- Claire Mohans - mówię szybko, a znudzona recepcjonistka przeżuwa gumę.
- Jeszcze raz? - pyta, mlaskając. Mam ochotę strzelić jej w twarz.
- Claire MOHANS, do kurwy nędzy! W jakiej sali jest?! - wiem, że nie powinnam się tak unosić, no ale kurwa, zaraz jej guma będzie na mnie, tak ją żuje.
- Spokojniej - odpowiada, ale widzę, że lekko się speszyła - bo zawołam ochronę.
- Zaraz kurwa ja zawołam tą zasraną ochronę, jak mi nie powiesz gdzie leży moja przyjaciółka!
- Sala numer trzydzieści dwa, prosto, na prawo i ostatnie drzwi po lewej stronie.
Przed salą widzę Shawna, który siedzi na ławce. Podnosi głowę kiedy mnie widzi, a ja nie mogę już wytrzymać. Wybucham płaczem i rzucam się w jego ramiona. Mimo naszej kłótni przytula mnie, dzięki czemu czuję się bezpieczniej. Potrzebuję chwili by się uspokoić, a on dobrze o tym wie. Po kilku minutach odzywam się.
- Czy mogę do niej wejść? - pytam się.
- W tej chwili jest w śpiączce - mój oddech zamiera - będzie dobrze, chodź, porozmawiasz z lekarzem. Mi niczego nie chciał powiedzieć.
Wraz z Claire upoważniłyśmy się wzajemnie do posiadania takich danych. Razem ćpając wiedziałyśmy, że będzie to kiedyś potrzebne, chociaż bardziej się spodziewałam wezwania lub potrzeby wglądu do tego typu rzeczy z powodu zapaści, a nie cholernego wypadku. Shawn prowadzi mnie do pokoju lekarza prowadzącego obserwację Claire. Pukam i wchodzę do pomieszczenia.
- Dzień dobry, Madison Vallence - przedstawiam się - przyszłam tu w sprawie Claire Mohans.
- A dzień dobry, Poun Less - odpowiada i kiwa głową - niech pani usiądzie, a pański przyjaciel zaczeka za drzwiami - Shawn zamyka drzwi i czeka na korytarzu, a doktor kontynuuje - Claire miała wypadek samochodowy. Prowadziła samochód na szosie, gdy wjechała na inny pas, a następnie zjechała z drogi i uderzyła w drzewo - marszczę brwi ze zdziwienia, ponieważ coś mi się nie zgadza. Claire i prowadzenie samochodu? Póki co nie wnikam, tylko słucham dalej - Claire ma poważne uszkodzenia mózgu, a także ma liczne złamania. Jest w śpiączce, co pewnie pani wie. Prowadziła samochód pod wpływem narkotyków. Przyjaciel Claire miał więcej szczęścia, ma tylko kilka nieszkodliwych złamań oraz jest przytomny.
Doktor Less daje mi chwilę na przyswojenie informacji. Claire na trzeźwo zawsze się wystrzegała prowadzenia samochodu, a co dopiero po zażyciu narkotyków.
- Chwila, chwila. Jaki przyjaciel? - pytam i patrzę zdziwiona na rozmówcę.
- Niejaki Brown Chens, ale nie powinienem tego pani mówić. On także był pod wpływem narkotyków, tyle że to nie on był kierowcą - powoli zaczynam łączyć fakty. Wstaję i opieram się o biurko.
- I jest przytomny, tak?
- Tak, przecież pani mówiłem.
- A kto zadzwonił po pomoc?
- Jacyś przejezdni kierowcy - mówi, a ja siarczyście przeklinam pod nosem.
- W jakiej sali jest Brown?
- W sali sto pięć, inny oddział - odpowiada - niech pani da mu odpocząć - patrzy się na mnie z ukosa.
- Dziękuję - szepczę i wybiegam z pomieszczenia. Moje zdenerwowanie osiągnęło najwyższy poziom. Szukam tej sali, a Shawn biegnie za mną. Nie słucham go, więc nie wiem co mówi. Gdy znajduję się przed salą Browna, nie pukam tylko wchodzę i widzę, że Bay siedzi przy jego łóżku. Staram się nie zwracać uwagi na dziwne spojrzenie Baya.
- Ty pierdolony chuju! - krzyczę i podchodzę bliżej łóżka, a Shawn zamyka za nami drzwi oraz stara się mnie uspokoić poprzez dotyk, ale zrzucam jego ręce z moich ramion - jak mogłeś jej coś takiego zrobić?! Niech cię kurwa szlag trafi!
- Madison! - Bay wstaje i odgradza mnie od łóżka jego przyjaciela - byli tam razem! Jak możesz oskarżać go, kiedy to jeszcze twoja koleżanka prowadziła samochód?!
- Tak?! - spluwam i odsuwam ręką Baya - to niech ci kurwa powie prawdę! Claire, nigdy, ale to przenigdy nie wsiadała do auta jako kierowca pod wpływem narkotyków! Czasami nawet nie jechała jako pasażer, tak się bała! A ty ją kurwa przesadziłeś! Z miejsca pasażera na miejsce kierowcy! To ty prowadziłeś samochód! Tak się boisz odpowiedzialności za swoje czyny?! ONA MOŻE UMRZEĆ PRZEZ CIEBIE! - wrzeszczę, a Brown wygląda na przestraszonego.
- O co ci chodzi? Ona była kierowcą - duczy, ale widzę. Widzę to w jego oczach. W jego pierdolonych oczach, których nie powinnam widzieć. Tu powinna być Claire, oddychać sama i ze mną rozmawiać, a nie on.
- Życzę ci, żebyś zdechł! Ty pierdo...- nie mogę dokończyć, bo Shawn siłą wyciąga mnie z pomieszczenia. Na korytarzu ciągle próbuję mu się wyrwać - puść mnie! PUŚĆ! ZABIJĘ GO! ZABIJĘ TEGO... - Mendes zakrywa moje usta swoją dłonią.
- Nie mów tak - patrzy na mnie spod byka - nie powinnaś tak mówić, nie wiesz jak było - staję jak wryta, a on mnie puszcza.
- Jak możesz tak mówić - cedzę - ten pierdoleniec prawie zabił moją przyjaciółkę, jest w ciężkim stanie, nie wiadomo czy wyjdzie z tego, a ty go bronisz!
- Bo nie wiesz jak było, myśl racjonalnie!
- Wiem jak było. Znam ją i wiedziała, jak to mogłoby się skończyć. Nie jest taka tępa jak myślisz! - spluwam - zostaw mnie w tej chwili. Idę do Claire, i jak kurwa mać zobaczę cię za mną, to krzywdę zrobię nie tylko Brownowi, ale też i tobie - ostrzegam i kieruję się w stronę sali Claire. Pukam do jej drzwi, a po chwili wchodzę. Nie wiem, czy oczekiwałam odpowiedzi z jej strony.
Jej salka nie jest za duża. Ma tutaj jeszcze dwa puste łóżka, jest podpięta do różnych urządzeń. Cały pokój jest niebieski, zaczynając od podłogi i ścian, kończąc na dodatkach. Siadam na niebieskim taborecie, a z pokoju obok spogląda przez szybkę jakaś pielęgniarka. Słyszę tylko pykanie oznaczające, że oddycha. Delikatnie chwytam jej rękę. Jej twarz jest sina, a dłoń zimna. Czuję, jakby była martwa.
Myśli przechodzą przez moją głową. Pierwszy wspólny wypad za miasto, pierwsza nocka, pierwsze ćpanie, picie, palenie. Nie miała planów. Ale była. Po prostu była. Taka głupia Claire, która mnie wspierała swoją głupotą. Jej ręce, zawsze ciepłe, oplatały moje i szłyśmy przez miasto, jakbyśmy były parą. A teraz leży przede mną. Naga, zimna, jakby nieżywa. Mimo wszystkich wspólnych chwil nigdy jej nie powiedziałam, ile dla mnie znaczy. Postanawiam jej opowiedzieć wszystko po kolei. Gdy kończę, mówię coś, czego nigdy nie planowałam, bo po co?
- Jesteś moją siostrą. Kocham cię, Claire. Chcę, żeby wszystko było dobrze, pomogę ci. Tylko proszę - szepczę, a moje łzy spływają na jej dłoń, którą teraz mam przy ustach - nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj mnie tu samej.
W tej chwili respirator zaczyna piszczeć. Z pokoju pielęgniarek dochodzą do mnie tylko te słowa.
- Doktorze! Serce Claire przestało bić! Trzeba przystąpić do reanimacji! - a następnie zaczynam ryczeć, szlochać i nie wiem co się dzieje wokół.
czwartek, 2 lipca 2015
piątek, 22 maja 2015
Rozdział 11
- Słucham? - to jedyne, co jestem w stanie powiedzieć. Odwracam się w jego stronę.
- Kocham cię. Przez te wszystkie lata kochałem cię. Od początku gimnazjum wiedziałem, że to ty będziesz tą jedyną. Byłaś dla mnie wszystkim - mówi, a moje serce powoli się rozrywa na drobne kawałeczki - i nadal jesteś. Gdy Ryan dołączył do naszej ekipy i śmignęłaś mi przed nosem, stwierdziłem, że to wytrzymam. Wytrzymałem już tyle lat, to czemu mam nie wytrzymać kilku miesięcy, bo wiedziałem, że zerwiecie? Wiem, że nasze stosunki zawsze opierały się na relacji zwykłej znajomości i nigdy nie byliśmy aż tak blisko jak po twoim zerwaniu z Ryanem. Pamiętasz, jak w trzeciej klasie gimnazjum poszłaś ze mną na bal? Nie wstydziłaś się chwycić mnie za rękę mimo głupich komentarzy innych osób. Nie mogę wytrzymać tej odległości, mam ciebie na wyciągnięcie ręki, a jednak nie jesteś moja.
- Przestań - mówię i zaczynam się cofać - przepraszam, nie mogę. Porozmawiamy później - szybko kończę naszą rozmowę i rozpoczynam pogoń za Shawnem. Widzę tylko jego głowę w tłumie. Kiedy docieram do miejsca, gdzie ostatni raz go widziałam, nie ma po nim śladu. Jestem przekonana, że idzie w stronę wyjścia, więc przedzieram się przez zatłoczone pomieszczenie i w ostatnim momencie łapię go za rękę.
- Puść mnie - mówi wolno i wyraźnie, a w jego oczach widzę iskierki złości, a wyraz twarzy przedstawia zdruzgotowanie i wściekłość. Mimowolnie robię krok do tyłu, bo przypominam sobie sytuacje z Ryanem, ale od razu się opanowuję. Niestety Shawn zauważa moją chwilowę zmianę nastroju i od razu jego twarz ozdabia zatroskanie - muszę iść. Porozmawiamy później, muszę sobie to wszystko uporządkować - wolałabym żeby na mnie krzyczał, wyżywał się na mnie, a nie stał i był opanowany, pomimo wewnętrznego rozdarcia. To boli bardziej niż gdyby mnie uderzył. Puszczam go i widzę tylko jak wychodzi.
Nie kieruję się w stronę stolika. Jestem przekonana, że Claire poszła z jakimś idiotą do łóżka, a chłopacy jeśli znają sytuację, na pewno mnie nie wspomogą. Nie wiem co mną kieruje, ale udaję się w stronę innych miejsc siedzących.
- Madison? - Bay mruży oczy z niedowierzania - i kogo my tu mamy? Czyżbyś chciała zatańczyć? - śmieje się.
- Nieważne - rzucam i zaczynam iść w stronę drugiego wyjścia. Po jaką cholerę przyszłam właśnie do niego?
- Poczekaj - ktoś mówi i łapie mnie za rękę - chętnie z tobą zatańczę - mówi Bay i zaczyna się po raz kolejny śmiać, ale widząc mój wyraz twarzy od razu zaprzestaje - co się stało?
- Nic, naprawdę. Nie wiem dlaczego do ciebie przyszłam - odpowiadam i wyrywam rękę z uścisku. Wychodzę na zewnątrz. Jestem pewna, że Bay idzie za mną, bo za chwilę znowu słyszę jego głos.
- Chodź, idziemy - mówi stanowczo i wyraźnie, a następnie przygarnia mnie do siebie i narzuca swoją kurtkę na moje ramiona - nie pojedziemy autem, bo trochę się zjarałem, ale damy radę.
- Gdzie idziemy? - szepczę i przerażona staję.
- Do mnie - odpowiada i zaczyna się śmiać - ale spokojnie, nic ci nie zrobię. Mam dużo sąsiadów, a w tym stanie raczej nie wrócisz do starych.
- Mieszkasz sam? - zadaję kolejne pytanie, ale ruszam powoli do przodu. Nie wiem dlaczego, ale zaufam mu.
- To jest kawalerka, zaraz obok mieszka moja znajoma i kolega ze studiów.
- Twoi znajomi nie będa się martwić, że wyszedłeś?
- Spokojnie - śmieje się - powiedziałem im, że już tu nie wrócę, przynajmniej nie tej nocy.
- Jeśli coś mi zrobisz, to obiecuję, że zostaniesz zamordowany i to już następnego dnia - grożę mu, a on po raz kolejny wybucha śmiechem. Nie mogę nic poradzić, że moje kąciki ust same się unoszą. Ma bardzo przyjemny głos - ej, chwila, powiedziałeś, że studiujesz. To ile masz lat?
- Dwadzieścia trzy - uśmiecha się szeroko - a ty?
- Tydzień temu skończyłam osiemnastkę - odpowiadam i widzę zdezorientowanie goszczące na jego twarzy - co jest?
- Pierwszy raz w moim mieszkaniu będę gościł aż tak młodą dziewczynę - zaczyna chichotać.
- Boże - przewracam oczami - czy to przez to zioło, czy tak się normalnie zachowujesz?
- Lubię pożartować, no ej. Jedyna zaleta mojego wieku to możliwość żartowania z osiemnastolatek.
Gdy docieramy do jego kawalerki, jest już trzecia w nocy. Mieszka na obrzeżach miasta, ale okolica jest bardzo ładna i jest tu nawet kilka galerii handlowych, nawet w nocy da się to zauważyć.
- To jak, gdzie śpisz? - pyta się mnie - udostępnie ci moje łóżko jeśli chcesz, ale trochę tam dziewczyn już było.
- Dobra, skończ. Wezmę tę kanapę - odpowiadam. Nie widzę zbyt dużo, ale spoglądam na brudy leżące na podłodze. Dobrze, że ma zapaloną tylko jedną lampkę nocną, bo inaczej chyba bym się zrzygała. Nie mam ochoty tu spać, bo się boję, dlatego proponuję mu pooglądanie wspólnie jakiegoś filmu. Po drodze pokrótce wyjaśniłam mu zaistniałą sytuację. Polubiłam go, ale nie jestem chyba w stanie aż tak mu zaufać, żeby bez problemu zasnąć u niego, dlatego wysłałam sms-em Claire i bratu adres, na którym znajduje się budynek z jego kawalerką. Nie mam zamiaru w razie czego gnić tu z powodu zaginięcia.
Chłopak chętnie przystaje na moją propozycję i włącza jakiś film akcji, co rusz dodając własną wypowiedź do dialogów. Około piątej nad ranem oczy same mi się zamykają i zasypiam na kanapie. Budzę się koło dziesiątej. Powoli przecieram oczy i wstaję przestraszona. Dopiero po chwili kojarzę fakty i szybko sprawdzam, czy mam na sobie wszystkie ubrania. Wzdycham z ulgą, gdy zdaję sobie sprawę, że wszystko jest tak jak było. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę Baya śpiącego w swoim łóżku. Kiedy zasnęłam, musiał mnie przykryć kocem, a następnie udać się prosto do swojego łoża, bo nawet nie zmienił ubrań. Po cicho wygrzebuję się z kanapy i idę do łazienki. Jest bardzo mała, ale czysta. Przemywam twarz i wykonuję kilka podstawowych czynności, na szczczęście w torebce zawsze noszę szczotkę do włosów i do zębów,a także bieliznę na zmianę. Dobrym wyborem było niepomalowanie się. Po wyjściu z łazienki postanawiam zrobić mu małą przysługę i kieruję się w stronę lodówki. Niestety po otworzeniu jej okazuje się, że Bay nie posiada żadnych produktów spożywczych, chyba że zaliczyć do nich można piwo oraz wódkę. Zmieniam plany i zaczynam zamiatać jego mieszkanie, bo widząc ten syf można się przerazić. Tworzę stos brudnych rzeczy i gdy kończę robotę, Bay się przebudza. Nagle jest mi głupio, że ruszałam jego rzeczy.
- Przepraszam, ja po prostu... - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho.
- Jezu - łapie się za głowę i siada - nie musiałaś tego robić. Przepraszam za taki bałagan. Poczekaj piętnaście minut i zabiorę cię do naleśnikarni - odpowiada i wyciąga z szafki rzeczy.
Przez ten czas, kiedy Bay bierze prysznic, piszę do Claire i Jareda, że wszystko jest w porządku i po chwili bateria w telefonie mi pada. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo muszę wszystko przemyśleć i wszystko trzeźwo wyjaśnić Shawnowi. Bay wychodzi spod prysznica,a ja mu się dokładniej przyglądam. Jest naprawdę przystojny, a także teraz widać, że ćwiczy. Zgarnia klucze, portfel i zachęca mnie ruchem ręki do wyjścia.
- Chodź, teraz na pewno nie ma tłumów, ale nie potrwa to długo, bo jest strasznie oblegana.
Naleśnikarnia znajduje się niedaleko, idziemy tam około pięciu minut, a gdy zaczyna padać deszcz, biegniemy i na nasze szczęście ulewa nie spowodowała większych zmoknięć ubrań.
- Usiądź tu, fantastyczne miejsce - pokazuje mi blat przy oknie. Siadam na jednym z wysokich krzeseł i czekam na Baya. Po chwili przynosi wielki talerz różnorodnych naleśników oraz kubek kawy z pianką - mam nadzieję, że lubisz - podaje mi kawę i się uśmiecha. Dziękuję mu skinieniem głowy. Niestety nie zgodził się na to, żebym to ja zapłaciła, ale obiecał, że następnym razem to ja funduję.
- Przyznam szczerze - odzywam się po chwili - że pierwszy raz obserwuję ludzi tak uważnie, jak teraz.
I jest to prawda. Jest to nieco dziwne, że siedzę w naleśnikarni z tak naprawdę nieznajomym człowiekiem, kubkiem kawy w ręce, a na zewnątrz pada deszcz i ludzie żyją własnym życiem.
- Dlatego kocham to miejsce. Widzisz tego pana w wielkim kapeluszu? - mówi i wskazuje palcem na mężczyznę po drugiej strony ulicy. Kiwam głową - stracił rodzinę w wypadku samochodowym. To on był kierowcą. Za nim zawsze siedzi kobieta z dzieckiem, ciągle proszą o jedzenie, bo nie mają jak go kupić. Codziennie jest przeganiana przez policję, ale wraca tu i spotyka się z wielką akceptacją miejscowych. Nie rozumiem tego, bo kilka razy była proponowana jej niezła fucha, nawet przeze mnie i jakoś nie wyrażała wielkich chęci do podjęcia się jej.
Posiłek kończymy przyjacielskim uściskiem i każdy z nas rozchodzi się w swoją stronę. Po około godzinnej podróży znajduję się pod drzwiami Shawna, a gdy już chcę użyć dzwonka do drzwi, otwiera mi jego mama z zaskoczoną miną, ale od razu mnie przytula.
- Dzień dobry, jest może Shawn? - pytam się i odwzajemniam uścisk.
- Dzień dobry słoneczko. Nie miałaś być przypadkiem z Shawnem? - odpowiada mi pytaniem na pytanie.
- Wczoraj trochę się posprzeczaliśmy i.... - mówiąc to, drapię się po karku. Karen posyła mi zmieszany uśmiech.
- Powiedział, że jedzie po ciebie. Był bardzo zdenerwowany, nie wiem co się stało. Wyjechał jakieś dwadzieścia minut temu, może go spotkasz u siebie? - sugeruje.
- Dobrze, dziękuję bardzo za pomoc, Karen.
Nie czekając na jej odpowiedź, biegnę na dół. Zamówiłabym taksówkę, ale jeśli był zdenerwowany to musiało się coś stać, nie mogę się wrócić i poprosić mamę Shawna o zadzwonienie po taksówkę. Żałuję, że wyładował mi się telefon. Po około półgodzinnej podróży do mieszkania, dobiegam do drzwi i je otwieram na oścież. Wbiegam do pokoju Jareda.
- Był tu Shawn? - wyduszam z siebie to słowa bardzo szybko, ale na szczęście Jared mnie rozumie.
- Był jakieś dziesięć minut temu. Powiedziałem mu, że jesteś u jakiegoś kolegi i zdziwiłem się, że nie jesteś z nim....
- Już, wystarczy - przerywam jego wywód - wiesz może gdzie jest teraz?
- Poprosił, bym ci przekazał, żebyś odczytała smsa.
Całuję brata w policzek i biegnę do swojego pokoju, gdzie szybko podłączam mój telefon. Z niecierpliwością odliczam pięć minut, bo mój cudowny telefon potrzebuje chwili by się włączyć. Gdy odczytuję wiadomość tekstową, moje nogi stają się galaretkowate.
Shawn Mendes
Claire jest w szpitalu, tam gdzie twój brat wcześniej. Jestem u niej, przyjedź jak najszybciej możesz, miała wypadek.
****
- Kocham cię. Przez te wszystkie lata kochałem cię. Od początku gimnazjum wiedziałem, że to ty będziesz tą jedyną. Byłaś dla mnie wszystkim - mówi, a moje serce powoli się rozrywa na drobne kawałeczki - i nadal jesteś. Gdy Ryan dołączył do naszej ekipy i śmignęłaś mi przed nosem, stwierdziłem, że to wytrzymam. Wytrzymałem już tyle lat, to czemu mam nie wytrzymać kilku miesięcy, bo wiedziałem, że zerwiecie? Wiem, że nasze stosunki zawsze opierały się na relacji zwykłej znajomości i nigdy nie byliśmy aż tak blisko jak po twoim zerwaniu z Ryanem. Pamiętasz, jak w trzeciej klasie gimnazjum poszłaś ze mną na bal? Nie wstydziłaś się chwycić mnie za rękę mimo głupich komentarzy innych osób. Nie mogę wytrzymać tej odległości, mam ciebie na wyciągnięcie ręki, a jednak nie jesteś moja.
- Przestań - mówię i zaczynam się cofać - przepraszam, nie mogę. Porozmawiamy później - szybko kończę naszą rozmowę i rozpoczynam pogoń za Shawnem. Widzę tylko jego głowę w tłumie. Kiedy docieram do miejsca, gdzie ostatni raz go widziałam, nie ma po nim śladu. Jestem przekonana, że idzie w stronę wyjścia, więc przedzieram się przez zatłoczone pomieszczenie i w ostatnim momencie łapię go za rękę.
- Puść mnie - mówi wolno i wyraźnie, a w jego oczach widzę iskierki złości, a wyraz twarzy przedstawia zdruzgotowanie i wściekłość. Mimowolnie robię krok do tyłu, bo przypominam sobie sytuacje z Ryanem, ale od razu się opanowuję. Niestety Shawn zauważa moją chwilowę zmianę nastroju i od razu jego twarz ozdabia zatroskanie - muszę iść. Porozmawiamy później, muszę sobie to wszystko uporządkować - wolałabym żeby na mnie krzyczał, wyżywał się na mnie, a nie stał i był opanowany, pomimo wewnętrznego rozdarcia. To boli bardziej niż gdyby mnie uderzył. Puszczam go i widzę tylko jak wychodzi.
Nie kieruję się w stronę stolika. Jestem przekonana, że Claire poszła z jakimś idiotą do łóżka, a chłopacy jeśli znają sytuację, na pewno mnie nie wspomogą. Nie wiem co mną kieruje, ale udaję się w stronę innych miejsc siedzących.
- Madison? - Bay mruży oczy z niedowierzania - i kogo my tu mamy? Czyżbyś chciała zatańczyć? - śmieje się.
- Nieważne - rzucam i zaczynam iść w stronę drugiego wyjścia. Po jaką cholerę przyszłam właśnie do niego?
- Poczekaj - ktoś mówi i łapie mnie za rękę - chętnie z tobą zatańczę - mówi Bay i zaczyna się po raz kolejny śmiać, ale widząc mój wyraz twarzy od razu zaprzestaje - co się stało?
- Nic, naprawdę. Nie wiem dlaczego do ciebie przyszłam - odpowiadam i wyrywam rękę z uścisku. Wychodzę na zewnątrz. Jestem pewna, że Bay idzie za mną, bo za chwilę znowu słyszę jego głos.
- Chodź, idziemy - mówi stanowczo i wyraźnie, a następnie przygarnia mnie do siebie i narzuca swoją kurtkę na moje ramiona - nie pojedziemy autem, bo trochę się zjarałem, ale damy radę.
- Gdzie idziemy? - szepczę i przerażona staję.
- Do mnie - odpowiada i zaczyna się śmiać - ale spokojnie, nic ci nie zrobię. Mam dużo sąsiadów, a w tym stanie raczej nie wrócisz do starych.
- Mieszkasz sam? - zadaję kolejne pytanie, ale ruszam powoli do przodu. Nie wiem dlaczego, ale zaufam mu.
- To jest kawalerka, zaraz obok mieszka moja znajoma i kolega ze studiów.
- Twoi znajomi nie będa się martwić, że wyszedłeś?
- Spokojnie - śmieje się - powiedziałem im, że już tu nie wrócę, przynajmniej nie tej nocy.
- Jeśli coś mi zrobisz, to obiecuję, że zostaniesz zamordowany i to już następnego dnia - grożę mu, a on po raz kolejny wybucha śmiechem. Nie mogę nic poradzić, że moje kąciki ust same się unoszą. Ma bardzo przyjemny głos - ej, chwila, powiedziałeś, że studiujesz. To ile masz lat?
- Dwadzieścia trzy - uśmiecha się szeroko - a ty?
- Tydzień temu skończyłam osiemnastkę - odpowiadam i widzę zdezorientowanie goszczące na jego twarzy - co jest?
- Pierwszy raz w moim mieszkaniu będę gościł aż tak młodą dziewczynę - zaczyna chichotać.
- Boże - przewracam oczami - czy to przez to zioło, czy tak się normalnie zachowujesz?
- Lubię pożartować, no ej. Jedyna zaleta mojego wieku to możliwość żartowania z osiemnastolatek.
