlepszą wenę mam właśnie nocą oraz dysponuję dużą ilością czasu. Jesteście cudowni, a do tego przez te dwa dni doszło około stu wyświetleń! Jesteście najlepsi! Jak zawsze proszę

Czytasz = komentujesz!

czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 7

- C-c-co? - Pytam się i mocniej opieram się o murek, ponieważ czuję, że zaraz mogę zemdleć - gdzie jesteście? - mój głos jest ochrypły i bardzo cieńki. Matka podaje mi adres szpitalu i się rozłącza.
- Co się dzieje? - pyta Shawn. Uznałabym, że z troskliwości, ale w tej chwili jest mi to obojętne.
- Jared jest w szpitalu - szepczę - umiera.
- Boże - mówi Shawn - zawiozę cię, podaj mi adres - bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę swojego auta, ale się wyrywam.
- Nie - staram się brzmieć zdecydowanie - pojadę metrem - nie mogę go w to wciągnąć, nawet jeśli chodzi tylko o odwiezienie. On nie jest świadomy tego, co by go spotkało. Do tego pod szkołą na pewno kręcą się osoby od Ryana, a go nie obchodziłoby nawet to, że prawie tu zeszłam.
- Jak pojedziesz metrem, to będziesz na pewno wolniej niż gdybyś wsiadła do mojego auta.
Rozglądam się wokół. Panika z każdą sekundą rośnie, ponieważ czym dłużej tu stoję, tym mam krótszą możliwość porozmawiana z Jaredem. Wymazuję szybko obraz śmierci Jareda z głowy. Wtem widzę Toma.
- Pojadę z Tomem, później się skontaktujemy - kończę naszą rozmowę i biegnę do Toma. Stoi zdziwiony, ale gdy ciągnę go za rękaw nie opiera się. Tom ma motocykl więc mam nadzieję, że z łatwością wyminiemy korki.  Zadaje mi pytanie dotyczące co się stało. Pokrótce mu opowiadam i instruuje gdzie ma pojechać. Dojeżdżamy do szpitala. Szybko schodzę z motoru, przytulam Toma i biegnę do recepcji.
- Gdzie leży Jared Vallence? - pytam, dysząc. Jestem bardzo zmęczona moim krótkim biegiem. Nie mam złej kondycji, ale wszystko to dzieje się przez stres.
- Czy jest pani kimś z rodziny? - zadaje mi pytanie znudzona recepcjonistka.
- Tak - odpowiadam szybko i pokazuję legitymację szkolną. Kobieta daje mi wskazówki dotyczące położenia sali Jareda. Na szczęście nie jest ona zbyt daleko położona od recepcji, więc znajduję się tam statystycznie krótkim czasie. Widzę zapłakaną matkę, która siedzi przed salą.
- Gdzie jest Jared? - pytam. Matka podnosi wzrok i patrzy na mnie zawistnym wzrokiem.
- To twoja wina! - krzyczy i wstaje z krzesła, a następnie podchodzi do mnie. Serce aż mi się kraja pod wpływem jej słów - to twoja, pieprzona, wina! To ty doprowadziłaś do tego, że Jared umiera! Ty suko! Ty powinnaś leżeć na jego miejscu!
Mam łzy w oczach i kręcę głową z przerażenia. Pomimo, że tyle razy na mnie krzyczała, nie mogę się do tego przyzwyczaić. Drzwi od sali, w której znajduje się Jared uchylają się delikatnie, a następnie otwierają na maksymalnosć rozwartość. Widzę tylko głowę osoby, która to zrobiła.
- Jared? - pytam i marszczę czoło. Nie, to nie może być on. Przecież on...
- Madison! - rozpoznaję jego głos. Biegnie prosto w moje ręce, a ja go mocno przytulam. Łzy lecą z moich policzków strużkami - czemu płaczesz, co się stało? - pyta.
- Przecież ty... - szepczę i odsuwam go delikatnie od siebie - mama mi powiedziała, że umierasz - marszczę czoło i słyszę chichot mojego brata.
- No nie do końca - mówi uśmiechnięty Jared - spadłem z drzewa. Pamiętasz to drzewo przy mojej podstawówce? Weszłaś na sam szczyt! Masz nawet zdjęcie kiedy tam jesteś i się uśmiechasz. Chciałem zrobić to samo, ale w połowie drogi po prostu ześlizgnęła mi się stopa. Miałem podejrzenie wstrząsu mózgu, ale na szczęście nic mi nie jest, upadłem tak fortunnie, że się tylko lekko poobijałem!
Potrząsam głową i spoglądam na moją matkę, która stoi niewzruszenie, a następnie wzrusza ramionami.
- No co? Inaczej byś nie przyjechała. Ale - mówi i podnosi jeden palec do góry - mógł mieć wstrząs mózgu, a to wszystko twoja wina. Jest mi bardzo przykro, że bierze ciebie jako przykład.
Kręcę głową z niedowierzania i ponownie kieruję spojrzenie na Jareda.
- Do kiedy tu zostajesz? - pytam się i ocieram swoje łzy. Co za idiotka z mojej matki.
- Kilka dni, zapewne do końca tygodnia. Właśnie, tata prosił bym ci to przekazał. Tata jest w pracy jakby co - dodaje  szybko, bo widzi, że chcę zadać pytanie dotyczące miejsca pobytu ojca - dzisiaj około dziewiętnastej jest spotkanie a'la, na którą miał iść tata z mamą, ale przez ten wypadek zrezygnowali z planów. Poprosił żebyś ty poszła zamiast nich.
- Tak - mówi matka i dodaje - z jakimś chłopakiem. Ale nie tym gówniarzem, który cię odwoził. On chyba nie ma miejsca bez tatuaży na ciele - mówiąc to, krzywi się. Okej, dobra, Tom jest wytatuowany i ma trochę kolczyków, ale z tego co wiem, wszystkie tatuaże mają dla niego jakieś znaczenie. Nie wygląda to źle moim zdaniem, a na pewno dodają mu charakteru.
- Jasne - przewracam oczami - więc niby kogo mam zaprosić? - prawie się śmiejąc, pytam. Nie mam osoby, którą lubię, jest chłopakiem i nie ma tatuaży, także - wszyscy z mojej ekipy mają to ozdobienie ciała, oprócz mnie i Claire. Nie na całym ciele jak Tom, ale jednak.
- Shawn Mendes - mówi matka i klaska w ręce.
- Boże - ponownie przewracam oczami - czy ty sobie ze mnie żarty robisz?
- Nie wzywaj imienia pana Boga nadaremno! - podnoszę jedną brew. Nigdy nie była wierząca, więc nie rozumiem dlaczego wyskakuje z takim tekstem - nie żartuję. Masz tam pójść.
- Pójdę, ale tylko ze względu na tatę, a nie na ciebie - spluwam. Ojcu naprawdę wiele zawdzięczam, pomimo, że jest bardzo zapracowany, znajduje codziennie dla mnie chwilę by porozmawiać albo pooglądać głupie filmiki na Youtube.
- Przekażę tę informację tacie - piszczy Jared i mnie delikatnie przytula, bo uważa na rękę.
- Dobrze, w taim razie jadę do domu - mówię i całuję go w policzek. Rumieni się i szybko biegnie do swojej sali. Nie żegnam się z matką, tylko odwracam na pięcię i schodzę na dół. Po drodze wyciągam telefon i dzwonię po taksówkę. Wychodzę na zewnątrz budynku i wybieram numer Shawna. Nie zdziwię się jeśli powie nie. To przypomina wykorzystywanie - krzyczę na niego i omijam cały tydzień, a następnie dzwonię z prośbą żeby poszedł ze mną na to spotkanie, imprezę, Bóg wie co.  Nie jestem bipolarna. Po prostu jestem pewna, że na tego typu spotkaniu na pewno nie pojawi się ani Ryan, ani nikt z jego ekipy. Na szczęście chyba nie każe mnie śledzić, także jest dobrze. Odbiera po dwóch sygnałach.
- Tak? - Słyszę jego zachrypnięty głos. Musiał spać, a ja go obudziłam.
- Hej Shawn, z tej strony Madison. Obudziłam cię? - słyszę ciche nie w słuchawce i wiem, że spał, ale kontynuję - posłuchaj, bo jest sprawa. Muszę iść na spotkanie zamiast moich rodziców, a nie chcę być tam sama. Poszedłbyś tam ze mną? Proszę, nie znam nikogo, kto zachowałby się tam odpowiednio - no pięknie Madison, na pewno go przekonałaś mówiąc, że jest ostatnią deską ratunku, myślę sobie, ale czekam na jego odpowiedź.
- O której? - pyta, a moje serce zaczyna szybciej bić. Serio się zgodzi?
- O dziewiętnastej. Jak nie chcesz to nie musisz ze mną iść - mówię szybko. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiał.
- Jasne, o której mam przyjechać? - pyta. Jestem szczęśliwa, ponieważ nie będę miała problemu z szukaniem towarzysza. Tylko dlatego się cieszę.