Gdy docieramy do jego kawalerki, jest już trzecia w nocy. Mieszka na obrzeżach miasta, ale okolica jest bardzo ładna i jest tu nawet kilka galerii handlowych, nawet w nocy da się to zauważyć.
- To jak, gdzie śpisz? - pyta się mnie - udostępnie ci moje łóżko jeśli chcesz, ale trochę tam dziewczyn już było.
- Dobra, skończ. Wezmę tę kanapę - odpowiadam. Nie widzę zbyt dużo, ale spoglądam na brudy leżące na podłodze. Dobrze, że ma zapaloną tylko jedną lampkę nocną, bo inaczej chyba bym się zrzygała. Nie mam ochoty tu spać, bo się boję, dlatego proponuję mu pooglądanie wspólnie jakiegoś filmu. Po drodze pokrótce wyjaśniłam mu zaistniałą sytuację. Polubiłam go, ale nie jestem chyba w stanie aż tak mu zaufać, żeby bez problemu zasnąć u niego, dlatego wysłałam sms-em Claire i bratu adres, na którym znajduje się budynek z jego kawalerką. Nie mam zamiaru w razie czego gnić tu z powodu zaginięcia.
Chłopak chętnie przystaje na moją propozycję i włącza jakiś film akcji, co rusz dodając własną wypowiedź do dialogów. Około piątej nad ranem oczy same mi się zamykają i zasypiam na kanapie. Budzę się koło dziesiątej. Powoli przecieram oczy i wstaję przestraszona. Dopiero po chwili kojarzę fakty i szybko sprawdzam, czy mam na sobie wszystkie ubrania. Wzdycham z ulgą, gdy zdaję sobie sprawę, że wszystko jest tak jak było. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę Baya śpiącego w swoim łóżku. Kiedy zasnęłam, musiał mnie przykryć kocem, a następnie udać się prosto do swojego łoża, bo nawet nie zmienił ubrań. Po cicho wygrzebuję się z kanapy i idę do łazienki. Jest bardzo mała, ale czysta. Przemywam twarz i wykonuję kilka podstawowych czynności, na szczczęście w torebce zawsze noszę szczotkę do włosów i do zębów,a także bieliznę na zmianę. Dobrym wyborem było niepomalowanie się. Po wyjściu z łazienki postanawiam zrobić mu małą przysługę i kieruję się w stronę lodówki. Niestety po otworzeniu jej okazuje się, że Bay nie posiada żadnych produktów spożywczych, chyba że zaliczyć do nich można piwo oraz wódkę. Zmieniam plany i zaczynam zamiatać jego mieszkanie, bo widząc ten syf można się przerazić. Tworzę stos brudnych rzeczy i gdy kończę robotę, Bay się przebudza. Nagle jest mi głupio, że ruszałam jego rzeczy.
- Przepraszam, ja po prostu... - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho.
- Jezu - łapie się za głowę i siada - nie musiałaś tego robić. Przepraszam za taki bałagan. Poczekaj piętnaście minut i zabiorę cię do naleśnikarni - odpowiada i wyciąga z szafki rzeczy.
Przez ten czas, kiedy Bay bierze prysznic, piszę do Claire i Jareda, że wszystko jest w porządku i po chwili bateria w telefonie mi pada. Nie przejmuję się tym zbytnio, bo muszę wszystko przemyśleć i wszystko trzeźwo wyjaśnić Shawnowi. Bay wychodzi spod prysznica,a ja mu się dokładniej przyglądam. Jest naprawdę przystojny, a także teraz widać, że ćwiczy. Zgarnia klucze, portfel i zachęca mnie ruchem ręki do wyjścia.
- Chodź, teraz na pewno nie ma tłumów, ale nie potrwa to długo, bo jest strasznie oblegana.
Naleśnikarnia znajduje się niedaleko, idziemy tam około pięciu minut, a gdy zaczyna padać deszcz, biegniemy i na nasze szczęście ulewa nie spowodowała większych zmoknięć ubrań.
- Usiądź tu, fantastyczne miejsce - pokazuje mi blat przy oknie. Siadam na jednym z wysokich krzeseł i czekam na Baya. Po chwili przynosi wielki talerz różnorodnych naleśników oraz kubek kawy z pianką - mam nadzieję, że lubisz - podaje mi kawę i się uśmiecha. Dziękuję mu skinieniem głowy. Niestety nie zgodził się na to, żebym to ja zapłaciła, ale obiecał, że następnym razem to ja funduję.
- Przyznam szczerze - odzywam się po chwili - że pierwszy raz obserwuję ludzi tak uważnie, jak teraz.
I jest to prawda. Jest to nieco dziwne, że siedzę w naleśnikarni z tak naprawdę nieznajomym człowiekiem, kubkiem kawy w ręce, a na zewnątrz pada deszcz i ludzie żyją własnym życiem.
- Dlatego kocham to miejsce. Widzisz tego pana w wielkim kapeluszu? - mówi i wskazuje palcem na mężczyznę po drugiej strony ulicy. Kiwam głową - stracił rodzinę w wypadku samochodowym. To on był kierowcą. Za nim zawsze siedzi kobieta z dzieckiem, ciągle proszą o jedzenie, bo nie mają jak go kupić. Codziennie jest przeganiana przez policję, ale wraca tu i spotyka się z wielką akceptacją miejscowych. Nie rozumiem tego, bo kilka razy była proponowana jej niezła fucha, nawet przeze mnie i jakoś nie wyrażała wielkich chęci do podjęcia się jej.
Posiłek kończymy przyjacielskim uściskiem i każdy z nas rozchodzi się w swoją stronę. Po około godzinnej podróży znajduję się pod drzwiami Shawna, a gdy już chcę użyć dzwonka do drzwi, otwiera mi jego mama z zaskoczoną miną, ale od razu mnie przytula.
- Dzień dobry, jest może Shawn? - pytam się i odwzajemniam uścisk.
- Dzień dobry słoneczko. Nie miałaś być przypadkiem z Shawnem? - odpowiada mi pytaniem na pytanie.
- Wczoraj trochę się posprzeczaliśmy i.... - mówiąc to, drapię się po karku. Karen posyła mi zmieszany uśmiech.
- Powiedział, że jedzie po ciebie. Był bardzo zdenerwowany, nie wiem co się stało. Wyjechał jakieś dwadzieścia minut temu, może go spotkasz u siebie? - sugeruje.
- Dobrze, dziękuję bardzo za pomoc, Karen.
Nie czekając na jej odpowiedź, biegnę na dół. Zamówiłabym taksówkę, ale jeśli był zdenerwowany to musiało się coś stać, nie mogę się wrócić i poprosić mamę Shawna o zadzwonienie po taksówkę. Żałuję, że wyładował mi się telefon. Po około półgodzinnej podróży do mieszkania, dobiegam do drzwi i je otwieram na oścież. Wbiegam do pokoju Jareda.
- Był tu Shawn? - wyduszam z siebie to słowa bardzo szybko, ale na szczęście Jared mnie rozumie.
- Był jakieś dziesięć minut temu. Powiedziałem mu, że jesteś u jakiegoś kolegi i zdziwiłem się, że nie jesteś z nim....
- Już, wystarczy - przerywam jego wywód - wiesz może gdzie jest teraz?
- Poprosił, bym ci przekazał, żebyś odczytała smsa.
Całuję brata w policzek i biegnę do swojego pokoju, gdzie szybko podłączam mój telefon. Z niecierpliwością odliczam pięć minut, bo mój cudowny telefon potrzebuje chwili by się włączyć. Gdy odczytuję wiadomość tekstową, moje nogi stają się galaretkowate.
Shawn Mendes
Claire jest w szpitalu, tam gdzie twój brat wcześniej. Jestem u niej, przyjedź jak najszybciej możesz, miała wypadek.
****
Przepraszam za długą nieobecność, bardzo dużo działo się w moim prywatnym, jak i szkolnym życiu. Nie zostawię tego bloga i piszę w każdej wolnej chwili, teraz już tylko do dziesiątego czerwca i wracam z podwojoną siłą. Przepraszam jeszcze raz, buzi.
sobota, 28 marca 2015
Rozdział 10
Przewracam się na plecy i nucę sobie piosenkę pod nosem, a za chwilę czuję silne ramię obejmujące mnie.
- Fu, tylko nie na moim łóżku! - krzyczy Claire i ciągnie mnie za stopę, a ja zaczynam się śmiać i kopać przyjaciółkę. Shawn podnosi dwie ręce do góry w geście obronnym.
- Claire, bo wyjdziemy za trzy godziny - mówię, a Claire szybko poważnieje i zaczyna przeglądać zawartość swojej szafy.
Wraz z Claire i Shawnem oraz resztą mojej, w sumie już naszej ekipy idziemy tam gdzie zawsze. Chłopacy już są na miejscu, a ja jak zwykle idę tam z Claire i - po raz pierwszy - z Shawnem, ponieważ chciałam by zobaczył jak wygląda mój typowy dzień z przyjaciółmi. Minął tydzień od naszego pocałunku. Stwierdziliśmy, że warto spróbować zostać dobrymi przyjaciółmi, a po pewnym czasie wszystko samo się ustatkuje. Claire pierwszy raz od dłuższego czasu decyduje się wziąć coś, co będzie zakrywać przynajmniej jedną trzecią część ciała. Ja mam na sobie spodnie typu boyfriendy, czarną, zwykłą bluzkę, a na to niebieską, rozpiętą koszulę oraz zwykłe trampki. Claire decyduje się na bluzkę do brzucha oraz spódniczkę do trochę ponad połowy ud i jestem z niej prawie że dumna. Gdy Claire idzie do łazienki się przebrać (ponieważ zakazałam jej się przebierać przy Shawnie), przypomina mi się rozmowa z może-moim-przyszłym chłopakiem.
Było to trzy dni po naszym pocałunku. Siedzieliśmy na moim łóżku i wybierałam film, który mieliśmy obejrzeć.
- Kocham to - szepcze mi do ucha i lekko gładzi moją rękę. Jego palce są szorstkie. Pod jego dotykiem przechodzą mnie dreszcze.
- Co? - mówię, ponieważ nie do końca rozumiem o co mu chodzi.
- Kocham jak to robisz. Jak się przy mnie zmieniasz - mówi i patrzy mi głęboko w oczy - przy innych jesteś niegrzeczna, niemiła i szorstka. Jezu, to naprawdę cudowne. To znaczy, ty jesteś cudowna, ale to jak potrafisz zmienić się w chwilę jest... intrygujące.
- Och - mruczę i pozwalam włosom opaść na moją twarz, by nie widział mojego zawstydzenia, ale Shawn odgarnia je za uszy i delikatnie całuje mnie w czoło.
- Urocza jesteś - uśmiecha się od ucha do ucha - to jaki film w końcu wybrałaś?
Później już nie rozmawialiśmy na ten temat, ale ja ciągle o tym myślałam. To chyba prawda, ponieważ taka właśnie jestem - niemiła, wredna, nieokazująca uczuć. Nie wiem jak, ale w jakiś sposób Shawn stał się dla mnie bardzo ważny, jestem świadoma, że zawsze mi pomoże, bez względu na to, jak sytuacja pomiędzy nami będzie wyglądać. Nauczyłam się odgradzać od ludzi. Nie chciałam nikomu sprawiać zawodu przez to, kim jestem. Zawodzę na każdej linii i boję się innych ranić. Boję się, że to ja zostanę zraniona. Jednak gdy poznałam Shawna coś we mnie się zmieniło. Zaczęłam dopuszczać swoje emocje do siebie, nie wstydziłam się rozpłakać przy Claire i powiedzieć jej - przynajmniej po części - co czuję. Shawn zaczął wywoływać we mnie uczucia, których nigdy wcześniej nie zaznałam. Blokowałam wszystkie wewnętrzne bodźce, udawałam, że ich nie odczuwam. Samotność wydawała mi się zawsze dobrym wyjściem, ale kiedy zaczęłam się dzielić emocjami na przykład z Claire, czułam się... jakby lżej. Każdy uśmiech Shawna, każde spojrzenie, każde słowo było dla mnie wsparciem i nową osłoną, którą najpierw zburzył i przez to byłam zawistna dla niego, ale teraz - jestem wdzięczna. Prawi mi tyle komplementów, nie jest ze mną dlatego, że należę do tak zwanej elity. Nie wiem, czy to jest miłość, ale wiem, że jestem dla niego ważna. On zresztą dla mnie też.
- Hej - mówię i przytulam się z wszystkimi po kolei - jak wiecie, to jest Shawn, znacie się, więc nie będę marnować naszego czasu na przedstawianie się wzajemnie - ostrzegłam wszystkich, że przyjdę z Shawnem, dlatego nikt nie jest zdziwiony. Siadam koło Jasona, a miejsce obok mnie zajmuje Shawn. Tom podnosi butelkę wódki do góry i patrzy na Shawna.
- Pijesz? - pyta, a w jego głosie czuję ironię.
- Nie, dzięki - odpowiada. Jestem z niego dumna, bo nie ulega wpływom towarzystwa.
- Cnotek niewydymek - mruczy Tom wkurzonym pod nosem, jednak na tyle głośno, że jestem w stanie to usłyszeć. Mam nadzieję, że Shawn tego nie nie usłyszy, ale przeliczam się.
- Nie mam ochoty na wódkę, ale dzięki, że się o mnie troszczysz - mówi trochę uszczypliwie Shawn, zapewne po to, by sprokować Toma. Jak widać, bawi go to, że mój przyjaciel jest zdenerwowany. Nie wiem z jakiego powodu jest taki wredny dla Shawna, przecież sam wyraził zgodę na jego przyjście. W powietrzu unosi się gęsta atmosfera. Postanawiam to przerwać.
- Chodź, pokażę ci parkiet do tańca - kieruję te słowa do Shawna. Wstaję oraz ciągnę Shawna za rękaw, a gdy wstaje, odwracam się w stronę Toma - a z tobą porozmawiam później.
Claire klaska w ręce i jak zawsze próbuje opanować sytuacje polewając więcej wódki do kieliszków. Chichoczę pod nosem i prowadzę Shawna do przodu, gdy nagle czuję, że po prostu go nie trzymam. Odwracam się w poszukiwaniu, ale nie mogę go dostrzec przez ten tłum. Przewracam oczami i przepycham się przez tłum w stronę z której przyszliśmy. Widzę jego głowę i kieruję się tam. Spostrzegam, że z kimś rozmawia i czuję lekkie ukłucie zazdrości, ale zaraz się go pozbywam. Nie jesteśmy nawet oficjalną parą, zresztą, ciągle kręcą się przy nim jakieś dziewczyny - na przykład ta głupia Lily albo jakieś inne laski ze szkoły. Postanowiłam, że będziemy spędzać razem tylko kilka przerw razem, ponieważ nie mam zamiaru zostawiać przyjaciół z powodu znalezienia może-przyszłego-chłopaka. Jestem jednak lekko zirytowana, że nie poszedł za mną, tylko się zatrzymał. Podchodzę do niego i delikatnie wsuwam swoją rękę w jego. Patrzy zdziwiony co się właśnie dzieje, uśmiecha się szeroko i zaciska swój uścisk.
- Eli, to Madison, moja przyjaciółka, Madison, to Eli, moja dawna znajoma - przedstawia nam siebie nawzajem. Przybieram twarz suki, którą Claire uwielbia i nieznacznie kiwam głową.
- Wiesz, że cię zgubiłam? - staram się mówić spokojnie, ale widząc Shawna w ogóle nie przejętego tą sytuacją, mam ochotę zdzielić go patelnią.
- Wiem, przepraszam, chciałem iść cię poszukać, ale wtedy Elizabeth - słysząc, że Eli to tylko zdrobnienie jej imienia, podnoszę wysoko brwi i mierzę ją wzrokiem oraz puszczam rękę Shawna - mnie zaczepiła. Miałem właśnie powiedzieć, że muszę cię znaleźć, ale właśnie przyszłaś. Była moją sąsiadką w Toronto, a kilka lat temu przeprowadziła się do Nowego Yorku.
Eli, jak nazwał ją Shawn, jest niską, czarnowłosą dziewczyną. Ma lekką opaleniznę, mocny makijaż oraz - jak na to miejsce przystało - odsłonięty dekolt, a spodenki ledwo zasłaniają jej tyłek.
- No, to ciekawych sąsiadów musiałeś mieć - warczę. Wiem, że nie mam powodów do zazdrości, ale jednak... Nie podoba mi się to, że ją spotkał. Do tego w takim miejscu. A może z nią też się umawiał? Może lubi takie dziewczyny, jak my? To znaczy, okej, ja nie zachowuję się jak dziwka, a ona - zapewne tak, ponieważ chodzą o niej plotki, ale nigdy nie zwracałam na nie większej uwagi. Shawn próbuje chwycić moją rękę, ale wyrywam ją i uśmiecham się słodko - w takim razie nie będę wam przeszkadzać, będę przy naszym stoliku - mówię i idę w stronę znajomych, ale jeszcze na chwilę odwracam się w stronę Shawna - nie próbuj za mną iść - warczę i dodaję ciche proszę. Kiwa głową ze zrozumieniem, ponieważ wie, że czasami wolę pobyć sama lub porozmawiać z Claire. Tak jak się spodziewałam, Claire siedzi z jakimś chłopakiem, ale pstrykam palcami i Claire patrzy w moje oczy. Chyba widzi, że potrzebuję rozmowy, bo wypędza chłopaka.
- Ych, niech to będzie coś ważnego, bo niezła z niego partia - patrzy jak odchodzi i oblizuje usta - no, ale jak nie ten, to następny. Chłopaki - kieruje te słowa do Jasona, Micheala i Toma, który siedzi naburmuszony - polejcie Madison trochę wódki - gdy wykonują polecenie, podaje mi kieliszek, a ja na jeden raz wypijam wszystko i popijam colą - zgaduję, że chodzi o Shawna, bo nigdzie go nie widzę?
- Tak. Nie. Kurwa. Jestem taka zazdrosna, wkurwia mnie to - mówię i pocieram rękoma twarz - spotkał swoją starą znajomą. A jeśli on z nią wcześniej flirtował? Spójrz, skoro ja mu się podobam, to może ona mu też się kiedyś podobała?
- Nooo i? - mówi i robi dziwne miny. Szturcham ją w ramię, a ona odpowiada mi śmiechem - dziewczyno, proszę cię. Tyle, ilu ty znasz tutaj chłopaków, ile czasu spędzasz z nami - patrzy się na chłopaków, którzy przysłuchują się z zaciekawieniem, więc posyła im morderczy wzrok, dzięki któremu znowu zajmują się jaraniem trawki - on nigdy nie spędził pewnie z dziewczynami. Jakoś on tobie nie robi jakiś scen zazdrości. A skoro aż tak cię to boli, to czemu pozwoliłaś mu zostać sam na sam z tą dziewczyną?
- Bo chcę wiedzieć co on zrobi. Jeśli mnie zdradzi, to... - nie dokańczam, bo Claire mi przerywa.
- A ty zawsze o tym - mówi i naśladuje mój głos - jeśli mnie zdradzi, jeśli to, jeśli tamto. Dziewczyno, ocknij się! Po pierwsze, niby jak się dowiesz, że cię zdradził, po drugie, może trochę zaufania?
- Na pewno ktoś by mi powiedział.
- Przestań o tym myśleć, bo może jeszcze to się stanie - mówi, a z głośników leci właśnie Wannabe Sipce Girls. Claire zaczynają się świecić oczy z podekscytowania - proszę, proszę, prooooszę! - mówi i zaczyna skakać na kanapie.
Przewracam oczami i dziękuję w myślach Claire, że jest dla mnie zawsze... oparciem? A do tego jej szybka ekscytacja pozwala mi często zapomnieć o problemach i przejmuję wtedy jej szczęśliwy humor. Chwytam ją za rękę i idziemy pod głośniki, tam, gdzie jest miejsce do tańczenia. Zanim tam dochodzimy, utwór się zmienia, ale prosimy kolesia, który zajmuje się puszczaniem muzyki o tą samą piosenkę. Zaczynamy tańczyć, a za chwilę podchodzą do nas zjarani faceci, na oko dwudziesto-kilku letni.
- Hej małe, zatańczycie z nami? - mówi, a ja podnoszę wysoko brwi. Nie są brzydcy. Są przystojni, ale nigdy nie tańczyłam z nikim obcym, bo raczej ich tańce polegają na ocieraniu się wzajemnie, a nie na krokach.
- Jasne! - piszczy Claire i chwyta chłopaka, który zadał to pytanie. Posyła mi ostrzegawcze spojrzenie, jakby chciała przekazać, że nie ma odwrotu. Przewracam oczami i przekrzykuję muzykę.
- Żadnego ocierania, macania lub dotykania - mówię do chłopaka - zrozumiano?
- Jasne - powtarza słowa Claire, ale widzę, że jest szczerze rozbawiony moją wypowiedzią. Zaczyna tańczyć wraz ze mną, nie dotykając mnie - Bay.
- Madison - odpowiadam, bo chyba właśnie mi się przedstawił. Przyglądam mu się uważnie. Ma delikatny zarost, blond włosy i trochę przypomina mi Ryana, ale szybko wymazuję ten obraz z głowy. Widzę, że Baya coś bawi - bawi cię to? - pytam, może trochę za ostro, ale Bay zanosi się głośnym śmiechem, przez co sama zaczynam chichotać. Może to przez wódkę jestem otwarta bardziej niż zwykle, chociaż wcale jej tak dużo nie wypiłam. Gdy piosenka dobiega końca, dziękuję mu za taniec, jeśli w ogóle poruszanie się w nietakt można tak nazwać. Informuję Claire o tym, że wracam na swoje miejsce i idę do stolika. Nie ma tam nadal Shawna, ale nie obawiam się o to, ponieważ minęło około piętnastu minut.
- Możemy porozmawiać? - mówi Tom.
- Jasne - odpowiadam i wygodnie usadawiam się na kanapie.
- Nie tutaj, chodź do pokoju - nie chodzi o pokój u góry, tylko tam, gdzie odbyła się moja rozmowa z Ryanem na temat mojej czystości. Kiwam głową i udaję się w tamtą stronę.
Kiedy znajduję się w tym pokoju, siadam wygodnie na krześle, podczas gdy Tom wygania jakąś parę obściskującą się i napomina, że w razie czego są pokoje u góry, a następnie siada naprzeciwko mnie. Tak naprawdę tego nie można nazwać pokojem, bardziej pomieszczeniem, ponieważ nie ma tu żadnych drzwi, a tylko framuga oddziela tą salkę od innych, do tego znajduje się daleko od głośników, więc można normalnie porozmawiać.
- Nie wytrzymam już tak dłużej - odzywa się po chwili.
- Ale jak? - pytam się lekko zdziwiona.
- Z tym ukrywaniem się - wali pięściami w stół i wstaje zdenerwowany, a ja lekko się wzdrygam. Nigdy nie był taki nerwowy - nie dam rady, rozumiesz, kurwa?
- Nie do końca rozumiem? - marszczę brwi.
- Nie chcę być twoją tajemnicą! - krzyczy.
- Przecież nią nie jesteś - odpowiadam, trochę ciszej niż przypuszczałam. Trochę się go przestraszyłam.
- Kocham cię, kurwa mać. Zawsze z tobą byłem, jestem i będę. Ale nie mogę stać ciągle na uboczu! - ciągle chodzi zdenerwowany po pomieszczeniu, przez co wstaję i chwytam jego rękę.
- Też cię kocham. Jesteś dla mnie ważny i zawsze będziesz na pierwszym planie, hej - mówię cicho i chwytam jego twarz tak, że musi na mnie spojrzeć - kocham cię. Wiem, że zawsze ze mną będziesz - nigdy wcześniej nie mówiłam mu, że go kocham, ale zasłużył sobie, tak samo jak reszta ekipy, ale to właśnie on i Claire byli dla mnie największym oparciem.
Zanim zdążę zareagować, Tom łączy nasze usta w pocałunku, przekładając na moje wargi wszystkie swoje emocje - czuję złość, miłość, ból i smutek. Przerywam ten pocałunek trochę niepewnie.
- Co to było? - pytam się zdezorientowana. Słyszę lekki huk pięści o ścianę. Odwracam się w stronę wejścia i widzę Shawna. Kurwa. Mać. Widział, jak całuję się z Tomem, a do tego ta rozmowa... wyglądała, jakbym potajemnie umawiała się z Tomem. Shawn znika za drzwiami i widzę, że jest nieźle wkurzony, ale Tom jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na niego. Mam ochotę się rozpłakać i zaczynam biec w stronę wyjścia z pomieszczenia, ale następne słowa Toma powodują, że nie mogę się ruszyć.
- Kocham cię, kurwa mać, jak dziewczynę, a nie jak pierdoloną przyjaciółkę!
- Fu, tylko nie na moim łóżku! - krzyczy Claire i ciągnie mnie za stopę, a ja zaczynam się śmiać i kopać przyjaciółkę. Shawn podnosi dwie ręce do góry w geście obronnym.
- Claire, bo wyjdziemy za trzy godziny - mówię, a Claire szybko poważnieje i zaczyna przeglądać zawartość swojej szafy.
Wraz z Claire i Shawnem oraz resztą mojej, w sumie już naszej ekipy idziemy tam gdzie zawsze. Chłopacy już są na miejscu, a ja jak zwykle idę tam z Claire i - po raz pierwszy - z Shawnem, ponieważ chciałam by zobaczył jak wygląda mój typowy dzień z przyjaciółmi. Minął tydzień od naszego pocałunku. Stwierdziliśmy, że warto spróbować zostać dobrymi przyjaciółmi, a po pewnym czasie wszystko samo się ustatkuje. Claire pierwszy raz od dłuższego czasu decyduje się wziąć coś, co będzie zakrywać przynajmniej jedną trzecią część ciała. Ja mam na sobie spodnie typu boyfriendy, czarną, zwykłą bluzkę, a na to niebieską, rozpiętą koszulę oraz zwykłe trampki. Claire decyduje się na bluzkę do brzucha oraz spódniczkę do trochę ponad połowy ud i jestem z niej prawie że dumna. Gdy Claire idzie do łazienki się przebrać (ponieważ zakazałam jej się przebierać przy Shawnie), przypomina mi się rozmowa z może-moim-przyszłym chłopakiem.
Było to trzy dni po naszym pocałunku. Siedzieliśmy na moim łóżku i wybierałam film, który mieliśmy obejrzeć.