- Około osiemnastej trzydzieści? Adres gdzie znajduje się to spotkanie podam ci jak będziemy jechać. Dzięki wielkie, no to, do zobaczenia - mówię, ale jeszcze szybko dodaję - a! To jest bardziej eleganckie spotkanie, więc...
- Okej, nie musisz kończyć. Do zobaczenia, i dzięki za zaproszenie - mówi i się rozłączam zanim on to zrobi. Właśnie taksówka podjeżdża, więc wsiadam, podaję kierowcy adres i dzwonię do Claire. Jest siedemnasta, zanim ona przyjedzie minie około godziny metrem, ale potrzebuję jej pomocy. Potrafi pięknie upiąć włosy, a tego mi dzisiaj trzeba. Gdy kończę z nią rozmowę, wiem, że jest bardzo podekscytowana naszym spotkaniem i ma wielką ochotę by wszystko wiedzieć, ale czeka aż się spotkamy. Myślę, że od razu wybiegła z domu. Podaję kierowcy bankot i wysiadam, ponieważ znajdujemy się przed moim blokiem mieszkalnym. Kieruję się w stronę mieszkania i otwieram drzwi. Nikogo nie ma w domu, bo tata jest w pracy, a później dołączy do matki i Jareda w szpitalu.  Idę do swojego pokoju i wybieram kilka zestawów ubrań. W życiu nie pozwoliłabym żeby to Claire za mnie decydowała co mam ubrać, szczególnie, że nie idę na imprezę ze znajomymi, tylko na coś w rodzaju "dostajesz masowe zaproszenie to idziesz". Na pewno rodzice zatwierdzili swoją obecność, ponieważ będą tam osoby ważne w showbiznesie i w ogóle na rynku.  Na moim łóżku kładę trzy zestawy: pierwszy składa się z czarnej, zwykłej bluzki z dekoltem w serek, czarnym kardiganem oraz, jakby inaczej - czarne, obcisłe spodnie z melanżu; drugi zestaw składa się z białej bluzki z naszytą koronką, a jej rękawy są z prawie przezroczystego materiału, czarną, ołówkową spódnicę i cieliste rajstopy; w trzecim zestawie znajdowała się bordowa sukienka, która miała "obcięty" dół z przodu, a z tyłu wiła się prawie po ziemi kiedy ubieram buty z obcasem. Była zwykła, gładka.  Gdy kończę, słyszę dzwonek do drzwi. To zajęcie było bardzo czasochłonne. Otwieram jej drzwi, a ta rzuca mi się prosto na szyję i piszczy z radości. Zdejmuje buty i szybko leci do pokoju by zobaczyć co przygotowałam. Przewracam oczami i zamykam za nią drzwi. Gdy wchodzę do pokoju widzę, że nie jest zbyt zadowolona.
- Naprawdę Madison? Czy ty idziesz na spotkanie o pracę? - pyta i kręci głową - załóż trzeci zestaw, na resztę nie mogę patrzyć. Chowaj to! - krzyczy na mnie i podłącza do prądu moją prostownicę. Śmieję się i dwa pierwsze zestawy upycham do szafy. Później je poskładam, jest już osiemnasta więc nie mam zbyt dużo czasu. Szybko przebieram się w bordową sukienkę i ubieram jeszcze cieliste rajstopy, a podczas zakładania ich dostaję kilka razy klapsa od Claire, ponieważ bardzo ją to śmieszy. To był mój błąd, że nie schowałam się do łazienki, bo teraz strasznie mnie piecze prawy pośladek i mam nadzieję, że szybko przestanie mnie boleć.
- Jaką fryzurę mi robisz? - pytam się i wygodnie rozsiadam na krześle przed moim biurkiem oraz lustrem, tak, żeby było wygodnie Claire modelować moje włosy.
- Zrobię ci fale al'a loki. Za to makijaż będzie wystrzałowy! - mówi i zabiera się do roboty.
Gdy kończy pracę związaną z moimi włosami oraz makijażem jestem pozytywnie zaskoczona. Rozświetliła mi łuk brwiowy, czarnym cieniem rozetarła delikatnie kreski. Usta posmarowała mi pomadką nude, a rzęsy pomalowała mascarą. Wyglądam naprawdę ładnie. Z pudełka wyciągam bransoletkę z zawieszką w kształcie literek MJ, które przecina V - podarował mi ją mój brat i jest naprawdę śliczna. Wydał na nią całe swoje kieszonkowe, ponieważ jest ze złota. Uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że na pewno byłby z tego powodu zadowolony. Z zamyślenia wyciąga mnie Claire.
- Madison, co to jest? - pyta, a ja odwracam się w jej stronę. Widzę, że w rękach trzyma bluzę Shawna. Cwaniara, otworzyła szafę i zaczęła przeglądać moje ubrania.
- Uhm - mówię speszona - bluza Shawna. Daj, oddam ją dzisiaj - wyciągam po nią ręce, ale Claire odskakuje jak porażona.
- W życiu! To tak jak w filmie! - piszczy. Mam ochotę przewrócić oczami -on ci daje swoje ubrania, a ty w nich śpisz! Jakie to słodkie!
Oczywiście wie, że idę z Shawnem, ponieważ gdy robiła mi makijaż, zaczęła mnie przesłuchiwać. Okej, spałam w tej bluzie raz, ale tylko raz. Po prostu było zimno i wzięłam pierwszą lepszą bluzę i właśnie trafiło na Shawna. Specjalnie wyprałam ją w proszku bezzapachowym by nie musiał jej znowu psikać, więc zatrzymała  zapach perfum Shawna. Na szczęście nie muszę jej odpowiadać, bo mój telefon zaczyna dzwonić i wiem, że muszę już schodzić. Biorę torebkę, gdzie pakuję chusteczki, telefon i kilka innych drobazgów, narzucam na siebie czarny kardigan i wychodzę z pokoju, a Claire za mną. Chwali mnie za mój wygląd i całuje w policzek i następnie opuszcza mieszkanie. Na nogi zakładam czarne koturny i idę śladami Claire, uprzednio zamykając drzwi. Shawn czeka na dole, oparty o swój samochód. Ma na sobie koszulę w czarnobiałą kratę, która jest rozpięta, a pod nią zwykłą, białą koszulkę i granatowe jeansy. Nie potrafię powiedzieć jakiego typu są jego buty, przypominają eleganckie tenisówki, ale się nie błyszczą. Uśmiecham się delikatnie i schodzę po schodach w jego stronę.
- Hej - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho. Nie do końca panuję nad tym tikiem.
- Cześć - odpowiada - to jak, jedziemy? - pyta się, a następnie okrąża samochód i otwiera mi drzwi od strony pasażera. Wsiadam delikatnie i czekam aż sam wsiądzie za kierownicę. Następnie podaję mu adres. Podczas drogi zamieniamy tylko kilka słów i dziękuje mu, że ze mną pojechał. Na miejscu jesteśmy po dwudziestu minutach, czyli tak naprawdę na styk. Szybko znajdujemy wejście do tego ogromnego budynku i wchodzimy przez drzwi. Jest tu dosyć dużo osób. Ochroniarze podchodzą i pytają nas o wizytówki. Wyciągam nasze zaproszenia, a oni jedynie kiwają głową i wpuszczają nas głębiej. Patrzę zdziwiona, ponieważ sufit jest około pięć metrów nad nami, a sala jest naprawdę wielka, utrzymywana w pastelowych odcieniach. Podchodzi do mnie jakiś facet.
- Ooo, witam panienkę Vallence! Nazywam się Monn Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą panienki ojca - uśmiecha się i następnie całuje moją rękę - słyszałem o wypadku panienki brata, współczuję bardzo. Szkoda, że panienki ojciec nie mógł przybyć - zaraz mu za przywalę za tą ciągłą panienkę, ale staram się uśmiechać. Na szczęście Shawnowi wyjaśniłam tą "bliską śmierć Jareda", a on tylko się zaśmiał - o, panienki chłopak?! Przepraszam, że się nie przedstawiłem! Moon Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą tej oto panienki - oddycham głęboko i staram się nie denerwować, ale z tego co widzę, Shawnowi wcale to nie przeszkadza.
- Miło mi pana poznać, Shawn Mendes - patrzy na mnie i na Monna - ale ona nie jest moją.... - nie dane mu dokończyć, bo facet zauważa kogoś innego i żegna się z nami skinięciem głowy, a następnie kieruje się w stronę tej osoby.
Wypuszczam powietrze i zaczynam szybko wyjaśniać.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że będą nas brali za parę - mówię i krzywię się.
- Nic się nie stało, jest dobrze - odpowiada i uśmiecha się - idziemy do bufetu? Zgłodniałem - wiem, że próbuje rozluźnić atmosferę, dlatego zgadzam się chętnie i kierujemy się w stronę stołu szwedzkiego, bo to jest lepsza nazwa niż bufet. Gdy idziemy do przodu, rozluźnia się miejsce, ponieważ prawie wszyscy kierują się w stronę sali głównej gdzie przedstawiciel tego spotkania zaczyna wygłaszać swoją mowę, zauważam Martensa.