- Kocham to - szepcze mi do ucha i lekko gładzi moją rękę. Jego palce są szorstkie. Pod jego dotykiem przechodzą mnie dreszcze.
- Co? - mówię, ponieważ nie do końca rozumiem o co mu chodzi.
- Kocham jak to robisz. Jak się przy mnie zmieniasz - mówi i patrzy mi głęboko w oczy - przy innych jesteś niegrzeczna, niemiła i szorstka. Jezu, to naprawdę cudowne. To znaczy, ty jesteś cudowna, ale to jak potrafisz zmienić się w chwilę jest... intrygujące.
- Och - mruczę i pozwalam włosom opaść na moją twarz, by nie widział mojego zawstydzenia, ale Shawn odgarnia je za uszy i delikatnie całuje mnie w czoło.
- Urocza jesteś - uśmiecha się od ucha do ucha - to jaki film w końcu wybrałaś?
Później już nie rozmawialiśmy na ten temat, ale ja ciągle o tym myślałam. To chyba prawda, ponieważ taka właśnie jestem - niemiła, wredna, nieokazująca uczuć. Nie wiem jak, ale w jakiś sposób Shawn stał się dla mnie bardzo ważny, jestem świadoma, że zawsze mi pomoże, bez względu na to, jak sytuacja pomiędzy nami będzie wyglądać. Nauczyłam się odgradzać od ludzi. Nie chciałam nikomu sprawiać zawodu przez to, kim jestem. Zawodzę na każdej linii i boję się innych ranić. Boję się, że to ja zostanę zraniona. Jednak gdy poznałam Shawna coś we mnie się zmieniło. Zaczęłam dopuszczać swoje emocje do siebie, nie wstydziłam się rozpłakać przy Claire i powiedzieć jej - przynajmniej po części - co czuję. Shawn zaczął wywoływać we mnie uczucia, których nigdy wcześniej nie zaznałam. Blokowałam wszystkie wewnętrzne bodźce, udawałam, że ich nie odczuwam. Samotność wydawała mi się zawsze dobrym wyjściem, ale kiedy zaczęłam się dzielić emocjami na przykład z Claire, czułam się... jakby lżej. Każdy uśmiech Shawna, każde spojrzenie, każde słowo było dla mnie wsparciem i nową osłoną, którą najpierw zburzył i przez to byłam zawistna dla niego, ale teraz - jestem wdzięczna. Prawi mi tyle komplementów, nie jest ze mną dlatego, że należę do tak zwanej elity. Nie wiem, czy to jest miłość, ale wiem, że jestem dla niego ważna. On zresztą dla mnie też.
- Hej - mówię i przytulam się z wszystkimi po kolei - jak wiecie, to jest Shawn, znacie się, więc nie będę marnować naszego czasu na przedstawianie się wzajemnie - ostrzegłam wszystkich, że przyjdę z Shawnem, dlatego nikt nie jest zdziwiony. Siadam koło Jasona, a miejsce obok mnie zajmuje Shawn. Tom podnosi butelkę wódki do góry i patrzy na Shawna.
- Pijesz? - pyta, a w jego głosie czuję ironię.
- Nie, dzięki - odpowiada. Jestem z niego dumna, bo nie ulega wpływom towarzystwa.
- Cnotek niewydymek - mruczy Tom wkurzonym pod nosem, jednak na tyle głośno, że jestem w stanie to usłyszeć. Mam nadzieję, że Shawn tego nie nie usłyszy, ale przeliczam się.
- Nie mam ochoty na wódkę, ale dzięki, że się o mnie troszczysz - mówi trochę uszczypliwie Shawn, zapewne po to, by sprokować Toma. Jak widać, bawi go to, że mój przyjaciel jest zdenerwowany. Nie wiem z jakiego powodu jest taki wredny dla Shawna, przecież sam wyraził zgodę na jego przyjście. W powietrzu unosi się gęsta atmosfera. Postanawiam to przerwać.
- Chodź, pokażę ci parkiet do tańca - kieruję te słowa do Shawna. Wstaję oraz ciągnę Shawna za rękaw, a gdy wstaje, odwracam się w stronę Toma - a z tobą porozmawiam później.
Claire klaska w ręce i jak zawsze próbuje opanować sytuacje polewając więcej wódki do kieliszków. Chichoczę pod nosem i prowadzę Shawna do przodu, gdy nagle czuję, że po prostu go nie trzymam. Odwracam się w poszukiwaniu, ale nie mogę go dostrzec przez ten tłum. Przewracam oczami i przepycham się przez tłum w stronę z której przyszliśmy. Widzę jego głowę i kieruję się tam. Spostrzegam, że z kimś rozmawia i czuję lekkie ukłucie zazdrości, ale zaraz się go pozbywam. Nie jesteśmy nawet oficjalną parą, zresztą, ciągle kręcą się przy nim jakieś dziewczyny - na przykład ta głupia Lily albo jakieś inne laski ze szkoły. Postanowiłam, że będziemy spędzać razem tylko kilka przerw razem, ponieważ nie mam zamiaru zostawiać przyjaciół z powodu znalezienia może-przyszłego-chłopaka. Jestem jednak lekko zirytowana, że nie poszedł za mną, tylko się zatrzymał. Podchodzę do niego i delikatnie wsuwam swoją rękę w jego. Patrzy zdziwiony co się właśnie dzieje, uśmiecha się szeroko i zaciska swój uścisk.
- Eli, to Madison, moja przyjaciółka, Madison, to Eli, moja dawna znajoma - przedstawia nam siebie nawzajem. Przybieram twarz suki, którą Claire uwielbia i nieznacznie kiwam głową.
- Wiesz, że cię zgubiłam? - staram się mówić spokojnie, ale widząc Shawna w ogóle nie przejętego tą sytuacją, mam ochotę zdzielić go patelnią.
- Wiem, przepraszam, chciałem iść cię poszukać, ale wtedy Elizabeth - słysząc, że Eli to tylko zdrobnienie jej imienia, podnoszę wysoko brwi i mierzę ją wzrokiem oraz puszczam rękę Shawna - mnie zaczepiła. Miałem właśnie powiedzieć, że muszę cię znaleźć, ale właśnie przyszłaś. Była moją sąsiadką w Toronto, a kilka lat temu przeprowadziła się do Nowego Yorku.
Eli, jak nazwał ją Shawn, jest niską, czarnowłosą dziewczyną. Ma lekką opaleniznę, mocny makijaż oraz - jak na to miejsce przystało - odsłonięty dekolt, a spodenki ledwo zasłaniają jej tyłek.
- No, to ciekawych sąsiadów musiałeś mieć - warczę. Wiem, że nie mam powodów do zazdrości, ale jednak... Nie podoba mi się to, że ją spotkał. Do tego w takim miejscu. A może z nią też się umawiał? Może lubi takie dziewczyny, jak my? To znaczy, okej, ja nie zachowuję się jak dziwka, a ona - zapewne tak, ponieważ chodzą o niej plotki, ale nigdy nie zwracałam na nie większej uwagi. Shawn próbuje chwycić moją rękę, ale wyrywam ją i uśmiecham się słodko - w takim razie nie będę wam przeszkadzać, będę przy naszym stoliku - mówię i idę w stronę znajomych, ale jeszcze na chwilę odwracam się w stronę Shawna - nie próbuj za mną iść - warczę i dodaję ciche proszę. Kiwa głową ze zrozumieniem, ponieważ wie, że czasami wolę pobyć sama lub porozmawiać z Claire. Tak jak się spodziewałam, Claire siedzi z jakimś chłopakiem, ale pstrykam palcami i Claire patrzy w moje oczy. Chyba widzi, że potrzebuję rozmowy, bo wypędza chłopaka.
- Ych, niech to będzie coś ważnego, bo niezła z niego partia - patrzy jak odchodzi i oblizuje usta - no, ale jak nie ten, to następny. Chłopaki - kieruje te słowa do Jasona, Micheala i Toma, który siedzi naburmuszony - polejcie Madison trochę wódki - gdy wykonują polecenie, podaje mi kieliszek, a ja na jeden raz wypijam wszystko i popijam colą - zgaduję, że chodzi o Shawna, bo nigdzie go nie widzę?
- Tak. Nie. Kurwa. Jestem taka zazdrosna, wkurwia mnie to - mówię i pocieram rękoma twarz - spotkał swoją starą znajomą. A jeśli on z nią wcześniej flirtował? Spójrz, skoro ja mu się podobam, to może ona mu też się kiedyś podobała?
- Nooo i? - mówi i robi dziwne miny. Szturcham ją w ramię, a ona odpowiada mi śmiechem - dziewczyno, proszę cię. Tyle, ilu ty znasz tutaj chłopaków, ile czasu spędzasz z nami - patrzy się na chłopaków, którzy przysłuchują się z zaciekawieniem, więc posyła im morderczy wzrok, dzięki któremu znowu zajmują się jaraniem trawki - on nigdy nie spędził pewnie z dziewczynami. Jakoś on tobie nie robi jakiś scen zazdrości. A skoro aż tak cię to boli, to czemu pozwoliłaś mu zostać sam na sam z tą dziewczyną?
- Bo chcę wiedzieć co on zrobi. Jeśli mnie zdradzi, to... - nie dokańczam, bo Claire mi przerywa.
- A ty zawsze o tym - mówi i naśladuje mój głos - jeśli mnie zdradzi, jeśli to, jeśli tamto. Dziewczyno, ocknij się! Po pierwsze, niby jak się dowiesz, że cię zdradził, po drugie, może trochę zaufania?
- Na pewno ktoś by mi powiedział.
- Przestań o tym myśleć, bo może jeszcze to się stanie - mówi, a z głośników leci właśnie Wannabe Sipce Girls. Claire zaczynają się świecić oczy z podekscytowania - proszę, proszę, prooooszę! - mówi i zaczyna skakać na kanapie.
Przewracam oczami i dziękuję w myślach Claire, że jest dla mnie zawsze... oparciem? A do tego jej szybka ekscytacja pozwala mi często zapomnieć o problemach i przejmuję wtedy jej szczęśliwy humor. Chwytam ją za rękę i idziemy pod głośniki, tam, gdzie jest miejsce do tańczenia. Zanim tam dochodzimy, utwór się zmienia, ale prosimy kolesia, który zajmuje się puszczaniem muzyki o tą samą piosenkę. Zaczynamy tańczyć, a za chwilę podchodzą do nas zjarani faceci, na oko dwudziesto-kilku letni.
- Hej małe, zatańczycie z nami? - mówi, a ja podnoszę wysoko brwi. Nie są brzydcy. Są przystojni, ale nigdy nie tańczyłam z nikim obcym, bo raczej ich tańce polegają na ocieraniu się wzajemnie, a nie na krokach.
- Jasne! - piszczy Claire i chwyta chłopaka, który zadał to pytanie. Posyła mi ostrzegawcze spojrzenie, jakby chciała przekazać, że nie ma odwrotu. Przewracam oczami i przekrzykuję muzykę.
- Żadnego ocierania, macania lub dotykania - mówię do chłopaka - zrozumiano?
- Jasne - powtarza słowa Claire, ale widzę, że jest szczerze rozbawiony moją wypowiedzią. Zaczyna tańczyć wraz ze mną, nie dotykając mnie - Bay.
- Madison - odpowiadam, bo chyba właśnie mi się przedstawił. Przyglądam mu się uważnie. Ma delikatny zarost, blond włosy i trochę przypomina mi Ryana, ale szybko wymazuję ten obraz z głowy. Widzę, że Baya coś bawi - bawi cię to? - pytam, może trochę za ostro, ale Bay zanosi się głośnym śmiechem, przez co sama zaczynam chichotać. Może to przez wódkę jestem otwarta bardziej niż zwykle, chociaż wcale jej tak dużo nie wypiłam. Gdy piosenka dobiega końca, dziękuję mu za taniec, jeśli w ogóle poruszanie się w nietakt można tak nazwać. Informuję Claire o tym, że wracam na swoje miejsce i idę do stolika. Nie ma tam nadal Shawna, ale nie obawiam się o to, ponieważ minęło około piętnastu minut.
- Możemy porozmawiać? - mówi Tom.
- Jasne - odpowiadam i wygodnie usadawiam się na kanapie.
- Nie tutaj, chodź do pokoju - nie chodzi o pokój u góry, tylko tam, gdzie odbyła się moja rozmowa z Ryanem na temat mojej czystości. Kiwam głową i udaję się w tamtą stronę.
Kiedy znajduję się w tym pokoju, siadam wygodnie na krześle, podczas gdy Tom wygania jakąś parę obściskującą się i napomina, że w razie czego są pokoje u góry, a następnie siada naprzeciwko mnie. Tak naprawdę tego nie można nazwać pokojem, bardziej pomieszczeniem, ponieważ nie ma tu żadnych drzwi, a tylko framuga oddziela tą salkę od innych, do tego znajduje się daleko od głośników, więc można normalnie porozmawiać.
- Nie wytrzymam już tak dłużej - odzywa się po chwili.
- Ale jak? - pytam się lekko zdziwiona.
- Z tym ukrywaniem się - wali pięściami w stół i wstaje zdenerwowany, a ja lekko się wzdrygam. Nigdy nie był taki nerwowy - nie dam rady, rozumiesz, kurwa?
- Nie do końca rozumiem? - marszczę brwi.
- Nie chcę być twoją tajemnicą! - krzyczy.
- Przecież nią nie jesteś - odpowiadam, trochę ciszej niż przypuszczałam. Trochę się go przestraszyłam.
- Kocham cię, kurwa mać. Zawsze z tobą byłem, jestem i będę. Ale nie mogę stać ciągle na uboczu! - ciągle chodzi zdenerwowany po pomieszczeniu, przez co wstaję i chwytam jego rękę.
- Też cię kocham. Jesteś dla mnie ważny i zawsze będziesz na pierwszym planie, hej - mówię cicho i chwytam jego twarz tak, że musi na mnie spojrzeć - kocham cię. Wiem, że zawsze ze mną będziesz - nigdy wcześniej nie mówiłam mu, że go kocham, ale zasłużył sobie, tak samo jak reszta ekipy, ale to właśnie on i Claire byli dla mnie największym oparciem.
Zanim zdążę zareagować, Tom łączy nasze usta w pocałunku, przekładając na moje wargi wszystkie swoje emocje - czuję złość, miłość, ból i smutek. Przerywam ten pocałunek trochę niepewnie.
- Co to było? - pytam się zdezorientowana. Słyszę lekki huk pięści o ścianę. Odwracam się w stronę wejścia i widzę Shawna. Kurwa. Mać. Widział, jak całuję się z Tomem, a do tego ta rozmowa... wyglądała, jakbym potajemnie umawiała się z Tomem. Shawn znika za drzwiami i widzę, że jest nieźle wkurzony, ale Tom jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na niego. Mam ochotę się rozpłakać i zaczynam biec w stronę wyjścia z pomieszczenia, ale następne słowa Toma powodują, że nie mogę się ruszyć.
- Kocham cię, kurwa mać, jak dziewczynę, a nie jak pierdoloną przyjaciółkę!
***
Przepraszam za moją długą nieobecność. Postaram się to nadrobić, nie mogę się w żaden sposób wyjaśnić. Mam nadzieję jednak, że nadal będziecie czytać bloga z zainteresowaniem. xoxo
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 8
Kurwa mać. Dlaczego zawsze ja? Ledwo co rozumiem adres na którym mieści się ten budynek, ale mam nadzieję, że... no właśnie. Rozłączam się i zaczynam mówić do Shawna.
- Muszę iść - mówię cicho i przedzieram się przez tłum, który znajduje się w głównej sali, ponieważ bardzo szybko ruszyłam. Ciągle płaczę. To wszystko mnie przerasta. Czuję, że ktoś za mną idzie i jestem przekonana, że to Shawn. Kilka razy zostaję odepchnięta przez ludzi, ponieważ w ogóle nie zwracają na mnie uwagi i idą jak chcą. Wychodzę z budynku i słyszę głos Shawna. Zatrzymuję się i odwracam w jego stronę.
- Co się stało? - pyta - odwiozę cię, chodź do mojego samochodu.
- ZOSTAW MNIE! - wrzeszczę - NIE WIDZISZ, ŻE TO WSZYSTKO PRZEZE MNIE? - wznoszę sfrustrowana ręce do góry i jeszcze bardziej płaczę oraz już przyciszam głos - Ryan chce popełnić samobójstwo. Boże - zakrywam rękoma moją twarz i czuję jak Shawn chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą.
- Nie możemy tak stać. I przestań obwiniać siebie - mówi zdecydowanie i wyraźnie. Wyrywam rękę z uścisku.
- Już wiesz, dlaczego cię unikałam? - pytam - to wszystko co się z nim dzieje to moja wina. Nie chciałam cię w to mieszać, a oczywiście to się nie udało. Nic mi się nie udaje, spójrz na to co się stało niedawno.
- Przestań - odpowiada i ponownie chwyta mnie za rękę, a ja się nie opieram - pytałem się o adres, a nie o to, czy chcesz mnie w to mieszać czy nie.
Idę za nim i wsiadam do jego samochodu. Szybko podaję adres, a Shawn rusza.
- Wiesz w ogóle gdzie to? - połykam gulę, która stanęła mi w gardle. Mam nadzieję, że zrozumiał o co pytam, ponieważ głos mi się łamał za każdym razem, kiedy uświadamiałam sobie co się dzieje.
- Tak, powinniśmy być za dziesięć minut, postaram się jechać szybciej - mówiąc to, chwyta moją rękę, która leży na podparciu, a za chwilę ją puszcza.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, szybko wyskakuję z auta i udaję się w stronę budynku. Gdy próbuję wejść do góry, zatrzymuje mnie policjant.
- Nie może pani w tej chwili wejść, przepraszamy - mówi - mieszka tu pani?
- Niech pan mnie puści, jestem dziewczyną Ryana - cedzę i ledwo co przez gardło przechodzą mi te słowa, ponieważ pomimo, że nie był najlepszym chłopakiem, to jednak był moim dobrym kolegą. Policjant puszcza mnie wolno, a ja odwracam się do Shawna, który znajduje się za mną - nie idź ze mną. Gdy ciebie zobaczy, wolę nie myśleć.... - Shawn jedynie kiwa głową i pokazuje, że będzie tu na mnie czekał.
Nie czekam dłużej. Szybko biegnę do windy i wybieram przycisk na dziesiąte piętro. Dużo lokatorów wychodzi ze swoich mieszkań zobaczyć co się dzieje, ale policja próbuje ich zatrzymać. Że musiał wybrać sobie budynek mieszkalny... Winda się zatrzymuje, a dla mnie minęło dziesięć tysięcy godzin od kiedy wsiadłam do niej, ale zapewne trwało z dwadzieścia, trzydzieści sekund. Wchodzę po drabinie na dach i widzę dużo policji oraz Claire. Ta szybko podbiega do mnie.
- Panie komisarzu, to właśnie ta Madison - łka - Ryan jest tam - pokazuje i widzę postać, która stoi za barierką i wychyla się - nikomu nie pozwala podejść, mówi, że chce z tobą porozmawiać.
Kiwam głową i biorę głęboki oddech. Idę powoli w jego stronę i widzę, że Ryan mnie zauważył. Nigdy nie byłam dobra w rozmowach, a szczególnie z przyszłymi samobójcami. Dobra, nigdy nie miałam styczności z samobójcami i mam nadzieję, że on też nim nie będzie.
- Madison - mówi, a moje serce pęka na milion kawałeczków pod wpływem bólu, który widzę w jego oczach - Madison...
- Ryan, cicho, już jestem - podchodzę bliżej i bliżej.
- Nie podchodź - warczy - powiedz, czy ty kiedykolwiek mnie kochałaś?
- Jasne, że tak - mówię i krzywię się, bo wiem, że nie zabrzmiało to prawdziwie.
- Łżesz - cedzi - dlaczego? Dlaczego mnie nie kochasz?
- Pokoochałam ciebie nieagresywnego. Było go tak mało, że moja miłość nie mogła być wielka i aż tak bardzo widoczna.
- Dałem ci wszystko - mówi i patrzy na mnie złowrogo. Tak bardzo to boli - a jak skończę? Skacząc z dachu, bo nie potrafiłaś docenić tego co robiłem.
- Nie potrafiłeś... - zatrzymuję się, bo wiem, że jedno słowo za dużo, a skoczy, więc zmieniam taktykę i próbuję opanowywać łzy - widzisz? Płaczę, bo tak cholernie się o ciebie boję. Wiesz ilu ludzi teraz ryczy, bo tu jesteś? Obiecuję, że jeśli nie skoczysz, możemy wszystko naprawić. Jesteś dla mnie ważny. Potrafię ci wszystko wybaczyć, wybacz mi to, że ciebie nie doceniałam.
- Wróciłabyś do mnie? - pyta się i widzę, że jego oczy zaczynają świecić.
- Wróciłabym - mówię i robię powolne ruchy w jego stronę - zrobię wszystko, żebyśmy mogli być razem.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. Proszę, przytul mnie - szepczę i czekam na jego reakcję. Rozgląda się wokół i przekłada jedną nogę przez barierkę, a następnie drugą. Łkam i biegnę by go przytulić. Mocno mnie obejmuje.
Czuję, jak ktoś mnie od niego odrywa i patrzę jak policja chwyta i zakuwa go w kajdanki. Nie wytrzymuję i zasłaniam ręką usta, by nikt nie usłyszał mojego łkania. Upadam na kolana i czuję, że ktoś mnie obejmuje.
- Ciii, już dobrze - Claire upada koło mnie i delikatnie mnie przytula. Zanurzam się w jej dekolt i zaczynam głośno płakać - dobra robota. Wiesz, podobno będziemy mieli wszyscy spokój. Prawdopodobnie będzie umieszczony w ośrodku psychiatrycznym. To on jest chory. To nie jest twoja wina, proszę, nie obwiniaj się - chwyta mój podróbek w rękę i patrzy na moją reakcję. Delikatnie kiwam głową i przytulam ją mocno - chodź, policja cię przesłucha i pojedziemy do ciebie i obejrzymy jakiś super film - szepcze mi do ucha. Posłusznie idę za nią.
Przesłuchanie trwało około dwudziestu minut, na szczęście nie targali mnie nigdzie i na żadne badania do szpitala, bo w karetce mnie przebadali i tylko zapytali, czy potrzebuję konsultacji z lekarzem. Odmawiam, ponieważ czuję, że dam radę. Zniosłam wszystko to co się działo wcześniej to dam radę i teraz. Gdy wychodzę z karetki, Claire ciągle przy mnie jest i kierujemy się w stronę samochodu Shawna. Shawn czeka na nas zaraz przy taśmach ostrzegawczych, które zresztą policja zwija. Podchodzi do mnie i mocno przytula, a ja odwzajemniam uścisk.
- Odwieziesz nas do niej? - pyta się Claire. Shawn mnie puszcza i kiwa głową. Siadam na tylne siedzenia samochodu z Claire.
- To już koniec - szepczę. Kieruję te słowa do Shawna i na szczęście zrozumiał co powiedziałam.
- Wszystko będzie dobrze - mówi i włącza radio bym się odrobinę rozluźniła. Gdy znajdujemy się pod moim blokiem, wychodzę z samochodu i okrążam samochód, by znaleźć się przy drzwiach kierowcy. Czekam aż Shawn wyjdzie, a gdy to robi, przytulam go mocno i krótko.
- Dziękuję za wszystko i przepraszam.
Zanim zdąży coś odpowiedzieć, szybko idę po schodach i za chwilę dogania mnie Claire.
- Kochanie - mówi przyciszonym głosem - nie wiem czy to dobry pomysł, żebym....
- Przestań. Gdyby nie ty to bym wpadła w depresję, gówno mnie obchodzi moja matka. I proszę, nie przejmuj się nią.
Wchodzimy do mieszkania i słyszę głos matki z salonu, a za chwilę zjawia się tuż przede mną.
- Miałaś zostać na spotkaniu! Na pewno jeszcze się nie skoń... - spogląda za mnie i mierzy wzrokiem Claire - a co tu to dziwadło robi u nas w domu?!
- Nazywam się Claire - moja przyjaciółka mówi głośno i wyraźnie, aż tata przychodzi do przedpokoju - nie jestem żadnym dziwadłem. O mało co nie zdarzyła się tragedia związana z naszym chorym przyjacielem, ale oczywiście pani nie jest tym zainteresowana - podaje rękę mojemu tacie - Claire. Możemy udać się już do pokoju Madison? Jakby pan byłby miły przygotować dla niej coś ciepłego do picia i jedzenia, ja też chętnie zjem - mówiąc to, mam ochotę zachichotać. Nawet w takim momencie potrafi coś zjeść. Nie czekając na reakcję rodziców, ciągnie mnie do mojego pokoju i zamyka za nami drzwi, ale jeszcze na chwilę wychyla głowę i krzyczy do mojego taty - proszę pana, niech pan zapuka dziesięć razy do drzwi, bo zamykamy je na klucz. Proszę się o nic nie martwić, sytuacja jest stabilna - a następnie przekręca zamek w drzwiach i udaje się do mojej łazienki.
- Chcesz się wykąpać? - pytam i marszczę czoło, ponieważ słyszę lejący się strumień wody.
- Gdzie masz olejek eteryczny? - nie odpowiada na moje pytanie.
- W szafce nad umywalką po lewej stronie u góry.
Po chwili wychodzi z łazienki i zaprasza mnie gestem do łazienki. Wchodzę i uśmiecham się pod nosem, bo przepięknie pachnie wanilią, a na wannie poustawiała świeczki. Słyszę pukanie, ale Claire mnie wyprzedza. Ponownie wchodzi do łazienki, ale z tacą na której są sandwiche i dwa kubki gorącej czekolady. W myślach dziękuję ojcu za to, że przynajmniej on rozumie. Wyciągam piżamę z szafki pod umywalką i patrzę się pytająco na Claire.
- Boże, widziałam twój tyłek nago tyle razy, że naprawdę. Spokojnie, nie będę patrzyć tak często - chichocze i usadawia się na kiblu. Rozbieram się i szybko wchodzę do gorącej wody w wannie i chowam się za pianą. Jest tak cudownie, olejek robi swoje, a piana oraz świeczki jeszcze bardziej mnie relaksują. Czuję, że moje mięśnie dziękują Claire za tą kąpiel, zresztą, ja też. Podaje mi sandwicha i czekoladę. Dziękuje jej skinieniem głowy.
- Myślisz, coś ciekawego leci w telewizji? Bo jeśli nie, to musimy wziąć twojego laptopa. W sumie obejrzałabym Shreka. Albo Epokę Lodowcową. O, obejrzyjmy ją, proszę, proszę!
- Okej - odpowiadam i chichoczę. Naprawdę się relaksuję. Przez cały ten czas kiedy siedzę w wannie, a nawet kiedy wychodzę, Claire gada. Zrozumiałam, że Ryan jest po prostu chory. Już nie będzie dla mnie stwarzał zagrożenia.
***
- Boże, czy ona musi tak nudzić - szepcze mi Tom do ucha, a ja zaczynam chichotać. Pani Leons odwraca się w moją stronę.
- Vallence, chcesz zrobić ten przykład przy tablicy? Chodź - mówi i pokazuje ręką, żebym wzięła od niej kredę. Biorę i rozwiązuję równanie. Jestem przekonana, że jest dobrze. Gorzej, gdyby wzięła Toma do tablicy - dobra, tym razem ci się upiekło. Jeszcze raz będziecie rozmawiać,a wpiszę uwagę.
Mam ochotę się zaśmiać, ale drzwi od sali się otwierają i widzę naszego wychowawcę. Nie mieliśmy dzisiaj z nim zajęć, ponieważ uczy nas wychowania fizycznego, a w środy nie mamy tych zajęć.
- Witam - mówi - czy Madison może usiąść? - pyta pani Leons, a ona tylko kiwa głową i sama usadawia się na swoim krześle - mam nadzieję, że pamiętacie, że dzisiaj mamy noc w szkole. Nie zapomnijcie przynieś przekąsek i jeśli chcecie, możecie zabrać różne gry, instrumenty muzyczne. Wszyscy niech zjawią się około dwudziestej dwadzieścia.
Claire klaska w dłonie. Sama jestem bardzo zadowolona, ponieważ w ogóle o tym zapomniałam, a cała nasza ekipa zawsze przychodzi. Przebieramy się w piżamy i ogólnie spędzamy całą noc ze sobą. Zawsze łączymy to z innymi klasami, dlatego Jason i Michael mogą z nami uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Pan Delic wychodzi, a w klasie nareszcie rozbrzmiewa dzwonek oznaczający koniec naszych lekcji. W szkole mamy coś takiego, że raz w semestrze możemy zrobić sobie dzień wolny, ale jako,że trzeba jakoś to odrobić, po prostu robimy noc w szkole - zabawy, gry, filmy.
***
Biegnę i mocno przytulam Jasona.
- Nie za dużo tej miłości? - pyta i się śmieje oraz odwzajemnia uścisk.
Odsuwam się od niego i szturcham go w ramię. Claire podchodzi Jasona od tylu i rzuca się mu na plecy, na co przerażony prawie poleciał do przodu. Wszyscy jesteśmy już w piżamach i idziemy w stronę sali. Oczywiście ubraliśmy piżamy na zwykłe ubrania, bo najprawdopodobniej pójdziemy później pograć w coś na zewnątrz. Udostępnili nam boisko szkolne, salę gimnastyczną, łazienki oraz największą salę do fitnessu gdzie jest rzutnik i bardzo dużo puf. Jest naprawdę ogromna, a po prawej stronie są lustra, ma około trzydziestu, trzydzieści pięć metrów kwadratowych. W sali jest około czterdziestu osób, jak widać około dziesięciu osób nie przyszło, ale Lily się zjawiła i siedzi koło Shawna, a jakże inaczej. Przewracam oczami i idę zająć miejsca na pufach, gdy Tom podbiega i przerzuca mnie przez ramię. Piszczę i chichoczę, a kiedy nadal mnie nie puszcza, biję go pięściami po tyłku, bo tylko tam dosięgam. Kocham ich wszystkich, bo potrafią mnie bardzo rozweselić, a takie wspólne nocki bez palenia i picia są jeszcze lepsze niż te z alkoholem i narkotykami oraz papierosami. Rzuca mnie na miękką pufę i zaraz Claire, Jason, Michael, a później Tom rzucają się na mnie i nie mogę oddychać.
- Wystarczy już - śmieje się pan Delic, ale mówi zdecydowanym tonem. Jest naprawdę w porządku nauczycielem i nie ma jakiś idiotycznych zakazów by siedzieć spokojnie przez cały czas - no, to może ktoś zacznie nasz mini konkurs talentów? - pyta, a zaraz Mary podnosi rękę.
Przewracam oczami. Mary chodzi do klasy z Michaelem. To jebana kujonka, tyle, że bardzo przemądrzała i myśląca, że jest fajna. Otóż, nie. Jest szczupła, okej. Ma czarne włosy do ramion. Nie wygląda zbyt ładnie, ale uważa, że jednak tak.
- To miał być konkurs talentów, Mary - mówię złośliwie,a ona tylko posyła morderczy wzrok. Wygodnie się usadawiam i opieram o Claire, a ta głaszcze moją głowę.
Mary wychodzi na środek sali i zaczyna śpiewać. Moim zdaniem okropnie, ale nie wszyscy muszą mieć talent, prawda? Jeszcze kilka osób prezentuje swoje talenty w postaci śpiewania, grania, tańczenia, różnych wygibasów, aż w końcu na środek wychodzi Shawn z gitarą.
- Chciałbym nadmienić, że zbyt dużego talentu nie mam więc najlepiej zatkajcie sobie uszy - dziewczyny zaczynają chichotać więc mam ochotę przewrócić oczami, ale gdy słyszę chichot Mary podnoszę brwi do góry.
Zaczyna śpiewać i grać piosenkę Skinny Love. Osobiście podobało mi się to, ale zostaję niewzruszona. Wszyscy biją brawa, bo naprawdę było bardzo dobrze. Na środek wychodzi Mary.
- Cisza! - krzyczy tym swoim przesłodzonym głosem - może tak ja i Shawn stworzymy duet? Ja coś zaśpiewam, a ty coś zagrasz, co? - pyta się i chichocze.
- No jasne - mówi - co potrafisz zaśpiewać?
- Nic - odpowiadam zamiast niej - ona potrafi być tylko... - nie dokończam, bo Tom zatyka swoją ręką moje usta, a drugą ręką pokazuje by kontynuowała.
- Summertime Sadness Lany - odpowiada, a wcześniej rzuca mi ostre spojrzenie. Dobra, według niej ostre, bo według mnie ani trochę.
- Jasne - mówi i zaczyna grać. Mi serce staje w miejscu, ponieważ przypomina mi to wieczór, który zmienił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Chwytam rękę Claire i ją gładzę, a Tom zabiera swoją rękę z mojej twarzy. Ich duet stanowi raczej marną parę, ale nie udzielam się. Po prostu śpiew Mary wszystko zepsuł. Pan Delic decyduje, że mamy dziesięć minut przerwy, bo musi zadecydować kto wygra. Prawie wszyscy wychodzą z sali, tak samo my. Idziemy w stronę schodów, a ja na chwilę staję.
- Poczekajcie, muszę iść na chwilę do łazienki - mówię i kieruję się teraz w stronę toalet. Trochę mnie przycisnęło więc muszę skorzystać z kibelka i to jak najszybciej.
Wchodzę do ubikacji i po chwili wychodzę i myję ręce. Gdy idę do reszty, staję przy ścianie i słyszę rozmowę Mary i Shawna. Na szczęście mnie nie widzą.
- Wiesz ile ona złych rzeczy o tobie gada? - pyta Mary, a ja zamieram. Domyślam się, o kim to - takie plotki, że...
- Proszę cię - mówi - pozwól, że sam ocenię Madison - czyli jednak miałam rację.
- Ja ci tylko dobrze radzę. Każdego chłopaka wykorzystywała do wiadomych celów, a później udawała cnotkę niewydymkę. Jest okropna! A później jeszcze się nad nimi znęcała psychicznie i fizycznie!
Tego było za wiele. Wychodzę zza ściany i podchodzę do niej, zostawiając małą przestrzeń.
- Po pierwsze - spluwam - nie jestem szmatą, w przeciwieństwie do ciebie. Po drugie, gówno cię powinno obchodzić to co robię i z kim w łóżku - udaję zamyśloną - no tak, ty nie masz życia - kiwam głową na potwierdzenie własnych słów i zaczynam chichotać - przykro mi, że tak bardzo cię to zainteresuje.
- N-niech on po-powtórzy to co mi po-powiedział! - jąka się, mówi głośno, prawie, że aż krzyczy.
- Nic nie mówiłem. Mówiłem tylko, że.... - nie zdąża zakończyć, bo Mary rzuca mu się na szyję i zaczyna go całować.
***
- Muszę iść - mówię cicho i przedzieram się przez tłum, który znajduje się w głównej sali, ponieważ bardzo szybko ruszyłam. Ciągle płaczę. To wszystko mnie przerasta. Czuję, że ktoś za mną idzie i jestem przekonana, że to Shawn. Kilka razy zostaję odepchnięta przez ludzi, ponieważ w ogóle nie zwracają na mnie uwagi i idą jak chcą. Wychodzę z budynku i słyszę głos Shawna. Zatrzymuję się i odwracam w jego stronę.
- Co się stało? - pyta - odwiozę cię, chodź do mojego samochodu.
- ZOSTAW MNIE! - wrzeszczę - NIE WIDZISZ, ŻE TO WSZYSTKO PRZEZE MNIE? - wznoszę sfrustrowana ręce do góry i jeszcze bardziej płaczę oraz już przyciszam głos - Ryan chce popełnić samobójstwo. Boże - zakrywam rękoma moją twarz i czuję jak Shawn chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą.
- Nie możemy tak stać. I przestań obwiniać siebie - mówi zdecydowanie i wyraźnie. Wyrywam rękę z uścisku.
- Już wiesz, dlaczego cię unikałam? - pytam - to wszystko co się z nim dzieje to moja wina. Nie chciałam cię w to mieszać, a oczywiście to się nie udało. Nic mi się nie udaje, spójrz na to co się stało niedawno.
- Przestań - odpowiada i ponownie chwyta mnie za rękę, a ja się nie opieram - pytałem się o adres, a nie o to, czy chcesz mnie w to mieszać czy nie.
Idę za nim i wsiadam do jego samochodu. Szybko podaję adres, a Shawn rusza.
- Wiesz w ogóle gdzie to? - połykam gulę, która stanęła mi w gardle. Mam nadzieję, że zrozumiał o co pytam, ponieważ głos mi się łamał za każdym razem, kiedy uświadamiałam sobie co się dzieje.
- Tak, powinniśmy być za dziesięć minut, postaram się jechać szybciej - mówiąc to, chwyta moją rękę, która leży na podparciu, a za chwilę ją puszcza.
Gdy dojeżdżamy na miejsce, szybko wyskakuję z auta i udaję się w stronę budynku. Gdy próbuję wejść do góry, zatrzymuje mnie policjant.
- Nie może pani w tej chwili wejść, przepraszamy - mówi - mieszka tu pani?
- Niech pan mnie puści, jestem dziewczyną Ryana - cedzę i ledwo co przez gardło przechodzą mi te słowa, ponieważ pomimo, że nie był najlepszym chłopakiem, to jednak był moim dobrym kolegą. Policjant puszcza mnie wolno, a ja odwracam się do Shawna, który znajduje się za mną - nie idź ze mną. Gdy ciebie zobaczy, wolę nie myśleć.... - Shawn jedynie kiwa głową i pokazuje, że będzie tu na mnie czekał.
Nie czekam dłużej. Szybko biegnę do windy i wybieram przycisk na dziesiąte piętro. Dużo lokatorów wychodzi ze swoich mieszkań zobaczyć co się dzieje, ale policja próbuje ich zatrzymać. Że musiał wybrać sobie budynek mieszkalny... Winda się zatrzymuje, a dla mnie minęło dziesięć tysięcy godzin od kiedy wsiadłam do niej, ale zapewne trwało z dwadzieścia, trzydzieści sekund. Wchodzę po drabinie na dach i widzę dużo policji oraz Claire. Ta szybko podbiega do mnie.
- Panie komisarzu, to właśnie ta Madison - łka - Ryan jest tam - pokazuje i widzę postać, która stoi za barierką i wychyla się - nikomu nie pozwala podejść, mówi, że chce z tobą porozmawiać.
Kiwam głową i biorę głęboki oddech. Idę powoli w jego stronę i widzę, że Ryan mnie zauważył. Nigdy nie byłam dobra w rozmowach, a szczególnie z przyszłymi samobójcami. Dobra, nigdy nie miałam styczności z samobójcami i mam nadzieję, że on też nim nie będzie.
- Madison - mówi, a moje serce pęka na milion kawałeczków pod wpływem bólu, który widzę w jego oczach - Madison...
- Ryan, cicho, już jestem - podchodzę bliżej i bliżej.
- Nie podchodź - warczy - powiedz, czy ty kiedykolwiek mnie kochałaś?
- Jasne, że tak - mówię i krzywię się, bo wiem, że nie zabrzmiało to prawdziwie.
- Łżesz - cedzi - dlaczego? Dlaczego mnie nie kochasz?
- Pokoochałam ciebie nieagresywnego. Było go tak mało, że moja miłość nie mogła być wielka i aż tak bardzo widoczna.
- Dałem ci wszystko - mówi i patrzy na mnie złowrogo. Tak bardzo to boli - a jak skończę? Skacząc z dachu, bo nie potrafiłaś docenić tego co robiłem.
- Nie potrafiłeś... - zatrzymuję się, bo wiem, że jedno słowo za dużo, a skoczy, więc zmieniam taktykę i próbuję opanowywać łzy - widzisz? Płaczę, bo tak cholernie się o ciebie boję. Wiesz ilu ludzi teraz ryczy, bo tu jesteś? Obiecuję, że jeśli nie skoczysz, możemy wszystko naprawić. Jesteś dla mnie ważny. Potrafię ci wszystko wybaczyć, wybacz mi to, że ciebie nie doceniałam.
- Wróciłabyś do mnie? - pyta się i widzę, że jego oczy zaczynają świecić.
- Wróciłabym - mówię i robię powolne ruchy w jego stronę - zrobię wszystko, żebyśmy mogli być razem.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. Proszę, przytul mnie - szepczę i czekam na jego reakcję. Rozgląda się wokół i przekłada jedną nogę przez barierkę, a następnie drugą. Łkam i biegnę by go przytulić. Mocno mnie obejmuje.
Czuję, jak ktoś mnie od niego odrywa i patrzę jak policja chwyta i zakuwa go w kajdanki. Nie wytrzymuję i zasłaniam ręką usta, by nikt nie usłyszał mojego łkania. Upadam na kolana i czuję, że ktoś mnie obejmuje.
- Ciii, już dobrze - Claire upada koło mnie i delikatnie mnie przytula. Zanurzam się w jej dekolt i zaczynam głośno płakać - dobra robota. Wiesz, podobno będziemy mieli wszyscy spokój. Prawdopodobnie będzie umieszczony w ośrodku psychiatrycznym. To on jest chory. To nie jest twoja wina, proszę, nie obwiniaj się - chwyta mój podróbek w rękę i patrzy na moją reakcję. Delikatnie kiwam głową i przytulam ją mocno - chodź, policja cię przesłucha i pojedziemy do ciebie i obejrzymy jakiś super film - szepcze mi do ucha. Posłusznie idę za nią.
Przesłuchanie trwało około dwudziestu minut, na szczęście nie targali mnie nigdzie i na żadne badania do szpitala, bo w karetce mnie przebadali i tylko zapytali, czy potrzebuję konsultacji z lekarzem. Odmawiam, ponieważ czuję, że dam radę. Zniosłam wszystko to co się działo wcześniej to dam radę i teraz. Gdy wychodzę z karetki, Claire ciągle przy mnie jest i kierujemy się w stronę samochodu Shawna. Shawn czeka na nas zaraz przy taśmach ostrzegawczych, które zresztą policja zwija. Podchodzi do mnie i mocno przytula, a ja odwzajemniam uścisk.
- Odwieziesz nas do niej? - pyta się Claire. Shawn mnie puszcza i kiwa głową. Siadam na tylne siedzenia samochodu z Claire.
- To już koniec - szepczę. Kieruję te słowa do Shawna i na szczęście zrozumiał co powiedziałam.
- Wszystko będzie dobrze - mówi i włącza radio bym się odrobinę rozluźniła. Gdy znajdujemy się pod moim blokiem, wychodzę z samochodu i okrążam samochód, by znaleźć się przy drzwiach kierowcy. Czekam aż Shawn wyjdzie, a gdy to robi, przytulam go mocno i krótko.
- Dziękuję za wszystko i przepraszam.
Zanim zdąży coś odpowiedzieć, szybko idę po schodach i za chwilę dogania mnie Claire.
- Kochanie - mówi przyciszonym głosem - nie wiem czy to dobry pomysł, żebym....
- Przestań. Gdyby nie ty to bym wpadła w depresję, gówno mnie obchodzi moja matka. I proszę, nie przejmuj się nią.
Wchodzimy do mieszkania i słyszę głos matki z salonu, a za chwilę zjawia się tuż przede mną.
- Miałaś zostać na spotkaniu! Na pewno jeszcze się nie skoń... - spogląda za mnie i mierzy wzrokiem Claire - a co tu to dziwadło robi u nas w domu?!
- Nazywam się Claire - moja przyjaciółka mówi głośno i wyraźnie, aż tata przychodzi do przedpokoju - nie jestem żadnym dziwadłem. O mało co nie zdarzyła się tragedia związana z naszym chorym przyjacielem, ale oczywiście pani nie jest tym zainteresowana - podaje rękę mojemu tacie - Claire. Możemy udać się już do pokoju Madison? Jakby pan byłby miły przygotować dla niej coś ciepłego do picia i jedzenia, ja też chętnie zjem - mówiąc to, mam ochotę zachichotać. Nawet w takim momencie potrafi coś zjeść. Nie czekając na reakcję rodziców, ciągnie mnie do mojego pokoju i zamyka za nami drzwi, ale jeszcze na chwilę wychyla głowę i krzyczy do mojego taty - proszę pana, niech pan zapuka dziesięć razy do drzwi, bo zamykamy je na klucz. Proszę się o nic nie martwić, sytuacja jest stabilna - a następnie przekręca zamek w drzwiach i udaje się do mojej łazienki.
- Chcesz się wykąpać? - pytam i marszczę czoło, ponieważ słyszę lejący się strumień wody.
- Gdzie masz olejek eteryczny? - nie odpowiada na moje pytanie.
- W szafce nad umywalką po lewej stronie u góry.
Po chwili wychodzi z łazienki i zaprasza mnie gestem do łazienki. Wchodzę i uśmiecham się pod nosem, bo przepięknie pachnie wanilią, a na wannie poustawiała świeczki. Słyszę pukanie, ale Claire mnie wyprzedza. Ponownie wchodzi do łazienki, ale z tacą na której są sandwiche i dwa kubki gorącej czekolady. W myślach dziękuję ojcu za to, że przynajmniej on rozumie. Wyciągam piżamę z szafki pod umywalką i patrzę się pytająco na Claire.
- Boże, widziałam twój tyłek nago tyle razy, że naprawdę. Spokojnie, nie będę patrzyć tak często - chichocze i usadawia się na kiblu. Rozbieram się i szybko wchodzę do gorącej wody w wannie i chowam się za pianą. Jest tak cudownie, olejek robi swoje, a piana oraz świeczki jeszcze bardziej mnie relaksują. Czuję, że moje mięśnie dziękują Claire za tą kąpiel, zresztą, ja też. Podaje mi sandwicha i czekoladę. Dziękuje jej skinieniem głowy.
- Myślisz, coś ciekawego leci w telewizji? Bo jeśli nie, to musimy wziąć twojego laptopa. W sumie obejrzałabym Shreka. Albo Epokę Lodowcową. O, obejrzyjmy ją, proszę, proszę!
- Okej - odpowiadam i chichoczę. Naprawdę się relaksuję. Przez cały ten czas kiedy siedzę w wannie, a nawet kiedy wychodzę, Claire gada. Zrozumiałam, że Ryan jest po prostu chory. Już nie będzie dla mnie stwarzał zagrożenia.
***
- Boże, czy ona musi tak nudzić - szepcze mi Tom do ucha, a ja zaczynam chichotać. Pani Leons odwraca się w moją stronę.
- Vallence, chcesz zrobić ten przykład przy tablicy? Chodź - mówi i pokazuje ręką, żebym wzięła od niej kredę. Biorę i rozwiązuję równanie. Jestem przekonana, że jest dobrze. Gorzej, gdyby wzięła Toma do tablicy - dobra, tym razem ci się upiekło. Jeszcze raz będziecie rozmawiać,a wpiszę uwagę.
Mam ochotę się zaśmiać, ale drzwi od sali się otwierają i widzę naszego wychowawcę. Nie mieliśmy dzisiaj z nim zajęć, ponieważ uczy nas wychowania fizycznego, a w środy nie mamy tych zajęć.
- Witam - mówi - czy Madison może usiąść? - pyta pani Leons, a ona tylko kiwa głową i sama usadawia się na swoim krześle - mam nadzieję, że pamiętacie, że dzisiaj mamy noc w szkole. Nie zapomnijcie przynieś przekąsek i jeśli chcecie, możecie zabrać różne gry, instrumenty muzyczne. Wszyscy niech zjawią się około dwudziestej dwadzieścia.
Claire klaska w dłonie. Sama jestem bardzo zadowolona, ponieważ w ogóle o tym zapomniałam, a cała nasza ekipa zawsze przychodzi. Przebieramy się w piżamy i ogólnie spędzamy całą noc ze sobą. Zawsze łączymy to z innymi klasami, dlatego Jason i Michael mogą z nami uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Pan Delic wychodzi, a w klasie nareszcie rozbrzmiewa dzwonek oznaczający koniec naszych lekcji. W szkole mamy coś takiego, że raz w semestrze możemy zrobić sobie dzień wolny, ale jako,że trzeba jakoś to odrobić, po prostu robimy noc w szkole - zabawy, gry, filmy.
***
Biegnę i mocno przytulam Jasona.
- Nie za dużo tej miłości? - pyta i się śmieje oraz odwzajemnia uścisk.
Odsuwam się od niego i szturcham go w ramię. Claire podchodzi Jasona od tylu i rzuca się mu na plecy, na co przerażony prawie poleciał do przodu. Wszyscy jesteśmy już w piżamach i idziemy w stronę sali. Oczywiście ubraliśmy piżamy na zwykłe ubrania, bo najprawdopodobniej pójdziemy później pograć w coś na zewnątrz. Udostępnili nam boisko szkolne, salę gimnastyczną, łazienki oraz największą salę do fitnessu gdzie jest rzutnik i bardzo dużo puf. Jest naprawdę ogromna, a po prawej stronie są lustra, ma około trzydziestu, trzydzieści pięć metrów kwadratowych. W sali jest około czterdziestu osób, jak widać około dziesięciu osób nie przyszło, ale Lily się zjawiła i siedzi koło Shawna, a jakże inaczej. Przewracam oczami i idę zająć miejsca na pufach, gdy Tom podbiega i przerzuca mnie przez ramię. Piszczę i chichoczę, a kiedy nadal mnie nie puszcza, biję go pięściami po tyłku, bo tylko tam dosięgam. Kocham ich wszystkich, bo potrafią mnie bardzo rozweselić, a takie wspólne nocki bez palenia i picia są jeszcze lepsze niż te z alkoholem i narkotykami oraz papierosami. Rzuca mnie na miękką pufę i zaraz Claire, Jason, Michael, a później Tom rzucają się na mnie i nie mogę oddychać.
- Wystarczy już - śmieje się pan Delic, ale mówi zdecydowanym tonem. Jest naprawdę w porządku nauczycielem i nie ma jakiś idiotycznych zakazów by siedzieć spokojnie przez cały czas - no, to może ktoś zacznie nasz mini konkurs talentów? - pyta, a zaraz Mary podnosi rękę.
Przewracam oczami. Mary chodzi do klasy z Michaelem. To jebana kujonka, tyle, że bardzo przemądrzała i myśląca, że jest fajna. Otóż, nie. Jest szczupła, okej. Ma czarne włosy do ramion. Nie wygląda zbyt ładnie, ale uważa, że jednak tak.
- To miał być konkurs talentów, Mary - mówię złośliwie,a ona tylko posyła morderczy wzrok. Wygodnie się usadawiam i opieram o Claire, a ta głaszcze moją głowę.
Mary wychodzi na środek sali i zaczyna śpiewać. Moim zdaniem okropnie, ale nie wszyscy muszą mieć talent, prawda? Jeszcze kilka osób prezentuje swoje talenty w postaci śpiewania, grania, tańczenia, różnych wygibasów, aż w końcu na środek wychodzi Shawn z gitarą.
- Chciałbym nadmienić, że zbyt dużego talentu nie mam więc najlepiej zatkajcie sobie uszy - dziewczyny zaczynają chichotać więc mam ochotę przewrócić oczami, ale gdy słyszę chichot Mary podnoszę brwi do góry.
Zaczyna śpiewać i grać piosenkę Skinny Love. Osobiście podobało mi się to, ale zostaję niewzruszona. Wszyscy biją brawa, bo naprawdę było bardzo dobrze. Na środek wychodzi Mary.
- Cisza! - krzyczy tym swoim przesłodzonym głosem - może tak ja i Shawn stworzymy duet? Ja coś zaśpiewam, a ty coś zagrasz, co? - pyta się i chichocze.
- No jasne - mówi - co potrafisz zaśpiewać?
- Nic - odpowiadam zamiast niej - ona potrafi być tylko... - nie dokończam, bo Tom zatyka swoją ręką moje usta, a drugą ręką pokazuje by kontynuowała.
- Summertime Sadness Lany - odpowiada, a wcześniej rzuca mi ostre spojrzenie. Dobra, według niej ostre, bo według mnie ani trochę.
- Jasne - mówi i zaczyna grać. Mi serce staje w miejscu, ponieważ przypomina mi to wieczór, który zmienił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Chwytam rękę Claire i ją gładzę, a Tom zabiera swoją rękę z mojej twarzy. Ich duet stanowi raczej marną parę, ale nie udzielam się. Po prostu śpiew Mary wszystko zepsuł. Pan Delic decyduje, że mamy dziesięć minut przerwy, bo musi zadecydować kto wygra. Prawie wszyscy wychodzą z sali, tak samo my. Idziemy w stronę schodów, a ja na chwilę staję.
- Poczekajcie, muszę iść na chwilę do łazienki - mówię i kieruję się teraz w stronę toalet. Trochę mnie przycisnęło więc muszę skorzystać z kibelka i to jak najszybciej.