Chwytam ręką nadgarstek Shawna, a ten odwraca się zdziwiony. Martens to syn projektantki, która pracuje u mojej matki. Jego fryzura przypomina grzyba, jest bardzo podobnie ścięty do niego. Nosi okulary korekcyjne, mocno się garbi i w ogóle jest niechlujny. Przyczepił się do mnie i ciągle zagaduje mnie czy chcę zostać jego dziewczyną - człowieku, masz już osiemnaście lat! - myślę sobie.
- Proszę, czy mógłbyś udawać mojego chłopaka? - szepczę i Shawn chyba zauważa desperację w moich oczach, bo odpowiada twierdząco. Swoimi dłońmi chwyta moją brodę z dwóch stron i przykłada usta koło moich, ale robi to tak, żeby się nie stykały. Po chwili się odsuwa i widzę, że Martens stoi zdekoncentrowany, ale od razu gdy czuje moje spojrzenie na sobie rusza w moją stronę. Wiem, że efekt był dobry, ponieważ Shawn zasłonił swoją dłonią nas tak, żeby nie było widać, że to jednak nie pocałunek. Uśmiecham się fałszywie do Martensa i chwytam rękę Shawna i zaplatam nasze dłonie razem.
- Witaj Martens - mówię i przysuwam się bliżej Shawna - nie znacie się, Martens to Shawn, mój chłopak, Shawn, to Martens, stary  kolega - Shawn wyciąga prawą dłoń do niego, ale ten nie ma ochoty uściskać jego ręki.
- Przepięknie wyglądasz - sepleni i do tego mnie opluwa. Wycieram się lewą ręką.
- Prawda? Wygląda naprawdę zjawiskowo, ale nie tylko w tym wydaniu. Zawsze wygląda przepięknie - podnoszę brwi do góry. Jestem naprawdę zdziwiona jego dobrą grą aktorską.
- Nie wiem, nie widziałem jej jak śpi - tylko Martens śmieje się ze swojego żartu, a raczej chrumka.
- Nawet jak śpi wygląda przepięknie - odpowiada Shawn, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem gdy widzę reakcję Martensa. Robi się cały czerwony i całkowicie się rumieni. Oczywiście, że pomyślał, że spaliśmy ze sobą.
- No cóż - mówi nerwowo i rozgląda się wokół - ja idę posłuchać przemowy - szybko odchodzi. Gdy znika za rogiem, śmieję się głośno, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Szybko się uspokajam.
- Dziękuję ci bardzo - kieruję te słowa do Shawna i odsuwam się, przy okazji puszczam jego rękę - przepraszam za kolejną niezreczną sytuację.
- Nic się nie stało - śmieje się - nie sądziłem, że w ciągu tygodnia można mieć taki fajny wieczór.
- Nie musiałeś się tak bardzo wczuwać w swoją rolę. Wystarczyło stać i nic nie mówić.
- Ale ja mówiłem prawdę - odpowiada, a moje serce zamiera - naprawdę dla mnie jesteś piękna.
- Ta, jasne - mówię i chichoczę, starając się rozładować atmosferę. Na pewno tak nie sądzi - idziemy coś... - nie mogę dokończyć, ponieważ czuję, że mój telefon dzwoni. To Claire. No tak, zapomniałam zabrać bluzy Shawna i pewnie chce się upomnieć. Patrzę przepraszającym wzrokiem na Shawna i odbieram telefon.
- Madison - słyszę zapłakany głos Claire i moje serce ponownie zamiera, ale z powodu strachu, a nie zawstydzenia czy pod wpływem miłych słów - Madison, Ryan...
- Co Ryan? - pytam się i moje nogi stają się jak wata cukrowa, więc jedną ręką chwytam Shawna, a ten od razu mnie przytrzymuje.
- Ryan - szepcze - on jest na dziesiątym piętrze. Na dachu - przerywa na chwilę by wziąć płytki oddech - mówi, że jeśli nie przyjdziesz, to on skoczy. On chce popełnić samobójstwo.
***

 Hej, chciałabym Was mocno przeprosić za to, że tak późno dodaję rozdział. Postaram się, żeby jeszcze jeden pojawił się w tym tygodniu. Chciałabym też baardzo podziękować za ponad pół tysiąca wyświetleń, tak bardzo się cieszę! Dziękuję wszystkim i proszę o komentarz z opinią dotyczący rozdziału. Buzi!