Wchodzę do ubikacji i po chwili wychodzę i myję ręce. Gdy idę do reszty, staję przy ścianie i słyszę rozmowę Mary i Shawna. Na szczęście mnie nie widzą.
- Wiesz ile ona złych rzeczy o tobie gada? - pyta Mary, a ja zamieram. Domyślam się, o kim to - takie plotki, że...
- Proszę cię - mówi - pozwól, że sam ocenię Madison - czyli jednak miałam rację.
- Ja ci tylko dobrze radzę. Każdego chłopaka wykorzystywała do wiadomych celów, a później udawała cnotkę niewydymkę. Jest okropna! A później jeszcze się nad nimi znęcała psychicznie i fizycznie!
Tego było za wiele. Wychodzę zza ściany i podchodzę do niej, zostawiając małą przestrzeń.
- Po pierwsze - spluwam - nie jestem szmatą, w przeciwieństwie do ciebie. Po drugie, gówno cię powinno obchodzić to co robię i z kim w łóżku - udaję zamyśloną - no tak, ty nie masz życia - kiwam głową na potwierdzenie własnych słów i zaczynam chichotać - przykro mi, że tak bardzo cię to zainteresuje.
- N-niech on po-powtórzy to co mi po-powiedział! - jąka się, mówi głośno, prawie, że aż krzyczy.
- Nic nie mówiłem. Mówiłem tylko, że.... - nie zdąża zakończyć, bo Mary rzuca mu się na szyję i zaczyna go całować.
***
Hej, chciałabym Wam tak bardzo podziękować za 9 komentarzy pod rozdziałem. Jestem tak bardzo szczęśliwa i od razu chciałam napisać rozdział! Wiem, że trochę późno je dodaję, ale najlepszą wenę mam właśnie nocą oraz dysponuję dużą ilością czasu. Jesteście cudowni, a do tego przez te dwa dni doszło około stu wyświetleń! Jesteście najlepsi! Jak zawsze proszę
Czytasz = komentujesz!
czwartek, 5 lutego 2015
Rozdział 7
- C-c-co? - Pytam się i mocniej opieram się o murek, ponieważ czuję, że zaraz mogę zemdleć - gdzie jesteście? - mój głos jest ochrypły i bardzo cieńki. Matka podaje mi adres szpitalu i się rozłącza.
- Co się dzieje? - pyta Shawn. Uznałabym, że z troskliwości, ale w tej chwili jest mi to obojętne.
- Jared jest w szpitalu - szepczę - umiera.
- Boże - mówi Shawn - zawiozę cię, podaj mi adres - bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę swojego auta, ale się wyrywam.
- Nie - staram się brzmieć zdecydowanie - pojadę metrem - nie mogę go w to wciągnąć, nawet jeśli chodzi tylko o odwiezienie. On nie jest świadomy tego, co by go spotkało. Do tego pod szkołą na pewno kręcą się osoby od Ryana, a go nie obchodziłoby nawet to, że prawie tu zeszłam.
- Jak pojedziesz metrem, to będziesz na pewno wolniej niż gdybyś wsiadła do mojego auta.
Rozglądam się wokół. Panika z każdą sekundą rośnie, ponieważ czym dłużej tu stoję, tym mam krótszą możliwość porozmawiana z Jaredem. Wymazuję szybko obraz śmierci Jareda z głowy. Wtem widzę Toma.
- Pojadę z Tomem, później się skontaktujemy - kończę naszą rozmowę i biegnę do Toma. Stoi zdziwiony, ale gdy ciągnę go za rękaw nie opiera się. Tom ma motocykl więc mam nadzieję, że z łatwością wyminiemy korki. Zadaje mi pytanie dotyczące co się stało. Pokrótce mu opowiadam i instruuje gdzie ma pojechać. Dojeżdżamy do szpitala. Szybko schodzę z motoru, przytulam Toma i biegnę do recepcji.
- Gdzie leży Jared Vallence? - pytam, dysząc. Jestem bardzo zmęczona moim krótkim biegiem. Nie mam złej kondycji, ale wszystko to dzieje się przez stres.
- Czy jest pani kimś z rodziny? - zadaje mi pytanie znudzona recepcjonistka.
- Tak - odpowiadam szybko i pokazuję legitymację szkolną. Kobieta daje mi wskazówki dotyczące położenia sali Jareda. Na szczęście nie jest ona zbyt daleko położona od recepcji, więc znajduję się tam statystycznie krótkim czasie. Widzę zapłakaną matkę, która siedzi przed salą.
- Gdzie jest Jared? - pytam. Matka podnosi wzrok i patrzy na mnie zawistnym wzrokiem.
- To twoja wina! - krzyczy i wstaje z krzesła, a następnie podchodzi do mnie. Serce aż mi się kraja pod wpływem jej słów - to twoja, pieprzona, wina! To ty doprowadziłaś do tego, że Jared umiera! Ty suko! Ty powinnaś leżeć na jego miejscu!
Mam łzy w oczach i kręcę głową z przerażenia. Pomimo, że tyle razy na mnie krzyczała, nie mogę się do tego przyzwyczaić. Drzwi od sali, w której znajduje się Jared uchylają się delikatnie, a następnie otwierają na maksymalnosć rozwartość. Widzę tylko głowę osoby, która to zrobiła.
- Jared? - pytam i marszczę czoło. Nie, to nie może być on. Przecież on...
- Madison! - rozpoznaję jego głos. Biegnie prosto w moje ręce, a ja go mocno przytulam. Łzy lecą z moich policzków strużkami - czemu płaczesz, co się stało? - pyta.
- Przecież ty... - szepczę i odsuwam go delikatnie od siebie - mama mi powiedziała, że umierasz - marszczę czoło i słyszę chichot mojego brata.
- No nie do końca - mówi uśmiechnięty Jared - spadłem z drzewa. Pamiętasz to drzewo przy mojej podstawówce? Weszłaś na sam szczyt! Masz nawet zdjęcie kiedy tam jesteś i się uśmiechasz. Chciałem zrobić to samo, ale w połowie drogi po prostu ześlizgnęła mi się stopa. Miałem podejrzenie wstrząsu mózgu, ale na szczęście nic mi nie jest, upadłem tak fortunnie, że się tylko lekko poobijałem!
Potrząsam głową i spoglądam na moją matkę, która stoi niewzruszenie, a następnie wzrusza ramionami.
- No co? Inaczej byś nie przyjechała. Ale - mówi i podnosi jeden palec do góry - mógł mieć wstrząs mózgu, a to wszystko twoja wina. Jest mi bardzo przykro, że bierze ciebie jako przykład.
Kręcę głową z niedowierzania i ponownie kieruję spojrzenie na Jareda.
- Do kiedy tu zostajesz? - pytam się i ocieram swoje łzy. Co za idiotka z mojej matki.
- Kilka dni, zapewne do końca tygodnia. Właśnie, tata prosił bym ci to przekazał. Tata jest w pracy jakby co - dodaje szybko, bo widzi, że chcę zadać pytanie dotyczące miejsca pobytu ojca - dzisiaj około dziewiętnastej jest spotkanie a'la, na którą miał iść tata z mamą, ale przez ten wypadek zrezygnowali z planów. Poprosił żebyś ty poszła zamiast nich.
- Tak - mówi matka i dodaje - z jakimś chłopakiem. Ale nie tym gówniarzem, który cię odwoził. On chyba nie ma miejsca bez tatuaży na ciele - mówiąc to, krzywi się. Okej, dobra, Tom jest wytatuowany i ma trochę kolczyków, ale z tego co wiem, wszystkie tatuaże mają dla niego jakieś znaczenie. Nie wygląda to źle moim zdaniem, a na pewno dodają mu charakteru.
- Jasne - przewracam oczami - więc niby kogo mam zaprosić? - prawie się śmiejąc, pytam. Nie mam osoby, którą lubię, jest chłopakiem i nie ma tatuaży, także - wszyscy z mojej ekipy mają to ozdobienie ciała, oprócz mnie i Claire. Nie na całym ciele jak Tom, ale jednak.
- Shawn Mendes - mówi matka i klaska w ręce.
- Boże - ponownie przewracam oczami - czy ty sobie ze mnie żarty robisz?
- Nie wzywaj imienia pana Boga nadaremno! - podnoszę jedną brew. Nigdy nie była wierząca, więc nie rozumiem dlaczego wyskakuje z takim tekstem - nie żartuję. Masz tam pójść.
- Pójdę, ale tylko ze względu na tatę, a nie na ciebie - spluwam. Ojcu naprawdę wiele zawdzięczam, pomimo, że jest bardzo zapracowany, znajduje codziennie dla mnie chwilę by porozmawiać albo pooglądać głupie filmiki na Youtube.
- Przekażę tę informację tacie - piszczy Jared i mnie delikatnie przytula, bo uważa na rękę.
- Dobrze, w taim razie jadę do domu - mówię i całuję go w policzek. Rumieni się i szybko biegnie do swojej sali. Nie żegnam się z matką, tylko odwracam na pięcię i schodzę na dół. Po drodze wyciągam telefon i dzwonię po taksówkę. Wychodzę na zewnątrz budynku i wybieram numer Shawna. Nie zdziwię się jeśli powie nie. To przypomina wykorzystywanie - krzyczę na niego i omijam cały tydzień, a następnie dzwonię z prośbą żeby poszedł ze mną na to spotkanie, imprezę, Bóg wie co. Nie jestem bipolarna. Po prostu jestem pewna, że na tego typu spotkaniu na pewno nie pojawi się ani Ryan, ani nikt z jego ekipy. Na szczęście chyba nie każe mnie śledzić, także jest dobrze. Odbiera po dwóch sygnałach.
- Tak? - Słyszę jego zachrypnięty głos. Musiał spać, a ja go obudziłam.
- Hej Shawn, z tej strony Madison. Obudziłam cię? - słyszę ciche nie w słuchawce i wiem, że spał, ale kontynuję - posłuchaj, bo jest sprawa. Muszę iść na spotkanie zamiast moich rodziców, a nie chcę być tam sama. Poszedłbyś tam ze mną? Proszę, nie znam nikogo, kto zachowałby się tam odpowiednio - no pięknie Madison, na pewno go przekonałaś mówiąc, że jest ostatnią deską ratunku, myślę sobie, ale czekam na jego odpowiedź.
- O której? - pyta, a moje serce zaczyna szybciej bić. Serio się zgodzi?
- O dziewiętnastej. Jak nie chcesz to nie musisz ze mną iść - mówię szybko. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiał.
- Jasne, o której mam przyjechać? - pyta. Jestem szczęśliwa, ponieważ nie będę miała problemu z szukaniem towarzysza. Tylko dlatego się cieszę.
- Około osiemnastej trzydzieści? Adres gdzie znajduje się to spotkanie podam ci jak będziemy jechać. Dzięki wielkie, no to, do zobaczenia - mówię, ale jeszcze szybko dodaję - a! To jest bardziej eleganckie spotkanie, więc...
- Okej, nie musisz kończyć. Do zobaczenia, i dzięki za zaproszenie - mówi i się rozłączam zanim on to zrobi. Właśnie taksówka podjeżdża, więc wsiadam, podaję kierowcy adres i dzwonię do Claire. Jest siedemnasta, zanim ona przyjedzie minie około godziny metrem, ale potrzebuję jej pomocy. Potrafi pięknie upiąć włosy, a tego mi dzisiaj trzeba. Gdy kończę z nią rozmowę, wiem, że jest bardzo podekscytowana naszym spotkaniem i ma wielką ochotę by wszystko wiedzieć, ale czeka aż się spotkamy. Myślę, że od razu wybiegła z domu. Podaję kierowcy bankot i wysiadam, ponieważ znajdujemy się przed moim blokiem mieszkalnym. Kieruję się w stronę mieszkania i otwieram drzwi. Nikogo nie ma w domu, bo tata jest w pracy, a później dołączy do matki i Jareda w szpitalu. Idę do swojego pokoju i wybieram kilka zestawów ubrań. W życiu nie pozwoliłabym żeby to Claire za mnie decydowała co mam ubrać, szczególnie, że nie idę na imprezę ze znajomymi, tylko na coś w rodzaju "dostajesz masowe zaproszenie to idziesz". Na pewno rodzice zatwierdzili swoją obecność, ponieważ będą tam osoby ważne w showbiznesie i w ogóle na rynku. Na moim łóżku kładę trzy zestawy: pierwszy składa się z czarnej, zwykłej bluzki z dekoltem w serek, czarnym kardiganem oraz, jakby inaczej - czarne, obcisłe spodnie z melanżu; drugi zestaw składa się z białej bluzki z naszytą koronką, a jej rękawy są z prawie przezroczystego materiału, czarną, ołówkową spódnicę i cieliste rajstopy; w trzecim zestawie znajdowała się bordowa sukienka, która miała "obcięty" dół z przodu, a z tyłu wiła się prawie po ziemi kiedy ubieram buty z obcasem. Była zwykła, gładka. Gdy kończę, słyszę dzwonek do drzwi. To zajęcie było bardzo czasochłonne. Otwieram jej drzwi, a ta rzuca mi się prosto na szyję i piszczy z radości. Zdejmuje buty i szybko leci do pokoju by zobaczyć co przygotowałam. Przewracam oczami i zamykam za nią drzwi. Gdy wchodzę do pokoju widzę, że nie jest zbyt zadowolona.
- Naprawdę Madison? Czy ty idziesz na spotkanie o pracę? - pyta i kręci głową - załóż trzeci zestaw, na resztę nie mogę patrzyć. Chowaj to! - krzyczy na mnie i podłącza do prądu moją prostownicę. Śmieję się i dwa pierwsze zestawy upycham do szafy. Później je poskładam, jest już osiemnasta więc nie mam zbyt dużo czasu. Szybko przebieram się w bordową sukienkę i ubieram jeszcze cieliste rajstopy, a podczas zakładania ich dostaję kilka razy klapsa od Claire, ponieważ bardzo ją to śmieszy. To był mój błąd, że nie schowałam się do łazienki, bo teraz strasznie mnie piecze prawy pośladek i mam nadzieję, że szybko przestanie mnie boleć.
- Jaką fryzurę mi robisz? - pytam się i wygodnie rozsiadam na krześle przed moim biurkiem oraz lustrem, tak, żeby było wygodnie Claire modelować moje włosy.
- Zrobię ci fale al'a loki. Za to makijaż będzie wystrzałowy! - mówi i zabiera się do roboty.
Gdy kończy pracę związaną z moimi włosami oraz makijażem jestem pozytywnie zaskoczona. Rozświetliła mi łuk brwiowy, czarnym cieniem rozetarła delikatnie kreski. Usta posmarowała mi pomadką nude, a rzęsy pomalowała mascarą. Wyglądam naprawdę ładnie. Z pudełka wyciągam bransoletkę z zawieszką w kształcie literek MJ, które przecina V - podarował mi ją mój brat i jest naprawdę śliczna. Wydał na nią całe swoje kieszonkowe, ponieważ jest ze złota. Uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że na pewno byłby z tego powodu zadowolony. Z zamyślenia wyciąga mnie Claire.
- Madison, co to jest? - pyta, a ja odwracam się w jej stronę. Widzę, że w rękach trzyma bluzę Shawna. Cwaniara, otworzyła szafę i zaczęła przeglądać moje ubrania.
- Uhm - mówię speszona - bluza Shawna. Daj, oddam ją dzisiaj - wyciągam po nią ręce, ale Claire odskakuje jak porażona.
- W życiu! To tak jak w filmie! - piszczy. Mam ochotę przewrócić oczami -on ci daje swoje ubrania, a ty w nich śpisz! Jakie to słodkie!
Oczywiście wie, że idę z Shawnem, ponieważ gdy robiła mi makijaż, zaczęła mnie przesłuchiwać. Okej, spałam w tej bluzie raz, ale tylko raz. Po prostu było zimno i wzięłam pierwszą lepszą bluzę i właśnie trafiło na Shawna. Specjalnie wyprałam ją w proszku bezzapachowym by nie musiał jej znowu psikać, więc zatrzymała zapach perfum Shawna. Na szczęście nie muszę jej odpowiadać, bo mój telefon zaczyna dzwonić i wiem, że muszę już schodzić. Biorę torebkę, gdzie pakuję chusteczki, telefon i kilka innych drobazgów, narzucam na siebie czarny kardigan i wychodzę z pokoju, a Claire za mną. Chwali mnie za mój wygląd i całuje w policzek i następnie opuszcza mieszkanie. Na nogi zakładam czarne koturny i idę śladami Claire, uprzednio zamykając drzwi. Shawn czeka na dole, oparty o swój samochód. Ma na sobie koszulę w czarnobiałą kratę, która jest rozpięta, a pod nią zwykłą, białą koszulkę i granatowe jeansy. Nie potrafię powiedzieć jakiego typu są jego buty, przypominają eleganckie tenisówki, ale się nie błyszczą. Uśmiecham się delikatnie i schodzę po schodach w jego stronę.
- Hej - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho. Nie do końca panuję nad tym tikiem.
- Cześć - odpowiada - to jak, jedziemy? - pyta się, a następnie okrąża samochód i otwiera mi drzwi od strony pasażera. Wsiadam delikatnie i czekam aż sam wsiądzie za kierownicę. Następnie podaję mu adres. Podczas drogi zamieniamy tylko kilka słów i dziękuje mu, że ze mną pojechał. Na miejscu jesteśmy po dwudziestu minutach, czyli tak naprawdę na styk. Szybko znajdujemy wejście do tego ogromnego budynku i wchodzimy przez drzwi. Jest tu dosyć dużo osób. Ochroniarze podchodzą i pytają nas o wizytówki. Wyciągam nasze zaproszenia, a oni jedynie kiwają głową i wpuszczają nas głębiej. Patrzę zdziwiona, ponieważ sufit jest około pięć metrów nad nami, a sala jest naprawdę wielka, utrzymywana w pastelowych odcieniach. Podchodzi do mnie jakiś facet.
- Ooo, witam panienkę Vallence! Nazywam się Monn Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą panienki ojca - uśmiecha się i następnie całuje moją rękę - słyszałem o wypadku panienki brata, współczuję bardzo. Szkoda, że panienki ojciec nie mógł przybyć - zaraz mu za przywalę za tą ciągłą panienkę, ale staram się uśmiechać. Na szczęście Shawnowi wyjaśniłam tą "bliską śmierć Jareda", a on tylko się zaśmiał - o, panienki chłopak?! Przepraszam, że się nie przedstawiłem! Moon Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą tej oto panienki - oddycham głęboko i staram się nie denerwować, ale z tego co widzę, Shawnowi wcale to nie przeszkadza.
- Miło mi pana poznać, Shawn Mendes - patrzy na mnie i na Monna - ale ona nie jest moją.... - nie dane mu dokończyć, bo facet zauważa kogoś innego i żegna się z nami skinięciem głowy, a następnie kieruje się w stronę tej osoby.
Wypuszczam powietrze i zaczynam szybko wyjaśniać.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że będą nas brali za parę - mówię i krzywię się.
- Nic się nie stało, jest dobrze - odpowiada i uśmiecha się - idziemy do bufetu? Zgłodniałem - wiem, że próbuje rozluźnić atmosferę, dlatego zgadzam się chętnie i kierujemy się w stronę stołu szwedzkiego, bo to jest lepsza nazwa niż bufet. Gdy idziemy do przodu, rozluźnia się miejsce, ponieważ prawie wszyscy kierują się w stronę sali głównej gdzie przedstawiciel tego spotkania zaczyna wygłaszać swoją mowę, zauważam Martensa.
Chwytam ręką nadgarstek Shawna, a ten odwraca się zdziwiony. Martens to syn projektantki, która pracuje u mojej matki. Jego fryzura przypomina grzyba, jest bardzo podobnie ścięty do niego. Nosi okulary korekcyjne, mocno się garbi i w ogóle jest niechlujny. Przyczepił się do mnie i ciągle zagaduje mnie czy chcę zostać jego dziewczyną - człowieku, masz już osiemnaście lat! - myślę sobie.
- Proszę, czy mógłbyś udawać mojego chłopaka? - szepczę i Shawn chyba zauważa desperację w moich oczach, bo odpowiada twierdząco. Swoimi dłońmi chwyta moją brodę z dwóch stron i przykłada usta koło moich, ale robi to tak, żeby się nie stykały. Po chwili się odsuwa i widzę, że Martens stoi zdekoncentrowany, ale od razu gdy czuje moje spojrzenie na sobie rusza w moją stronę. Wiem, że efekt był dobry, ponieważ Shawn zasłonił swoją dłonią nas tak, żeby nie było widać, że to jednak nie pocałunek. Uśmiecham się fałszywie do Martensa i chwytam rękę Shawna i zaplatam nasze dłonie razem.
- Witaj Martens - mówię i przysuwam się bliżej Shawna - nie znacie się, Martens to Shawn, mój chłopak, Shawn, to Martens, stary kolega - Shawn wyciąga prawą dłoń do niego, ale ten nie ma ochoty uściskać jego ręki.
- Przepięknie wyglądasz - sepleni i do tego mnie opluwa. Wycieram się lewą ręką.
- Prawda? Wygląda naprawdę zjawiskowo, ale nie tylko w tym wydaniu. Zawsze wygląda przepięknie - podnoszę brwi do góry. Jestem naprawdę zdziwiona jego dobrą grą aktorską.
- Nie wiem, nie widziałem jej jak śpi - tylko Martens śmieje się ze swojego żartu, a raczej chrumka.
- Nawet jak śpi wygląda przepięknie - odpowiada Shawn, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem gdy widzę reakcję Martensa. Robi się cały czerwony i całkowicie się rumieni. Oczywiście, że pomyślał, że spaliśmy ze sobą.
- No cóż - mówi nerwowo i rozgląda się wokół - ja idę posłuchać przemowy - szybko odchodzi. Gdy znika za rogiem, śmieję się głośno, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Szybko się uspokajam.
- Dziękuję ci bardzo - kieruję te słowa do Shawna i odsuwam się, przy okazji puszczam jego rękę - przepraszam za kolejną niezreczną sytuację.
- Nic się nie stało - śmieje się - nie sądziłem, że w ciągu tygodnia można mieć taki fajny wieczór.
- Nie musiałeś się tak bardzo wczuwać w swoją rolę. Wystarczyło stać i nic nie mówić.
- Ale ja mówiłem prawdę - odpowiada, a moje serce zamiera - naprawdę dla mnie jesteś piękna.
- Ta, jasne - mówię i chichoczę, starając się rozładować atmosferę. Na pewno tak nie sądzi - idziemy coś... - nie mogę dokończyć, ponieważ czuję, że mój telefon dzwoni. To Claire. No tak, zapomniałam zabrać bluzy Shawna i pewnie chce się upomnieć. Patrzę przepraszającym wzrokiem na Shawna i odbieram telefon.
- Madison - słyszę zapłakany głos Claire i moje serce ponownie zamiera, ale z powodu strachu, a nie zawstydzenia czy pod wpływem miłych słów - Madison, Ryan...
- Co Ryan? - pytam się i moje nogi stają się jak wata cukrowa, więc jedną ręką chwytam Shawna, a ten od razu mnie przytrzymuje.
- Ryan - szepcze - on jest na dziesiątym piętrze. Na dachu - przerywa na chwilę by wziąć płytki oddech - mówi, że jeśli nie przyjdziesz, to on skoczy. On chce popełnić samobójstwo.
- Co się dzieje? - pyta Shawn. Uznałabym, że z troskliwości, ale w tej chwili jest mi to obojętne.
- Jared jest w szpitalu - szepczę - umiera.
- Boże - mówi Shawn - zawiozę cię, podaj mi adres - bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę swojego auta, ale się wyrywam.
- Nie - staram się brzmieć zdecydowanie - pojadę metrem - nie mogę go w to wciągnąć, nawet jeśli chodzi tylko o odwiezienie. On nie jest świadomy tego, co by go spotkało. Do tego pod szkołą na pewno kręcą się osoby od Ryana, a go nie obchodziłoby nawet to, że prawie tu zeszłam.
- Jak pojedziesz metrem, to będziesz na pewno wolniej niż gdybyś wsiadła do mojego auta.
Rozglądam się wokół. Panika z każdą sekundą rośnie, ponieważ czym dłużej tu stoję, tym mam krótszą możliwość porozmawiana z Jaredem. Wymazuję szybko obraz śmierci Jareda z głowy. Wtem widzę Toma.
- Pojadę z Tomem, później się skontaktujemy - kończę naszą rozmowę i biegnę do Toma. Stoi zdziwiony, ale gdy ciągnę go za rękaw nie opiera się. Tom ma motocykl więc mam nadzieję, że z łatwością wyminiemy korki. Zadaje mi pytanie dotyczące co się stało. Pokrótce mu opowiadam i instruuje gdzie ma pojechać. Dojeżdżamy do szpitala. Szybko schodzę z motoru, przytulam Toma i biegnę do recepcji.
- Gdzie leży Jared Vallence? - pytam, dysząc. Jestem bardzo zmęczona moim krótkim biegiem. Nie mam złej kondycji, ale wszystko to dzieje się przez stres.
- Czy jest pani kimś z rodziny? - zadaje mi pytanie znudzona recepcjonistka.
- Tak - odpowiadam szybko i pokazuję legitymację szkolną. Kobieta daje mi wskazówki dotyczące położenia sali Jareda. Na szczęście nie jest ona zbyt daleko położona od recepcji, więc znajduję się tam statystycznie krótkim czasie. Widzę zapłakaną matkę, która siedzi przed salą.
- Gdzie jest Jared? - pytam. Matka podnosi wzrok i patrzy na mnie zawistnym wzrokiem.
- To twoja wina! - krzyczy i wstaje z krzesła, a następnie podchodzi do mnie. Serce aż mi się kraja pod wpływem jej słów - to twoja, pieprzona, wina! To ty doprowadziłaś do tego, że Jared umiera! Ty suko! Ty powinnaś leżeć na jego miejscu!
Mam łzy w oczach i kręcę głową z przerażenia. Pomimo, że tyle razy na mnie krzyczała, nie mogę się do tego przyzwyczaić. Drzwi od sali, w której znajduje się Jared uchylają się delikatnie, a następnie otwierają na maksymalnosć rozwartość. Widzę tylko głowę osoby, która to zrobiła.
- Jared? - pytam i marszczę czoło. Nie, to nie może być on. Przecież on...
- Madison! - rozpoznaję jego głos. Biegnie prosto w moje ręce, a ja go mocno przytulam. Łzy lecą z moich policzków strużkami - czemu płaczesz, co się stało? - pyta.
- Przecież ty... - szepczę i odsuwam go delikatnie od siebie - mama mi powiedziała, że umierasz - marszczę czoło i słyszę chichot mojego brata.
- No nie do końca - mówi uśmiechnięty Jared - spadłem z drzewa. Pamiętasz to drzewo przy mojej podstawówce? Weszłaś na sam szczyt! Masz nawet zdjęcie kiedy tam jesteś i się uśmiechasz. Chciałem zrobić to samo, ale w połowie drogi po prostu ześlizgnęła mi się stopa. Miałem podejrzenie wstrząsu mózgu, ale na szczęście nic mi nie jest, upadłem tak fortunnie, że się tylko lekko poobijałem!
Potrząsam głową i spoglądam na moją matkę, która stoi niewzruszenie, a następnie wzrusza ramionami.
- No co? Inaczej byś nie przyjechała. Ale - mówi i podnosi jeden palec do góry - mógł mieć wstrząs mózgu, a to wszystko twoja wina. Jest mi bardzo przykro, że bierze ciebie jako przykład.
Kręcę głową z niedowierzania i ponownie kieruję spojrzenie na Jareda.
- Do kiedy tu zostajesz? - pytam się i ocieram swoje łzy. Co za idiotka z mojej matki.
- Kilka dni, zapewne do końca tygodnia. Właśnie, tata prosił bym ci to przekazał. Tata jest w pracy jakby co - dodaje szybko, bo widzi, że chcę zadać pytanie dotyczące miejsca pobytu ojca - dzisiaj około dziewiętnastej jest spotkanie a'la, na którą miał iść tata z mamą, ale przez ten wypadek zrezygnowali z planów. Poprosił żebyś ty poszła zamiast nich.
- Tak - mówi matka i dodaje - z jakimś chłopakiem. Ale nie tym gówniarzem, który cię odwoził. On chyba nie ma miejsca bez tatuaży na ciele - mówiąc to, krzywi się. Okej, dobra, Tom jest wytatuowany i ma trochę kolczyków, ale z tego co wiem, wszystkie tatuaże mają dla niego jakieś znaczenie. Nie wygląda to źle moim zdaniem, a na pewno dodają mu charakteru.
- Jasne - przewracam oczami - więc niby kogo mam zaprosić? - prawie się śmiejąc, pytam. Nie mam osoby, którą lubię, jest chłopakiem i nie ma tatuaży, także - wszyscy z mojej ekipy mają to ozdobienie ciała, oprócz mnie i Claire. Nie na całym ciele jak Tom, ale jednak.
- Shawn Mendes - mówi matka i klaska w ręce.
- Boże - ponownie przewracam oczami - czy ty sobie ze mnie żarty robisz?
- Nie wzywaj imienia pana Boga nadaremno! - podnoszę jedną brew. Nigdy nie była wierząca, więc nie rozumiem dlaczego wyskakuje z takim tekstem - nie żartuję. Masz tam pójść.
- Pójdę, ale tylko ze względu na tatę, a nie na ciebie - spluwam. Ojcu naprawdę wiele zawdzięczam, pomimo, że jest bardzo zapracowany, znajduje codziennie dla mnie chwilę by porozmawiać albo pooglądać głupie filmiki na Youtube.
- Przekażę tę informację tacie - piszczy Jared i mnie delikatnie przytula, bo uważa na rękę.
- Dobrze, w taim razie jadę do domu - mówię i całuję go w policzek. Rumieni się i szybko biegnie do swojej sali. Nie żegnam się z matką, tylko odwracam na pięcię i schodzę na dół. Po drodze wyciągam telefon i dzwonię po taksówkę. Wychodzę na zewnątrz budynku i wybieram numer Shawna. Nie zdziwię się jeśli powie nie. To przypomina wykorzystywanie - krzyczę na niego i omijam cały tydzień, a następnie dzwonię z prośbą żeby poszedł ze mną na to spotkanie, imprezę, Bóg wie co. Nie jestem bipolarna. Po prostu jestem pewna, że na tego typu spotkaniu na pewno nie pojawi się ani Ryan, ani nikt z jego ekipy. Na szczęście chyba nie każe mnie śledzić, także jest dobrze. Odbiera po dwóch sygnałach.
- Tak? - Słyszę jego zachrypnięty głos. Musiał spać, a ja go obudziłam.
- Hej Shawn, z tej strony Madison. Obudziłam cię? - słyszę ciche nie w słuchawce i wiem, że spał, ale kontynuję - posłuchaj, bo jest sprawa. Muszę iść na spotkanie zamiast moich rodziców, a nie chcę być tam sama. Poszedłbyś tam ze mną? Proszę, nie znam nikogo, kto zachowałby się tam odpowiednio - no pięknie Madison, na pewno go przekonałaś mówiąc, że jest ostatnią deską ratunku, myślę sobie, ale czekam na jego odpowiedź.
- O której? - pyta, a moje serce zaczyna szybciej bić. Serio się zgodzi?
- O dziewiętnastej. Jak nie chcesz to nie musisz ze mną iść - mówię szybko. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiał.
- Jasne, o której mam przyjechać? - pyta. Jestem szczęśliwa, ponieważ nie będę miała problemu z szukaniem towarzysza. Tylko dlatego się cieszę.
- Około osiemnastej trzydzieści? Adres gdzie znajduje się to spotkanie podam ci jak będziemy jechać. Dzięki wielkie, no to, do zobaczenia - mówię, ale jeszcze szybko dodaję - a! To jest bardziej eleganckie spotkanie, więc...
- Okej, nie musisz kończyć. Do zobaczenia, i dzięki za zaproszenie - mówi i się rozłączam zanim on to zrobi. Właśnie taksówka podjeżdża, więc wsiadam, podaję kierowcy adres i dzwonię do Claire. Jest siedemnasta, zanim ona przyjedzie minie około godziny metrem, ale potrzebuję jej pomocy. Potrafi pięknie upiąć włosy, a tego mi dzisiaj trzeba. Gdy kończę z nią rozmowę, wiem, że jest bardzo podekscytowana naszym spotkaniem i ma wielką ochotę by wszystko wiedzieć, ale czeka aż się spotkamy. Myślę, że od razu wybiegła z domu. Podaję kierowcy bankot i wysiadam, ponieważ znajdujemy się przed moim blokiem mieszkalnym. Kieruję się w stronę mieszkania i otwieram drzwi. Nikogo nie ma w domu, bo tata jest w pracy, a później dołączy do matki i Jareda w szpitalu. Idę do swojego pokoju i wybieram kilka zestawów ubrań. W życiu nie pozwoliłabym żeby to Claire za mnie decydowała co mam ubrać, szczególnie, że nie idę na imprezę ze znajomymi, tylko na coś w rodzaju "dostajesz masowe zaproszenie to idziesz". Na pewno rodzice zatwierdzili swoją obecność, ponieważ będą tam osoby ważne w showbiznesie i w ogóle na rynku. Na moim łóżku kładę trzy zestawy: pierwszy składa się z czarnej, zwykłej bluzki z dekoltem w serek, czarnym kardiganem oraz, jakby inaczej - czarne, obcisłe spodnie z melanżu; drugi zestaw składa się z białej bluzki z naszytą koronką, a jej rękawy są z prawie przezroczystego materiału, czarną, ołówkową spódnicę i cieliste rajstopy; w trzecim zestawie znajdowała się bordowa sukienka, która miała "obcięty" dół z przodu, a z tyłu wiła się prawie po ziemi kiedy ubieram buty z obcasem. Była zwykła, gładka. Gdy kończę, słyszę dzwonek do drzwi. To zajęcie było bardzo czasochłonne. Otwieram jej drzwi, a ta rzuca mi się prosto na szyję i piszczy z radości. Zdejmuje buty i szybko leci do pokoju by zobaczyć co przygotowałam. Przewracam oczami i zamykam za nią drzwi. Gdy wchodzę do pokoju widzę, że nie jest zbyt zadowolona.
- Naprawdę Madison? Czy ty idziesz na spotkanie o pracę? - pyta i kręci głową - załóż trzeci zestaw, na resztę nie mogę patrzyć. Chowaj to! - krzyczy na mnie i podłącza do prądu moją prostownicę. Śmieję się i dwa pierwsze zestawy upycham do szafy. Później je poskładam, jest już osiemnasta więc nie mam zbyt dużo czasu. Szybko przebieram się w bordową sukienkę i ubieram jeszcze cieliste rajstopy, a podczas zakładania ich dostaję kilka razy klapsa od Claire, ponieważ bardzo ją to śmieszy. To był mój błąd, że nie schowałam się do łazienki, bo teraz strasznie mnie piecze prawy pośladek i mam nadzieję, że szybko przestanie mnie boleć.
- Jaką fryzurę mi robisz? - pytam się i wygodnie rozsiadam na krześle przed moim biurkiem oraz lustrem, tak, żeby było wygodnie Claire modelować moje włosy.
- Zrobię ci fale al'a loki. Za to makijaż będzie wystrzałowy! - mówi i zabiera się do roboty.
Gdy kończy pracę związaną z moimi włosami oraz makijażem jestem pozytywnie zaskoczona. Rozświetliła mi łuk brwiowy, czarnym cieniem rozetarła delikatnie kreski. Usta posmarowała mi pomadką nude, a rzęsy pomalowała mascarą. Wyglądam naprawdę ładnie. Z pudełka wyciągam bransoletkę z zawieszką w kształcie literek MJ, które przecina V - podarował mi ją mój brat i jest naprawdę śliczna. Wydał na nią całe swoje kieszonkowe, ponieważ jest ze złota. Uśmiecham się pod nosem, bo wiem, że na pewno byłby z tego powodu zadowolony. Z zamyślenia wyciąga mnie Claire.
- Madison, co to jest? - pyta, a ja odwracam się w jej stronę. Widzę, że w rękach trzyma bluzę Shawna. Cwaniara, otworzyła szafę i zaczęła przeglądać moje ubrania.
- Uhm - mówię speszona - bluza Shawna. Daj, oddam ją dzisiaj - wyciągam po nią ręce, ale Claire odskakuje jak porażona.
- W życiu! To tak jak w filmie! - piszczy. Mam ochotę przewrócić oczami -on ci daje swoje ubrania, a ty w nich śpisz! Jakie to słodkie!
Oczywiście wie, że idę z Shawnem, ponieważ gdy robiła mi makijaż, zaczęła mnie przesłuchiwać. Okej, spałam w tej bluzie raz, ale tylko raz. Po prostu było zimno i wzięłam pierwszą lepszą bluzę i właśnie trafiło na Shawna. Specjalnie wyprałam ją w proszku bezzapachowym by nie musiał jej znowu psikać, więc zatrzymała zapach perfum Shawna. Na szczęście nie muszę jej odpowiadać, bo mój telefon zaczyna dzwonić i wiem, że muszę już schodzić. Biorę torebkę, gdzie pakuję chusteczki, telefon i kilka innych drobazgów, narzucam na siebie czarny kardigan i wychodzę z pokoju, a Claire za mną. Chwali mnie za mój wygląd i całuje w policzek i następnie opuszcza mieszkanie. Na nogi zakładam czarne koturny i idę śladami Claire, uprzednio zamykając drzwi. Shawn czeka na dole, oparty o swój samochód. Ma na sobie koszulę w czarnobiałą kratę, która jest rozpięta, a pod nią zwykłą, białą koszulkę i granatowe jeansy. Nie potrafię powiedzieć jakiego typu są jego buty, przypominają eleganckie tenisówki, ale się nie błyszczą. Uśmiecham się delikatnie i schodzę po schodach w jego stronę.
- Hej - mówię i zakładam kosmyk włosów za ucho. Nie do końca panuję nad tym tikiem.
- Cześć - odpowiada - to jak, jedziemy? - pyta się, a następnie okrąża samochód i otwiera mi drzwi od strony pasażera. Wsiadam delikatnie i czekam aż sam wsiądzie za kierownicę. Następnie podaję mu adres. Podczas drogi zamieniamy tylko kilka słów i dziękuje mu, że ze mną pojechał. Na miejscu jesteśmy po dwudziestu minutach, czyli tak naprawdę na styk. Szybko znajdujemy wejście do tego ogromnego budynku i wchodzimy przez drzwi. Jest tu dosyć dużo osób. Ochroniarze podchodzą i pytają nas o wizytówki. Wyciągam nasze zaproszenia, a oni jedynie kiwają głową i wpuszczają nas głębiej. Patrzę zdziwiona, ponieważ sufit jest około pięć metrów nad nami, a sala jest naprawdę wielka, utrzymywana w pastelowych odcieniach. Podchodzi do mnie jakiś facet.
- Ooo, witam panienkę Vallence! Nazywam się Monn Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą panienki ojca - uśmiecha się i następnie całuje moją rękę - słyszałem o wypadku panienki brata, współczuję bardzo. Szkoda, że panienki ojciec nie mógł przybyć - zaraz mu za przywalę za tą ciągłą panienkę, ale staram się uśmiechać. Na szczęście Shawnowi wyjaśniłam tą "bliską śmierć Jareda", a on tylko się zaśmiał - o, panienki chłopak?! Przepraszam, że się nie przedstawiłem! Moon Poles, jestem przedstawicielem firmy deweloperskiej współpracującej z firmą tej oto panienki - oddycham głęboko i staram się nie denerwować, ale z tego co widzę, Shawnowi wcale to nie przeszkadza.
- Miło mi pana poznać, Shawn Mendes - patrzy na mnie i na Monna - ale ona nie jest moją.... - nie dane mu dokończyć, bo facet zauważa kogoś innego i żegna się z nami skinięciem głowy, a następnie kieruje się w stronę tej osoby.
Wypuszczam powietrze i zaczynam szybko wyjaśniać.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że będą nas brali za parę - mówię i krzywię się.
- Nic się nie stało, jest dobrze - odpowiada i uśmiecha się - idziemy do bufetu? Zgłodniałem - wiem, że próbuje rozluźnić atmosferę, dlatego zgadzam się chętnie i kierujemy się w stronę stołu szwedzkiego, bo to jest lepsza nazwa niż bufet. Gdy idziemy do przodu, rozluźnia się miejsce, ponieważ prawie wszyscy kierują się w stronę sali głównej gdzie przedstawiciel tego spotkania zaczyna wygłaszać swoją mowę, zauważam Martensa.
Chwytam ręką nadgarstek Shawna, a ten odwraca się zdziwiony. Martens to syn projektantki, która pracuje u mojej matki. Jego fryzura przypomina grzyba, jest bardzo podobnie ścięty do niego. Nosi okulary korekcyjne, mocno się garbi i w ogóle jest niechlujny. Przyczepił się do mnie i ciągle zagaduje mnie czy chcę zostać jego dziewczyną - człowieku, masz już osiemnaście lat! - myślę sobie.
- Proszę, czy mógłbyś udawać mojego chłopaka? - szepczę i Shawn chyba zauważa desperację w moich oczach, bo odpowiada twierdząco. Swoimi dłońmi chwyta moją brodę z dwóch stron i przykłada usta koło moich, ale robi to tak, żeby się nie stykały. Po chwili się odsuwa i widzę, że Martens stoi zdekoncentrowany, ale od razu gdy czuje moje spojrzenie na sobie rusza w moją stronę. Wiem, że efekt był dobry, ponieważ Shawn zasłonił swoją dłonią nas tak, żeby nie było widać, że to jednak nie pocałunek. Uśmiecham się fałszywie do Martensa i chwytam rękę Shawna i zaplatam nasze dłonie razem.
- Witaj Martens - mówię i przysuwam się bliżej Shawna - nie znacie się, Martens to Shawn, mój chłopak, Shawn, to Martens, stary kolega - Shawn wyciąga prawą dłoń do niego, ale ten nie ma ochoty uściskać jego ręki.
- Przepięknie wyglądasz - sepleni i do tego mnie opluwa. Wycieram się lewą ręką.
- Prawda? Wygląda naprawdę zjawiskowo, ale nie tylko w tym wydaniu. Zawsze wygląda przepięknie - podnoszę brwi do góry. Jestem naprawdę zdziwiona jego dobrą grą aktorską.
- Nie wiem, nie widziałem jej jak śpi - tylko Martens śmieje się ze swojego żartu, a raczej chrumka.
- Nawet jak śpi wygląda przepięknie - odpowiada Shawn, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem gdy widzę reakcję Martensa. Robi się cały czerwony i całkowicie się rumieni. Oczywiście, że pomyślał, że spaliśmy ze sobą.
- No cóż - mówi nerwowo i rozgląda się wokół - ja idę posłuchać przemowy - szybko odchodzi. Gdy znika za rogiem, śmieję się głośno, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Szybko się uspokajam.
- Dziękuję ci bardzo - kieruję te słowa do Shawna i odsuwam się, przy okazji puszczam jego rękę - przepraszam za kolejną niezreczną sytuację.
- Nic się nie stało - śmieje się - nie sądziłem, że w ciągu tygodnia można mieć taki fajny wieczór.
- Nie musiałeś się tak bardzo wczuwać w swoją rolę. Wystarczyło stać i nic nie mówić.
- Ale ja mówiłem prawdę - odpowiada, a moje serce zamiera - naprawdę dla mnie jesteś piękna.
- Ta, jasne - mówię i chichoczę, starając się rozładować atmosferę. Na pewno tak nie sądzi - idziemy coś... - nie mogę dokończyć, ponieważ czuję, że mój telefon dzwoni. To Claire. No tak, zapomniałam zabrać bluzy Shawna i pewnie chce się upomnieć. Patrzę przepraszającym wzrokiem na Shawna i odbieram telefon.
- Madison - słyszę zapłakany głos Claire i moje serce ponownie zamiera, ale z powodu strachu, a nie zawstydzenia czy pod wpływem miłych słów - Madison, Ryan...
- Co Ryan? - pytam się i moje nogi stają się jak wata cukrowa, więc jedną ręką chwytam Shawna, a ten od razu mnie przytrzymuje.
- Ryan - szepcze - on jest na dziesiątym piętrze. Na dachu - przerywa na chwilę by wziąć płytki oddech - mówi, że jeśli nie przyjdziesz, to on skoczy. On chce popełnić samobójstwo.
***
Hej, chciałabym Was mocno przeprosić za to, że tak późno dodaję rozdział. Postaram się, żeby jeszcze jeden pojawił się w tym tygodniu. Chciałabym też baardzo podziękować za ponad pół tysiąca wyświetleń, tak bardzo się cieszę! Dziękuję wszystkim i proszę o komentarz z opinią dotyczący rozdziału. Buzi!
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Rozdział 6
Stoję i rozglądam się wokół w poszukiwaniu ukrytych kamer. Jednak widzę tylko tłum. Tylko jest pojęciem względnym, ponieważ stoi tu około stu pięćdziesięciu uczniów, jak nie więcej. Oddycham głęboko. Nie mogę pokazać ludziom, że zwykłym wyznaniem daję się złamać. To ja jestem pewna siebie i to ja tu rządzę, a nie on czy oni. Podchodzę z podniesioną głową do niego.
- Powtórz to - polecam.
- Kocham cię, Madison, proszę cię, porozmawiaj ze mną - mówi i odwraca się w stronę tłumu - a wy nie macie się na co gapić? Wypierdalać!
- Nie - odpowiadam spokojnym i doniosłym tonem - niech tu będą. Niech usłyszą tu to, co ja chcę usłyszeć.
- Nie wygłupiaj się - jego ton głosu zmienia się w sekundę na niższy, przez co dostaję gęsiej skórki - nie będę tu z tobą na ten temat rozmawiał.
- Och - robię dzióbek i udaję zamyśloną, a za chwilę patrzę na niego. Nadal mówię głośno i wyraźnie, nie mam zamiaru mu ulec czy go się przestraszyć, nie tym razem - więc nie chcesz im powiedzieć, jak mnie uderzyłeś, próbowałeś mnie zmusić do seksu, a gdy odmawiałam, puszczałeś się z innymi, a także o tym, jak chciałeś mnie zgwałcić, bo byłeś pod wpływem narkotyków? Niech te twoje faneczki, którym się to podoba, niech wyjdą. Zrób sobie z nimi co chcesz - odwracam się na pięcie, ale wracam do poprzedniej pozycji - bym zapomniała! - mówię z uśmiechem i uderzam go z liścia w twarz - to za każdą krzywdę, którą mi wyrządziłeś.
- Ty suko - warczy, a jego ręce spoczywają na czerwonym policzku, zapewne nabrał takiego koloru z powodu bólu, a nie wstydu.
- Nie kazałam ci się przedstawiać - odpowiadam i uśmiecham się jeszcze szerzej - nie ma za co! A teraz, koniec przedstawienia, dziękuję za uwagę - mówię i odwracam się w stronę Shawna i tam też się kieruję. Wymijam go zgrabnie i czuję jak ktoś na mnie się rzuca.
- Madiii! - krzyczy Claire i przytula mnie jeszcze mocniej. Przewracam oczami, ale tak naprawdę cieszę się z jej obecności.
- Claire - odwzajemniam uścisk i się do niej uśmiecham.
- To co zrobiłaś, było... dobre! - piszczy. Jej łatwa ekscytacja często jest irytująca, ale tym razem nie aż tak bardzo - czy on cię próbował, no wiesz? - pyta ciszej. Potrafi być radosna, a za sekundę smutna i przybita.
- Tak, w sumie nie do końca. Nie dał rady, bo Shawn tam był - mówię i od razu żałuję, bo widzę, jak Claire świecą się oczy.
- Shawn? Ten Shawn? Co on tam robił? Uratował cię? Pomógł ci? - Zadaje milion pytań na raz, a ja nic nie poradzę, że się śmieję. Biorę ją pod rękę i kierujemy się w stronę sali. Chcę już jej odpowiedzieć, ale przede mną stoi szkolna psycholog. Przewracam oczami.
- Madison Vallence, proszę za mną - mówi i idzie w stronę gabinetu dyrektora.
- Pa, Claire, przyjdę później - szepczę do przyjaciółki i całuję ją w policzek. Ona tylko macha mi na pożegnanie i widzę, jak zaraz Tom do niej dołącza.
Wchodzimy do gabinetu dyrektora, a ja od razu zajmuję krzesło. Psycholog patrzy na mnie wrogim wzrokiem.
- Wstań - spluwa, a ja tylko chichotam.
- Przykro mi, nie mogę - mówię i rozsiadam się jeszcze wygodniej. Dyrektor uspokaja ją gestem i zaczyna przemawiać.
- Panno Vallence, to co stało na korytarzu nie mogło mieć miejsca. Muszę pannę ukarać.
- No właśnie problem w tym, że nie musi. Czy mógłby pan wyprosić panią pedagog? Mam sprawę, która jest delikatna i chciałabym, żeby tylko pan o tym wiedział - odpowiadam i robię smutną minę.
- Dobrze, proszę panią o opuszczenie pomieszczenia - pedagog stoi jak wryta i patrzy z niedowierzaniem na dyrektora - proszę panią o wyjście. Mam napisać to na kartce? - parskam śmiechem, a dopiero wtedy kobieta rozumie polecenie i wychodzi - dobrze, więc jaka to sprawa?
***
Wychodzę ze szkoły i zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos. Słońce dzisiaj świeci mocniej niż zwykle podczas tej pory roku. Z Shawnem nie kontaktowałam się od przedstawienia prezentacji. Nie było tak źle, a do tego gdy Lily prezentowała, poślizgnęła się i upadła na tyłek. To zdecydowanie przeważyło na mój dobry humor. Dyrektora bardzo łatwo przekonać, wystarczy wspomnieć o pieniądzach, a jego oczy świecą jak szalone. Ludzki mechanizm jest taki prosty. Czuję, jak ktoś klepie mnie w tyłek i słyszę śmiech. Przewracam oczami i ją szturcham.
- Claire, nie musisz mnie podrywać - mówię i rozkoszuję się słońcem. Jest naprawdę ciepło jak na marzec i jestem z tego powodu szczęśliwa.
- Wiem, bo jesteś moja - chichocze i chwyta mnie za rękę. Brakuje mi takich dobrych kontaktów z przyjacielem-dziewczyną, więc staram się teraz dopuścić ją coraz bliżej mnie. Widzę, że stara się zmienić na lepsze i bardzo to doceniam, co nie dyskwalifikuje jej bardzo odważnego stroju. Tego chyba nigdy nie zmieni.
Dojeżdzamy pod jej mieszkanie. Dzisiaj mamy mieć babski wieczór - pizza, malowanie, oglądanie głupich filmów i obgadywanie wszystkich. Na szczęście już mnie kolana ani nogi nie bolą po wczorajszym upadku, więc szybko biegnę do jej pokoju i rzucam się na łóżko. Gdy ona zamawia pizzę, ja wybieram filmy. Jej rodzice wracają późnym wieczorem, także mamy jej całe mieszkanie dla siebie, jednak nie chcemy dzisiaj iść na żadną imprezę, a tym bardziej urządzać. W końcu decyduję się na Legalną Blondynkę, pomimo, że to nie jest głupi film, jest po prostu śmieszny i pokazujący, jak głupie są ludzkie stereotypy. Claire śmieje się, że to film o mnie, bo w końcu też jestem mądrą blondynką, ale bez cycków. W połowie filmu oraz pizzy, dzwoni do mnie telefon. Cała roześmiana odbieram i przy okazji spycham nogami Claire z łożka, bo po raz kolejny rzuciła swój głupi komentarz na temat mojego ulubionego filmu.
- Halo? - mówię i parskam śmiechem, bo zrzuciłam Claire z łóżka, a ma tak wysokie, że słychać było tylko huk i jej chichot.
- Jeśli chcesz pomóc Shawnowi, to lepiej słuchaj - mówi chrypiący głos, a ja zamieram. Claire zauważa moją nagłą zmianę nastroju i przysłuchuje się rozmowie.
- Kto mówi? - pytam się i spoglądam na numer. Jest zastrzeżony, więc tym bardziej czuję rosnącą gulę w gardle.
- Lepiej notuj - szepczę do Claire, żeby podała mi notes i długopis i od razu zapisuję adres, który dyktuje mi głos w telefonie - zjaw się w przeciągu godziny, inaczej możesz pożegnać się z Shawnem.
- Skąd mam wiedzieć, że jest tam Shawn? - pytam dosyć wyraźnie, chociaż jestem przerażona. Słyszę jego głos i krzyk. Łapię się za usta i tylko szepczę - będę, obiecuję. Nie róbcie mu krzywdy.
Słyszę tylko po drugiej stronie śmiech i sygnał, który oznacza przerwanie rozmowy.
- Boże, Madison, kto to mógł zrobić? - pyta się tak samo przerażona jak ja Claire.
- Nie wiem - szepczę i wstaję - ale wiem, że to przeze mnie. Muszę tam iść - zaczynam zbierać swoje porozrzucane kosmetyki po podłodze i czuję, jak Claire kładzie na mnie rękę.
- Proszę, nie idź tam sama. Albo pozwól mi iść z tobą, przecież jak coś ci się stanie, to sobie tego nie wybaczę! - piszczy.
- Jeśli nie zadzwonię do ciebie w przeciągu dwóch godzin, zgłoś to policji. W żadnym razie nie idź do mnie sama, zapiszę ci adres, możesz się wybrać w asyście policji lub kilkunastu osób. Niektórzy z imprez powinni mieć broń, jeśli uważasz, że będzie potrzebna. Pozwól mi to załatwić sama - mówię i widzę łzy w jej oczach - och, chodź tutaj - szepczę i przytulam ją mocno.
- Kocham cię bardzo, Madison. Nie chcę stracić mojej jedynej przyjaciółki - płacze na dobre, ponieważ czuję mokrą plamę na moim ramieniu.
- Wrócę tu, spokojnie - odsuwam się od niej i chwytam jej podbródek w rękę - hej, wrócę tu. Cała i zdrowa. Po tym wszystkim będę miała ochotę na alkohol i coś mocniejszego, przygotuj wszystko - uśmiecham się i ostatni raz przed wyjściem ściskam ją mocno. Biorę w rękę telefon, przez ramię przewieszam torebkę i wychodzę z jej mieszkania. Wpisuję do GPS-a w telefonie adres, na który mam się udać i widzę, że to niecały kilometr od domu Claire. Postanawiam udać się na piechotę, zajmie mi to przy dobrym tempie dziesięć minut. Przez całą drogę zastanawiam się o co może chodzić. Jestem przerażona i mój umysł tętni od złych myśli. Mam nadzieję, że Shawn przynajmniej żyje. GPS dziękuje mi za współpracę,wkładam telefon do torebki i patrzę przed siebie. Stoję przed wielkim, opuszczonym budynkiem. Musiała tu być kiedyś jakaś hala. Żegnam się znakiem krzyża i idę do przodu, w stronę wielkich drzwi. Budynek wygląda na taki, który mógłby w każdej chwili się zawalić. Wchodząc, popycham drzwi, które przeraźliwie skrzypią. Nie mogę przywyknąć do panującej tu ciemności, ale widzę z daleka jakieś sylwetki. Na środku wielkiego pomieszczenia leży materac, a na nim jakaś postać. Mrużę oczy i widzę Shawna, który kuli się z bólu i jest cały pokiereszowany nożem.
- SHAWN! - wrzeszczę i biegnę w jego stronę, jednak czyjaś ręka mnie blokuje i ciągnie do tyłu - SHAWN! - powtarzam krzyk, a postać, która mnie blokuje śmieje się. Przy leżącym chłopaku jest sześć postaci i kopią go coraz bardziej.
- Madison - słyszę echo jego głosu i jestem bliska łez - uciekaj stąd, proszę! - wydusza to z siebie i zaraz podejrzane sylwetki zaczynają go podduszać.
- Starczy, chłopaki - rozpoznaję ten głos. To Ryan i to on mnie trzyma - a ty - obraca mnie w swoją stronę - widzisz, jesteś taka beznadziejna. Przychodzisz tu, by go uratować. Problem w tym, że mu nie pomożesz - rechocze w ten swój ohydny sposób - i to wszystko twoja wina. Wmieszałaś go w to. To przez ciebie leży tu umierający - kilka łez spływa po moich policzkach, wiedziałam, że będę tworzyć zagrożenie dla osób nie z mojego otoczenia, ale w taki sposób.
- Co mam zrobić? - pytam się cicho.
- Prześpij się ze mną, to go wypuszczę - mówi tak głośno, żeby Shawn go usłyszał. Patrzę na leżącego chłopaka, który ciągle krwawi.
- Nie rób tego, proszę - błaga mnie Shawn. To wszystko moja wina. Spoglądam na Ryana.
- Czy wtedy go wypuścisz?
- Tak - odpowiada. Słyszę powtórne błaganie Shawna.
- Dobrze, zrobię to.
***
Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził, jest jeszcze ciemniejsze niż poprzednie, ale rozpoznaję kontury. Jest to obskurny pokój, z materacem, który jest pokryty prześcieradłem na podłodze oraz nocną lampką obok drzwi do pomieszczenia. Odeszliśmy dosyć daleko od głównego pomieszczenia, po to by, cytuję Ryana "nikt nie słyszał twoich jęków".
- Zgasiłem światło, żebyś mogła poczuć się komfortowo - rzygać mi się chce gdy słyszę jego głos, ale opanowuję się - wiesz co masz robić, czy mam cię nauczyć?
Czuję ogromny stres i przerażenie, ale staram się tego po sobie nie pokazać.
- Po co go mieszałeś? - pytam się wściekła - mogłeś mnie do tego zmusić innym sposobem, ale nie krzywdząc niewinnego człowieka.
- Przez ciebie cała szkoła mnie nienawidzi. Uważa za wyrzutka. Gdybym wziął Jasona, Toma czy kogokolwiek z ekipy, pomyślałabyś, że to wszystko zaplanowane, tylko po to, żebyś to ze mną zrobiła. A tu, nie masz zbytniego wyboru, bo to oczywiste, że go uratujesz.
Kręcę głową z niedowierzaniem. Jak mogłam być z kimś tak okropnym? Tłumię swoje uczucia.
- Rozbieraj się - polecam.
- Och, jaka odważna - mówi i zdejmuje swoje ubrania.
- Odwróć się w drugą stronę, bo wszystko widzę - mówię, a on tylko się śmieje - mówię poważnie, później będę musiała oglądać twoje ciało.
Odwraca się posłusznie i chichocze. Kiedy zdejmuje spodnie, cicho kucam i wyciągam kabel z gniazdka od lampki. Następnie biorę lampkę w ręce.
- Co do chol....- gdy się odwraca, uderzam go lampką w łeb.
Dobra, to powinno go chwilowo zatrzymać. Zdejmuję z siebie bluzę wraz z bluzką i spodnie. Wkładam je do mojej torebki, a z materaca podnoszę prześcieradło, którym owijam swoje ciało. Kucam przy Ryanie i sprawdzam tętno. Na szczęście żyje, ale tata mnie nauczył uderzenia, który powoduje nieprzytomność do pół godziny, dlatego muszę się pośpieszyć. Jestem przekonana, że nikt niczego nie słyszał, bo pomieszczenie, na moje szczęście, nie znajduje się blisko tamtego, gdzie leży Shawn. Odczekuję pięć minut, przez które podłączam lampkę do prądu i siadam na podłodze. Nie mogłam po minucie wybiec z pomieszczenia i wcisnąć im jakiś kit, w końcu muszę to zrobić doskonale. Wychodzę z pokoju. Idę powolnym, kulejącym krokiem w stronę wielkiego pomieszczenia. Gdy tam się znajduję, krzyczę lekkie Shawn i podbiegam do niego, ponieważ osoby, które go atakowały, rozsiadły się po bokach.
- Co tak szybko? - pyta mnie męski głos, a ja zakładam włosy za ucho i szturcham Shawna. Następnie patrzę na chłopaka zadającego pytanie.
- Powiedział, że jestem zbyt słaba i musi sam sobie poradzić z problemem - mówię wyraźnie. Shawn podnosi głowę i stara się usiąść. Pomagam mu w tym.
- No cóż, może my to też sprawdzimy? - pyta inny głos, ale zaraz słyszę jak ktoś kogoś uderza w twarz.
- Idioto, zamknij mordę, bo jak Ryan się o tym dowie co powiedziałeś, to cię zabije. Jest tylko jego, nie pamiętasz? - odpowiada chłopak, który pierwszy zadał mi pytanie - masz szczęście, że kazał cię zostawić w spokoju jak wyjdziesz, bo inaczej dawno leżałabyś martwa koło niego. Macie pięć sekund by się stąd wynieść, inaczej z tobą będzie podobnie jak z kolegą.
- Shawn, wstawaj, dasz radę - szepczę i pomagam mu wstać. Wychodzimy jak najszybciej możemy, ale ma takie rany, że bardzo ciężko mu to idzie. Popędzam go, ponieważ już słyszę kroki. Wychodzimy na zewnątrz - ruszaj się, musimy stąd uciekać!
Shawn tylko kiwa głową i idzie jak najszybciej może. Niestety są to bardzo powolne ruchy. Na pewno kręci mu się bardzo w głowie. Gdy przechodzimy koło śmietnika, wyrzucam prześcieradło i szybko nakładam na siebie spodnie. Nie mam czasu na bluzę i wiem, że Shawn byłby tym trochę speszony, gdyby nie to, co się stało w magazynie. Gdy jesteśmy przy mieszkaniu Claire, dzwonię do niej na telefon by zeszła do mnie na dół, a następnie ubieram bluzkę. Shawn siada na schodku.
- Madison - szepcze i kuli się z bólu.
- Jestem tu, spokojnie - ma pełno zadrapań, ran. Widzę Claire, która zatyka sobie usta ręką i patrzy na mnie przerażona. Ma przekrwawione oczy, ale z powodu łez, a nie narkotyków. Nigdy nie była tak emocjonalna jak dzisiaj.
- Pomóż mi go wciągnąć do twojego pokoju - mówię, a Claire zaraz wykonuje moje polecenie. Jakoś dajemy radę i po chwili znajduje się na podłodze w sypialni mojej przyjaciółki. Zostawiamy go na minutę samego, dając mu o tym znać i kierujemy się do łazienki, by wziąć bandaże i wodę utlenioną.
- Co mu jest? - pyta się - co oni od ciebie chcieli? Kto to był?
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Ryan i jego nowa spółka. Chcieli, żebym się przespała z Ryanem.
- Boże, a my uważaliśmy go za przyjaciela - niedowierza i widzę, jak łzy z jej oczu wypływają - czy ty... no wiesz?
- Nie - odpowiadam szybko. Chcę dać upust emocjom i wiem, że mogę sobie na to przy Claire pozwolić - ale gdybym musiała to zrobić, zrobiłabym to bez wahania. Na szczęście Ryan był zbyt zafascynowany tym, że udało mu się mnie zmusić do... - kręcę głową, bo mnie obrzydza. Jak można być takim człowiekiem? - ...że nawet nie zauważył mojego ciosu. To znaczy zauważył, ale było za późno - mówię i przytulam mocno Claire - gdybyś widziała co oni mu robili.
- Csii, już dobrze - szepcze i odsuwa się ode mnie - co teraz chcesz zrobić? - pyta się.
- On musi odejść ode mnie. Już zbyt dużo przeze mnie wycierpiał.
***
Wyjmuję słuchawki z uszu, zakładam okulary przeciwsłoneczne na włosy i czekam, aż Shawn do mnie podejdzie. Minął tydzień od tamtego wydarzenia. Odwiozłam go do domu i dopilnowałam, żeby nic mu się nie działo. Chciałam powiedzieć o tym jego rodzicom, ale błagał mnie, bym tego nie robiła. Pomimo tego, że był tak bardzo wysportowany i silny, nie mógł poradzić sobie z siedmioma chłopakami, szczególnie, kiedy większość z nich jest zaprawiona w bojach. Jedyne co mogłam mu powiedzieć, to go przeprosić i wyszłam z jego domu. Od tamtego czasu ignorowałam go całkowicie - odrzucałam każde połączenie, usuwałam wszystkie esemesy, ignorowałam jego przyjścia do mnie i próbę nawiązania kontaktu w szkole. Próbował przez pierwsze trzy dni, ale następnie zrezygnował.Na początku wysyłał pięćdziesiąć esemesów dziennie i próbował tyle razy porozmawiać ze mną, a później trzy, cztery razy na dzień. Chcę, by był szczęśliwy. Widziałam go ciągle z Lily i paroma innymi osobami, więc to zawsze pocieszenie. Nikt oprócz mnie, Shawna i Claire nie wiedział o tym wydarzenia, no, i oczywiście poza tymi osobami, które to zorganizowały. Każdego dnia, po szkole, a tak samo w weekendy, po szóstej wieczorem, chodziłam wraz z ekipą tam, gdzie zawsze robiliśmy imprezy. Ćpałam, piłam i paliłam każdego dnia. Chciałam pokazać, że to co zrobił Ryan, wcale mnie nie złamało. Chłopacy znali prawdę tylko do momentu przed biblioteką. Claire ciągle koło mnie była. Wszyscy unikaliśmy kontaktu z Ryanem i byłam im za to wdzięczna. Dla nich branie używek oznaczało siłę i brak załamania. Dla mnie - oznaką słabości. Ale ja byłam, jestem i będę słaba. Pasował mi taki układ. Oni uważali, że to co robię, umacnia mnie jeszcze bardziej w wierze, że jestem najlepsza. Branie narkotyków nie jest dobrym rozwiązaniem, ale na nic innego nie było mnie stać. Beznadziejna - to słowo idealnie opisujące mnie. Wszystko to co robiłam, pozwalało mi zapomnieć o bólu, przy okazji uśmierzało jego działanie. Wdałam się w kłótnie z matką. Stwierdziła, że jestem idiotką i dawno powinnam była umrzeć, bo nic tylko stwarzam problemy. Zakazała mi wychodzić i chciała odbierać mnie po szkole, ale ojciec stawił się po mojej stronie. Powiedział mi, że matka tak mówi, bo nie może odnaleźć swojej starej córki. Ale to było tylko jej wyobrażenie, nie znała mnie takiej, jaką jestem, i nie chciała poznać. Tata miał rację. Wszystko robiłam tak, jak ona chciała. Nie zwracała uwagi na moje problemy i potrzeby.
- Chciałeś porozmawiać - opieram się o murek i rozglądam wokół. Ryan przez cały tydzień nie zjawił się w szkole, ale w każdej chwili może. Na pewno ma tu swoich donosicieli.
- Madison, nie możesz omijać mnie przez całe życie - mówi i patrzy na mnie z wściekłą miną. To trochę boli, zważając na to, że to co robię, jest dla jego bezpieczeństwa, a nie, kurwa, mojego.
- No i? - przewracam oczami i patrzę na niego obojętnie - okej, uratowałeś mnie. Ja uratowałam ciebie. Jesteśmy kwita - stwierdzam, a na potwierdzenie własnych słów kiwam głową.
- To, co się stało nie było twoją winą. Przestań się obwiniać!
- A niby czyją? Twoją? Proszę, daj mi spokój - śmieję się głupkowato - nie obwinam ani siebie, ani ciebie.
- Widzę, jak się zachowujesz. Nauczyciele i osoby, które nie miały stykności z narkotykami nie rozpoznają tego, ale ja tak.
- Boże, gówno mnie to obchodzi, co o tym sądzisz. Nie twoje zasrane życie. Nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz nigdy częścią moje życia, więc spieprzaj - mówię. Czuję, jak telefon mi wibruje. Spoglądam na wyświetlacz i widzę, że to moja matka dzwoni. Przewracam oczami - jeśli to wszystko, to pozwól, że odbiorę - mówię i akceptuję połączenie - Tak, matko? - mówię z wyraźną niechęcią, co zauważa Shawn i patrzy się na mnie zdziwiony.
- Madison - słyszę zapłakany głos matki - Madison, Jared jest w szpitalu. On umiera.
- Powtórz to - polecam.
- Kocham cię, Madison, proszę cię, porozmawiaj ze mną - mówi i odwraca się w stronę tłumu - a wy nie macie się na co gapić? Wypierdalać!
- Nie - odpowiadam spokojnym i doniosłym tonem - niech tu będą. Niech usłyszą tu to, co ja chcę usłyszeć.
- Nie wygłupiaj się - jego ton głosu zmienia się w sekundę na niższy, przez co dostaję gęsiej skórki - nie będę tu z tobą na ten temat rozmawiał.
- Och - robię dzióbek i udaję zamyśloną, a za chwilę patrzę na niego. Nadal mówię głośno i wyraźnie, nie mam zamiaru mu ulec czy go się przestraszyć, nie tym razem - więc nie chcesz im powiedzieć, jak mnie uderzyłeś, próbowałeś mnie zmusić do seksu, a gdy odmawiałam, puszczałeś się z innymi, a także o tym, jak chciałeś mnie zgwałcić, bo byłeś pod wpływem narkotyków? Niech te twoje faneczki, którym się to podoba, niech wyjdą. Zrób sobie z nimi co chcesz - odwracam się na pięcie, ale wracam do poprzedniej pozycji - bym zapomniała! - mówię z uśmiechem i uderzam go z liścia w twarz - to za każdą krzywdę, którą mi wyrządziłeś.
- Ty suko - warczy, a jego ręce spoczywają na czerwonym policzku, zapewne nabrał takiego koloru z powodu bólu, a nie wstydu.
- Nie kazałam ci się przedstawiać - odpowiadam i uśmiecham się jeszcze szerzej - nie ma za co! A teraz, koniec przedstawienia, dziękuję za uwagę - mówię i odwracam się w stronę Shawna i tam też się kieruję. Wymijam go zgrabnie i czuję jak ktoś na mnie się rzuca.
- Madiii! - krzyczy Claire i przytula mnie jeszcze mocniej. Przewracam oczami, ale tak naprawdę cieszę się z jej obecności.
- Claire - odwzajemniam uścisk i się do niej uśmiecham.
- To co zrobiłaś, było... dobre! - piszczy. Jej łatwa ekscytacja często jest irytująca, ale tym razem nie aż tak bardzo - czy on cię próbował, no wiesz? - pyta ciszej. Potrafi być radosna, a za sekundę smutna i przybita.
- Tak, w sumie nie do końca. Nie dał rady, bo Shawn tam był - mówię i od razu żałuję, bo widzę, jak Claire świecą się oczy.
- Shawn? Ten Shawn? Co on tam robił? Uratował cię? Pomógł ci? - Zadaje milion pytań na raz, a ja nic nie poradzę, że się śmieję. Biorę ją pod rękę i kierujemy się w stronę sali. Chcę już jej odpowiedzieć, ale przede mną stoi szkolna psycholog. Przewracam oczami.
- Madison Vallence, proszę za mną - mówi i idzie w stronę gabinetu dyrektora.
- Pa, Claire, przyjdę później - szepczę do przyjaciółki i całuję ją w policzek. Ona tylko macha mi na pożegnanie i widzę, jak zaraz Tom do niej dołącza.
Wchodzimy do gabinetu dyrektora, a ja od razu zajmuję krzesło. Psycholog patrzy na mnie wrogim wzrokiem.
- Wstań - spluwa, a ja tylko chichotam.
- Przykro mi, nie mogę - mówię i rozsiadam się jeszcze wygodniej. Dyrektor uspokaja ją gestem i zaczyna przemawiać.
- Panno Vallence, to co stało na korytarzu nie mogło mieć miejsca. Muszę pannę ukarać.
- No właśnie problem w tym, że nie musi. Czy mógłby pan wyprosić panią pedagog? Mam sprawę, która jest delikatna i chciałabym, żeby tylko pan o tym wiedział - odpowiadam i robię smutną minę.
- Dobrze, proszę panią o opuszczenie pomieszczenia - pedagog stoi jak wryta i patrzy z niedowierzaniem na dyrektora - proszę panią o wyjście. Mam napisać to na kartce? - parskam śmiechem, a dopiero wtedy kobieta rozumie polecenie i wychodzi - dobrze, więc jaka to sprawa?
***
Wychodzę ze szkoły i zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos. Słońce dzisiaj świeci mocniej niż zwykle podczas tej pory roku. Z Shawnem nie kontaktowałam się od przedstawienia prezentacji. Nie było tak źle, a do tego gdy Lily prezentowała, poślizgnęła się i upadła na tyłek. To zdecydowanie przeważyło na mój dobry humor. Dyrektora bardzo łatwo przekonać, wystarczy wspomnieć o pieniądzach, a jego oczy świecą jak szalone. Ludzki mechanizm jest taki prosty. Czuję, jak ktoś klepie mnie w tyłek i słyszę śmiech. Przewracam oczami i ją szturcham.
- Claire, nie musisz mnie podrywać - mówię i rozkoszuję się słońcem. Jest naprawdę ciepło jak na marzec i jestem z tego powodu szczęśliwa.
- Wiem, bo jesteś moja - chichocze i chwyta mnie za rękę. Brakuje mi takich dobrych kontaktów z przyjacielem-dziewczyną, więc staram się teraz dopuścić ją coraz bliżej mnie. Widzę, że stara się zmienić na lepsze i bardzo to doceniam, co nie dyskwalifikuje jej bardzo odważnego stroju. Tego chyba nigdy nie zmieni.
Dojeżdzamy pod jej mieszkanie. Dzisiaj mamy mieć babski wieczór - pizza, malowanie, oglądanie głupich filmów i obgadywanie wszystkich. Na szczęście już mnie kolana ani nogi nie bolą po wczorajszym upadku, więc szybko biegnę do jej pokoju i rzucam się na łóżko. Gdy ona zamawia pizzę, ja wybieram filmy. Jej rodzice wracają późnym wieczorem, także mamy jej całe mieszkanie dla siebie, jednak nie chcemy dzisiaj iść na żadną imprezę, a tym bardziej urządzać. W końcu decyduję się na Legalną Blondynkę, pomimo, że to nie jest głupi film, jest po prostu śmieszny i pokazujący, jak głupie są ludzkie stereotypy. Claire śmieje się, że to film o mnie, bo w końcu też jestem mądrą blondynką, ale bez cycków. W połowie filmu oraz pizzy, dzwoni do mnie telefon. Cała roześmiana odbieram i przy okazji spycham nogami Claire z łożka, bo po raz kolejny rzuciła swój głupi komentarz na temat mojego ulubionego filmu.
- Halo? - mówię i parskam śmiechem, bo zrzuciłam Claire z łóżka, a ma tak wysokie, że słychać było tylko huk i jej chichot.
- Jeśli chcesz pomóc Shawnowi, to lepiej słuchaj - mówi chrypiący głos, a ja zamieram. Claire zauważa moją nagłą zmianę nastroju i przysłuchuje się rozmowie.
- Kto mówi? - pytam się i spoglądam na numer. Jest zastrzeżony, więc tym bardziej czuję rosnącą gulę w gardle.
- Lepiej notuj - szepczę do Claire, żeby podała mi notes i długopis i od razu zapisuję adres, który dyktuje mi głos w telefonie - zjaw się w przeciągu godziny, inaczej możesz pożegnać się z Shawnem.
- Skąd mam wiedzieć, że jest tam Shawn? - pytam dosyć wyraźnie, chociaż jestem przerażona. Słyszę jego głos i krzyk. Łapię się za usta i tylko szepczę - będę, obiecuję. Nie róbcie mu krzywdy.
Słyszę tylko po drugiej stronie śmiech i sygnał, który oznacza przerwanie rozmowy.
- Boże, Madison, kto to mógł zrobić? - pyta się tak samo przerażona jak ja Claire.
- Nie wiem - szepczę i wstaję - ale wiem, że to przeze mnie. Muszę tam iść - zaczynam zbierać swoje porozrzucane kosmetyki po podłodze i czuję, jak Claire kładzie na mnie rękę.
- Proszę, nie idź tam sama. Albo pozwól mi iść z tobą, przecież jak coś ci się stanie, to sobie tego nie wybaczę! - piszczy.
- Jeśli nie zadzwonię do ciebie w przeciągu dwóch godzin, zgłoś to policji. W żadnym razie nie idź do mnie sama, zapiszę ci adres, możesz się wybrać w asyście policji lub kilkunastu osób. Niektórzy z imprez powinni mieć broń, jeśli uważasz, że będzie potrzebna. Pozwól mi to załatwić sama - mówię i widzę łzy w jej oczach - och, chodź tutaj - szepczę i przytulam ją mocno.
- Kocham cię bardzo, Madison. Nie chcę stracić mojej jedynej przyjaciółki - płacze na dobre, ponieważ czuję mokrą plamę na moim ramieniu.
- Wrócę tu, spokojnie - odsuwam się od niej i chwytam jej podbródek w rękę - hej, wrócę tu. Cała i zdrowa. Po tym wszystkim będę miała ochotę na alkohol i coś mocniejszego, przygotuj wszystko - uśmiecham się i ostatni raz przed wyjściem ściskam ją mocno. Biorę w rękę telefon, przez ramię przewieszam torebkę i wychodzę z jej mieszkania. Wpisuję do GPS-a w telefonie adres, na który mam się udać i widzę, że to niecały kilometr od domu Claire. Postanawiam udać się na piechotę, zajmie mi to przy dobrym tempie dziesięć minut. Przez całą drogę zastanawiam się o co może chodzić. Jestem przerażona i mój umysł tętni od złych myśli. Mam nadzieję, że Shawn przynajmniej żyje. GPS dziękuje mi za współpracę,wkładam telefon do torebki i patrzę przed siebie. Stoję przed wielkim, opuszczonym budynkiem. Musiała tu być kiedyś jakaś hala. Żegnam się znakiem krzyża i idę do przodu, w stronę wielkich drzwi. Budynek wygląda na taki, który mógłby w każdej chwili się zawalić. Wchodząc, popycham drzwi, które przeraźliwie skrzypią. Nie mogę przywyknąć do panującej tu ciemności, ale widzę z daleka jakieś sylwetki. Na środku wielkiego pomieszczenia leży materac, a na nim jakaś postać. Mrużę oczy i widzę Shawna, który kuli się z bólu i jest cały pokiereszowany nożem.
- SHAWN! - wrzeszczę i biegnę w jego stronę, jednak czyjaś ręka mnie blokuje i ciągnie do tyłu - SHAWN! - powtarzam krzyk, a postać, która mnie blokuje śmieje się. Przy leżącym chłopaku jest sześć postaci i kopią go coraz bardziej.
- Madison - słyszę echo jego głosu i jestem bliska łez - uciekaj stąd, proszę! - wydusza to z siebie i zaraz podejrzane sylwetki zaczynają go podduszać.
- Starczy, chłopaki - rozpoznaję ten głos. To Ryan i to on mnie trzyma - a ty - obraca mnie w swoją stronę - widzisz, jesteś taka beznadziejna. Przychodzisz tu, by go uratować. Problem w tym, że mu nie pomożesz - rechocze w ten swój ohydny sposób - i to wszystko twoja wina. Wmieszałaś go w to. To przez ciebie leży tu umierający - kilka łez spływa po moich policzkach, wiedziałam, że będę tworzyć zagrożenie dla osób nie z mojego otoczenia, ale w taki sposób.
- Co mam zrobić? - pytam się cicho.
- Prześpij się ze mną, to go wypuszczę - mówi tak głośno, żeby Shawn go usłyszał. Patrzę na leżącego chłopaka, który ciągle krwawi.
- Nie rób tego, proszę - błaga mnie Shawn. To wszystko moja wina. Spoglądam na Ryana.
- Czy wtedy go wypuścisz?
- Tak - odpowiada. Słyszę powtórne błaganie Shawna.
- Dobrze, zrobię to.
***
Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził, jest jeszcze ciemniejsze niż poprzednie, ale rozpoznaję kontury. Jest to obskurny pokój, z materacem, który jest pokryty prześcieradłem na podłodze oraz nocną lampką obok drzwi do pomieszczenia. Odeszliśmy dosyć daleko od głównego pomieszczenia, po to by, cytuję Ryana "nikt nie słyszał twoich jęków".
- Zgasiłem światło, żebyś mogła poczuć się komfortowo - rzygać mi się chce gdy słyszę jego głos, ale opanowuję się - wiesz co masz robić, czy mam cię nauczyć?
Czuję ogromny stres i przerażenie, ale staram się tego po sobie nie pokazać.
- Po co go mieszałeś? - pytam się wściekła - mogłeś mnie do tego zmusić innym sposobem, ale nie krzywdząc niewinnego człowieka.
- Przez ciebie cała szkoła mnie nienawidzi. Uważa za wyrzutka. Gdybym wziął Jasona, Toma czy kogokolwiek z ekipy, pomyślałabyś, że to wszystko zaplanowane, tylko po to, żebyś to ze mną zrobiła. A tu, nie masz zbytniego wyboru, bo to oczywiste, że go uratujesz.
Kręcę głową z niedowierzaniem. Jak mogłam być z kimś tak okropnym? Tłumię swoje uczucia.
- Rozbieraj się - polecam.
- Och, jaka odważna - mówi i zdejmuje swoje ubrania.
- Odwróć się w drugą stronę, bo wszystko widzę - mówię, a on tylko się śmieje - mówię poważnie, później będę musiała oglądać twoje ciało.
Odwraca się posłusznie i chichocze. Kiedy zdejmuje spodnie, cicho kucam i wyciągam kabel z gniazdka od lampki. Następnie biorę lampkę w ręce.
- Co do chol....- gdy się odwraca, uderzam go lampką w łeb.
Dobra, to powinno go chwilowo zatrzymać. Zdejmuję z siebie bluzę wraz z bluzką i spodnie. Wkładam je do mojej torebki, a z materaca podnoszę prześcieradło, którym owijam swoje ciało. Kucam przy Ryanie i sprawdzam tętno. Na szczęście żyje, ale tata mnie nauczył uderzenia, który powoduje nieprzytomność do pół godziny, dlatego muszę się pośpieszyć. Jestem przekonana, że nikt niczego nie słyszał, bo pomieszczenie, na moje szczęście, nie znajduje się blisko tamtego, gdzie leży Shawn. Odczekuję pięć minut, przez które podłączam lampkę do prądu i siadam na podłodze. Nie mogłam po minucie wybiec z pomieszczenia i wcisnąć im jakiś kit, w końcu muszę to zrobić doskonale. Wychodzę z pokoju. Idę powolnym, kulejącym krokiem w stronę wielkiego pomieszczenia. Gdy tam się znajduję, krzyczę lekkie Shawn i podbiegam do niego, ponieważ osoby, które go atakowały, rozsiadły się po bokach.
- Co tak szybko? - pyta mnie męski głos, a ja zakładam włosy za ucho i szturcham Shawna. Następnie patrzę na chłopaka zadającego pytanie.
- Powiedział, że jestem zbyt słaba i musi sam sobie poradzić z problemem - mówię wyraźnie. Shawn podnosi głowę i stara się usiąść. Pomagam mu w tym.
- No cóż, może my to też sprawdzimy? - pyta inny głos, ale zaraz słyszę jak ktoś kogoś uderza w twarz.
- Idioto, zamknij mordę, bo jak Ryan się o tym dowie co powiedziałeś, to cię zabije. Jest tylko jego, nie pamiętasz? - odpowiada chłopak, który pierwszy zadał mi pytanie - masz szczęście, że kazał cię zostawić w spokoju jak wyjdziesz, bo inaczej dawno leżałabyś martwa koło niego. Macie pięć sekund by się stąd wynieść, inaczej z tobą będzie podobnie jak z kolegą.
- Shawn, wstawaj, dasz radę - szepczę i pomagam mu wstać. Wychodzimy jak najszybciej możemy, ale ma takie rany, że bardzo ciężko mu to idzie. Popędzam go, ponieważ już słyszę kroki. Wychodzimy na zewnątrz - ruszaj się, musimy stąd uciekać!
Shawn tylko kiwa głową i idzie jak najszybciej może. Niestety są to bardzo powolne ruchy. Na pewno kręci mu się bardzo w głowie. Gdy przechodzimy koło śmietnika, wyrzucam prześcieradło i szybko nakładam na siebie spodnie. Nie mam czasu na bluzę i wiem, że Shawn byłby tym trochę speszony, gdyby nie to, co się stało w magazynie. Gdy jesteśmy przy mieszkaniu Claire, dzwonię do niej na telefon by zeszła do mnie na dół, a następnie ubieram bluzkę. Shawn siada na schodku.
- Madison - szepcze i kuli się z bólu.
- Jestem tu, spokojnie - ma pełno zadrapań, ran. Widzę Claire, która zatyka sobie usta ręką i patrzy na mnie przerażona. Ma przekrwawione oczy, ale z powodu łez, a nie narkotyków. Nigdy nie była tak emocjonalna jak dzisiaj.
- Pomóż mi go wciągnąć do twojego pokoju - mówię, a Claire zaraz wykonuje moje polecenie. Jakoś dajemy radę i po chwili znajduje się na podłodze w sypialni mojej przyjaciółki. Zostawiamy go na minutę samego, dając mu o tym znać i kierujemy się do łazienki, by wziąć bandaże i wodę utlenioną.
- Co mu jest? - pyta się - co oni od ciebie chcieli? Kto to był?
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Ryan i jego nowa spółka. Chcieli, żebym się przespała z Ryanem.
- Boże, a my uważaliśmy go za przyjaciela - niedowierza i widzę, jak łzy z jej oczu wypływają - czy ty... no wiesz?
- Nie - odpowiadam szybko. Chcę dać upust emocjom i wiem, że mogę sobie na to przy Claire pozwolić - ale gdybym musiała to zrobić, zrobiłabym to bez wahania. Na szczęście Ryan był zbyt zafascynowany tym, że udało mu się mnie zmusić do... - kręcę głową, bo mnie obrzydza. Jak można być takim człowiekiem? - ...że nawet nie zauważył mojego ciosu. To znaczy zauważył, ale było za późno - mówię i przytulam mocno Claire - gdybyś widziała co oni mu robili.
- Csii, już dobrze - szepcze i odsuwa się ode mnie - co teraz chcesz zrobić? - pyta się.
- On musi odejść ode mnie. Już zbyt dużo przeze mnie wycierpiał.
***
Wyjmuję słuchawki z uszu, zakładam okulary przeciwsłoneczne na włosy i czekam, aż Shawn do mnie podejdzie. Minął tydzień od tamtego wydarzenia. Odwiozłam go do domu i dopilnowałam, żeby nic mu się nie działo. Chciałam powiedzieć o tym jego rodzicom, ale błagał mnie, bym tego nie robiła. Pomimo tego, że był tak bardzo wysportowany i silny, nie mógł poradzić sobie z siedmioma chłopakami, szczególnie, kiedy większość z nich jest zaprawiona w bojach. Jedyne co mogłam mu powiedzieć, to go przeprosić i wyszłam z jego domu. Od tamtego czasu ignorowałam go całkowicie - odrzucałam każde połączenie, usuwałam wszystkie esemesy, ignorowałam jego przyjścia do mnie i próbę nawiązania kontaktu w szkole. Próbował przez pierwsze trzy dni, ale następnie zrezygnował.Na początku wysyłał pięćdziesiąć esemesów dziennie i próbował tyle razy porozmawiać ze mną, a później trzy, cztery razy na dzień. Chcę, by był szczęśliwy. Widziałam go ciągle z Lily i paroma innymi osobami, więc to zawsze pocieszenie. Nikt oprócz mnie, Shawna i Claire nie wiedział o tym wydarzenia, no, i oczywiście poza tymi osobami, które to zorganizowały. Każdego dnia, po szkole, a tak samo w weekendy, po szóstej wieczorem, chodziłam wraz z ekipą tam, gdzie zawsze robiliśmy imprezy. Ćpałam, piłam i paliłam każdego dnia. Chciałam pokazać, że to co zrobił Ryan, wcale mnie nie złamało. Chłopacy znali prawdę tylko do momentu przed biblioteką. Claire ciągle koło mnie była. Wszyscy unikaliśmy kontaktu z Ryanem i byłam im za to wdzięczna. Dla nich branie używek oznaczało siłę i brak załamania. Dla mnie - oznaką słabości. Ale ja byłam, jestem i będę słaba. Pasował mi taki układ. Oni uważali, że to co robię, umacnia mnie jeszcze bardziej w wierze, że jestem najlepsza. Branie narkotyków nie jest dobrym rozwiązaniem, ale na nic innego nie było mnie stać. Beznadziejna - to słowo idealnie opisujące mnie. Wszystko to co robiłam, pozwalało mi zapomnieć o bólu, przy okazji uśmierzało jego działanie. Wdałam się w kłótnie z matką. Stwierdziła, że jestem idiotką i dawno powinnam była umrzeć, bo nic tylko stwarzam problemy. Zakazała mi wychodzić i chciała odbierać mnie po szkole, ale ojciec stawił się po mojej stronie. Powiedział mi, że matka tak mówi, bo nie może odnaleźć swojej starej córki. Ale to było tylko jej wyobrażenie, nie znała mnie takiej, jaką jestem, i nie chciała poznać. Tata miał rację. Wszystko robiłam tak, jak ona chciała. Nie zwracała uwagi na moje problemy i potrzeby.
- Chciałeś porozmawiać - opieram się o murek i rozglądam wokół. Ryan przez cały tydzień nie zjawił się w szkole, ale w każdej chwili może. Na pewno ma tu swoich donosicieli.
- Madison, nie możesz omijać mnie przez całe życie - mówi i patrzy na mnie z wściekłą miną. To trochę boli, zważając na to, że to co robię, jest dla jego bezpieczeństwa, a nie, kurwa, mojego.
- No i? - przewracam oczami i patrzę na niego obojętnie - okej, uratowałeś mnie. Ja uratowałam ciebie. Jesteśmy kwita - stwierdzam, a na potwierdzenie własnych słów kiwam głową.
- To, co się stało nie było twoją winą. Przestań się obwiniać!
- A niby czyją? Twoją? Proszę, daj mi spokój - śmieję się głupkowato - nie obwinam ani siebie, ani ciebie.
- Widzę, jak się zachowujesz. Nauczyciele i osoby, które nie miały stykności z narkotykami nie rozpoznają tego, ale ja tak.
- Boże, gówno mnie to obchodzi, co o tym sądzisz. Nie twoje zasrane życie. Nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz nigdy częścią moje życia, więc spieprzaj - mówię. Czuję, jak telefon mi wibruje. Spoglądam na wyświetlacz i widzę, że to moja matka dzwoni. Przewracam oczami - jeśli to wszystko, to pozwól, że odbiorę - mówię i akceptuję połączenie - Tak, matko? - mówię z wyraźną niechęcią, co zauważa Shawn i patrzy się na mnie zdziwiony.
- Madison - słyszę zapłakany głos matki - Madison, Jared jest w szpitalu. On umiera.
***
Czytasz=komentujesz!
piątek, 23 stycznia 2015
Rozdział 5
Łzy spływają mi po policzkach i ledwo podnoszę głowę by spojrzeć na Ryana. Szukam w nich litości, ale nie zdawałam sobie nigdy sprawy, że od dawna mnie chciał skrzywdzić. I fizycznie, i psychicznie. Ryan patrzy to na mnie i na Shawna, i tak w kółko. Opuszczam głowę i zaczynam iść na czworaka w stronę Shawna.
- Już się z tobą puściła?! - Ryan pyta się bardzo głośno i słyszę jego obrzydliwie niski ton głosu. Czuję jak ciągnie mnie za nogę i nie mam siły z nim walczyć, staram się go jakoś odepchnąć. Zaczynam bardzo głośno łkać - jest beznadziejna, prawda?!
Czuję jak Ryan puscza moją nogę, więc szybko zakrywam podwiniętą sukienką moje ciało. Przez łzy widzę jak Shawn uderza z pięści w twarz Ryana. Zamykam oczy i nie oglądam tego. Zamiast tego rozryczałam się na dobre. Słyszę jakby przez mgłę głos Shawna i Ryana więc otwieram oczy i widzę, że mój były kuli się i ucieka. Shawn od razu klęka koło mnie.
-Co....- mówi coś jeszcze, ale nic nie rozumiem. Zamiast tego próbuję wstać, ale Shawn nie pozwala mi tego zrobić. Za chwilę słyszę jego głos, już bardzo wyraźnie - pójdziemy do mojego samochodu, dobrze?
Kiwam tylko głową i próbuję wstać. Kolana strasznie mnie bolą od próby ucieczki, a także chwytu Ryana. Opieram się o Shawna i wiem, że nie dam rady sama dojść do auta.
- Zaniosę cię, okej? - pyta, a ja powtórnie kiwam głową. Bierze mnie na ręce, a ja opieram głowę na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz widzę jak jest umięśniony i wysportowany. Jestem lekka, jak nie bardzo lekka, więc nie ma problemu by mnie zanieść. Siadam z przodu i zapinam pasy. Shawn siada na miejscu kierowcy i podaje mi chusteczki.
- Teraz pojedziemy do mnie do domu. Tam moi rodzice zadzwonią do twoich - mówi.
- Nie chcę, żeby wiedzieli - udaje mi się cicho wypowiedzieć te słowa.
- Oczywiście, że się nie dowiedzą jeśli tego nie chcesz. Wymyślę coś - uśmiecha się i za chwilę poważnieje - coś ci zrobił?
- N-nie - mówię i znowu zaczynam łkać - gdyby nie ty....
- Gdybym cię odwiózł to nic by się nie stało. Nie chciałem ci tego proponować, bo widzę, jak jesteś sceptycznie do mnie nastawiona i widziałem jak Ryan cię traktuje. Obawiałem się, że jeśli się dowie, że cię odwiozłem to coś ci zrobi.
- Jak on mógł - szepczę - ty się obwiniasz winą, a to wcale nie jest twoja wina i sprawa. Wmieszałam cię w to, przepraszam, nie chciałam. Gdybyś słyszał co mówił to zrozumiałbyś, że to wcale nie jest twoja wina.
- I na pewno nie twoja - patrzy na mnie ze zmartwieniem - mam nadzieję, że się nie obwiniasz?
- Nie chciałam się z nim przespać - opieram głowę o zagłówek. Nie zwracam uwagi na to, że powiedziałam to komuś tak naprawdę nieznajomemu - Boże, to takie idiotyczne!
- Csii, już jest dobrze. Tak się bałem, że nie zdążę, pomimo, że to był dosyć krótki dystans. Gdyby zrobił ci większą krzywdę, w życiu bym sobie nie wybaczył.
Nie odpowiadam i patrzę na budynki, które mijamy. Zadaje mi pytanie czy w końcu się rozchorowałam. Poczułam się wtedy źle, bo jego towarzystwo mnie...drażniło? Nic nie mówię, a on opowiada różne historie by tylko mnie czymś zająć.
Gdy dojeżdzamy do jego mieszkania powstrzymuję płacz, a przynajmniej się staram. Przed wejściowymi drzwiami się zatrzymujemy.
- Mój pokój znajduje się na końcu korytarza. Idź tam, a ja powiem, że cię przycisnęło czy coś - uśmiecha się, próbując mnie podnieść na duchu. Otwiera drzwi, a ja szybko biegnę przez korytarz, krzycząc dobry wieczór. No, mam nadzieję, że zabrzmiało to jak dobry wieczór, a nie jak dziejoeoedpo. Wchodzę do jego pokoju. Jest dosyć duży, wyklejony plakatami oraz obrazami, w rogu stoi gitara. Ma też dużą kanapę, łóżko, biurko, szafę, telewizor. Ładny, ale zwyczajny. Siadam na brzegu kanapy i czekam na Shawna. Wchodzi po chwili i podaje mi kubek gorącej czekolady. Przez ten czas zaściela łóżko i pokazuje, żebym usiadła na nim. Zbliżam się niepewnie i siadam. Ma bardzo wygodne łóżko.
- Pooglądamy Harrego Pottera? - pyta. Kiwam głową.
Oglądamy pierwszą część. Widać, jak jest zafascynowany i nawet nie zwraca uwagi na to, że mija kolejna godzina. Zaczynam znowu szlochać, ale próbuję robić to bardzo cicho, by nie usłyszał. Dosłownie dławię się łzami i szlochem. Shawn spogląda na mnie i od razu mnie przytula. Gdybym nie była w takim stanie, uderzyłabym go i zbluzgała. Ale nie teraz. Odwzajemniam uścisk i mocno wtulam się wjego klatkę piersiową. Po kilku minutach się uspokajam, a on podaje mi chusteczki.
- To co on chciał mi zrobić jest obrzydliwe - staram się mówić wyraźnie - nie wiem, co w nim widziałam.
- Był naćpany - mówi Shawn.
- Nie próbuj go usprawiedliwiać! Zaraz, skąd ty wiesz jak wygląda człowiek naćpany? - pytam się z podejrzliwością.
- Nie usprawiedliwiam - uspokoja mnie - po prostu mówię, że był naćpany więc miał przypływ odwagi. Nie patrzył na to jak to może się skończyć. Znałem ludzi, którzy brali narkotyki. I nie, nie częstowałem się nimi. Uważam, że to ohydne i nie jest to dobrym rozwiązaniem problemów.
Patrzę na zegarek i jest już po dwudziestej pierwszej.
- Muszę iść do domu.
- Możesz zostać - mówi.
- Że co? Jutro jest szkoła, ja nie mogę - tłumaczę się.
- Pogadam z rodzicami żeby zadzwonili do twoich i powiedzieli, że projekt nam się przedłuży. Bez sensu jest jeździć nocą po mieście, a twoi rodzice mogą dać twojej przyjaciółce lub przyjacielowi ubrania na jutrzejszy dzień. Zresztą, nie możesz zostać sama w takim stanie.
- No...dobrze, jeśli nie będę sprawiać problemu - przekonał mnie.
Shawn wychodzi z pokoju i wraca po pięciu minutach z kanapkami.
- Zgłodniałaś? - pyta się.
- Trochę - widzę ten jego cwany uśmiech. Przewracam oczami i wycieram łzy, które mimowolnie wydostały się z moich oczu. Częstuję się kanapkami. Nie rozmawiamy w ogóle, a w tle leci Harry Potter. Po chwili olśniewa mnie.
- Ja nawet nie mam piżamy! Nie będę spała w ubraniach, gdyby moja mama zobaczyła pogniecioną sukienkę... Dobrze, że się nie pobrudziła aż tak.
Shawn wstaje z łóżka i wyjmuje swoją bluzkę, krótkie spodenki treningowe i mi je podaje.
- Są wyprane - śmieje się, gdy widzi moje zdziwienie. Wącham je.
- Dlaczego w takim razie pachną twoimi perfumami, a nie proszkiem? - marszczę brwi, a on śmieje się jeszcze bardziej. Ma taki piękny śmiech. To znaczy brzydki.
- Zawsze po praniu psikam je swoimi perfumami, takie przyzwyczajenie. Jak wyjdziesz z pokoju, idź prosto i po prawej stronie będą drzwi z narysowanym kiblem. To dzieło moje i mojej siostry - spogląda na moje nogi - zapomniałem o tym całkowicie. Woda utleniona stoi na wierzchu, weź ją i przemyj sobie rany. Iść z tobą? Nie chcę, byś czuła się niekomfortowo.
- Poradzę sobie - mówię i wstaję, przy okazji biorąc ubrania Shawna, które mi podał, a ja je odłożyłam.
Idę przez korytarz i widzę panią Mendes.
- Dobry wieczór słoneczko - mówi i przytula mnie.
- Dobry wieczór, pani Mendes - uśmiecham się delikatnie.
- Nie pani Mendes, tylko Karen. Tak mam na imię i nie musisz mnie postarzać, mówiąc pani - śmieje się i za chwilę zmienia się w troskliwą mamusię - co masz takie sińce pod oczami? Źle się czujesz?
- Jestem zmęczona, po prostu. Właśnie idę pod prysznic. Mam nadzieję, że to nie kłopot, że tu zostaję?
- Oczywiście, że nie! Jak chcesz to możesz do nas przychodzić codziennie, jesteś taka milusia, a Shawn opowiada o tobie same dobre rzeczy! Jest zachwycony nową klasą i twoją postawą w stosunku do niego!
Zawstydzam się, bo moja postawa wobec Shawna nie była dobra dopóki to się nie wydarzyło. Oczywiście, jak coś złego się dzieje, to jestem milusia. Przypominam rozpuszczoną dziewczynkę. Z opresji przed odpowiedzią ratuje mnie tata Shawna, wołając Karen do kuchni.
- Już idę, Manny! - odpowiada Karen i przytula mnie na pożegnanie, a następnie udaje się do kuchni.
W łazience przemywam rany oraz myję zęby, ponieważ Shawn przed moim wyjściem z pokoju powiedział co i gdzie mogę znaleźć oraz wziąć. Wchodzę pod prysznic i myję porządnie ciało by pozbyć się uczucia dotyku Ryana. Wycieram się w ręcznik, który wyjęłam z szafki. Mendesowie mieli wszystko w zapasie, dosłownie, wszystko czego potrzebowałam znajdowało się tutaj. Podubieram bieliznę i na to ubrania Shawna. Bluzka jest za duża, a spodenki spadają mi w pasie, ale na szczęście mają sznureczek, który mocno zawiązuję. Następnie podsuszam włosy i patrzę na swoje odbicie. Gdyby moja matka zobaczyłaby mnie w takim stanie, zabiłaby mnie. "Jak ty masz czelność wychodzić tak ubrana do ludzi?!" "Jak możesz wyjść z takimi włosami?! A twoje cienie pod oczami?! Nie wyjdziesz, dopóki nie poprawisz makijażu!". Milion komentarzy na temat mojego wyglądu. Żadna więź mnie z nią nie łączy i bardzo się z tego się cieszę. Nie muszę spędzać z nią zbyt dużo czasu więc jest to baardzo duży plus.
Biorę wszystkie swoje rzeczy i udaję się szybko do pokoju Shawna.
- Wygodnie ci? - pyta się.
- Jasne, bardzo dziękuję - uśmiecham się delikatnie - gdzie mam spać?
- Na łóżku. Ja będę spał na kanapie, bardzo ją lubię, częściej tam śpię niż na łóżku - wiem, że kłamie i nie chce, żeby było mi głupio. Jeszcze przez chwilę się z nim spieram, ale poddaję się po momencie i wchodzę pod kołdrę. W tym czasie on idzie pod prysznic i zostawia mnie samą z myślami. Chcę o dzisiejszym incydencie zapomnieć. Po chwili Shawn wraca. Ma na sobie spodenki i bluzkę, chyba w ogóle nie nosi piżam. Jego ubrania naprawdę bardzo ładnie pachną, przez ten cały czas uspokajałam się jego perfumami.
- To co, idziemy spać? - pyta się i ukazuje swoje proste proste zęby.
- Mógłbyś mi coś zaśpiewać, proszę?
Shawn jest zdziwiony, ale siada na krańcu łóżka i śpiewa kilka piosenek. Tak cicho to robi, że powoli zasypiam. Udaje mi się usłyszeć jeszcze, że w razie czego mam go budzić. Odpowiadam dobranoc i zasypiam.
Czuję, jak mnie dotyka. Chwyta moją sukienkę i ją podwija, a następnie śmieje się w niebogłosy. Zaczynam krzyczeć i płakać, jego dotyk mnie bardzo boli, jakby przyłożył mi żelazko do skóry.
- Madison, Madison - słyszę szept.
Nie wiem skąd pochodzi, ale powoli się uspokajam. Jednak Ryan nie przerywa i teraz mnie bije. Zrywa ze mnie sukienkę.
Budzę się i rozglądam po wnętrzu. Boże, to był tylko koszmar. Nagle widzę jakąś postać przede mną i chcę zacząć krzyczeć, ale rozpoznaję głos.
- Spokojnie, to ja - mówi Shawn - nie bój się, to był tylko koszmar.
Trzęsę się ze strachu. Shawn otacza mnie swoimi ramionami.
- Nie zasnę - szepczę.
- Spokojnie, po prostu zamknij oczy i spróbuj myśleć o czymś dobrym - odpowiada.
- Shawn, czy mógłbyś spać ze mną? - pytam się cicho, ale wiem, że usłyszał.
- Jesteś pewna?
Kiwam głową i czuję, jak Shawn wchodzi pod kołdrę. Jest cały zestresowany, czuję jego napięte mięśnie. Nie chce, żebym poczuła się jakby był tu Ryan. Podsuwam się do niego i mocno się przytulam. Po chwili nadchodzi błogi sen.
Otwieram oczy i siadam ze zdumienia. Jest już siódma dwadzieścia. Rozglądam się wokół i nie widzę nigdzie Shawna. Przeciągam się i wstaję. Po chwili do pokoju wchodzi Shawn i się uśmiecha.
- Mam nadzieję, że się choć trochę wyspałaś. Twój tata postanowił, że przywiezie ci rzeczy - i tu pokazuje na torbę leżącą pod biurkiem - śniadanie już czeka.
- Czemu mnie tak późno obudziłeś? - pytam się z lekką irytacją w głosie.
- Zdążysz się zebrać, zresztą, nie musimy iść na pierwszą lekcję. Czekam w salonie - mówi i wychodzi z pokoju, przy okazji zamykając drzwi.
Wyciągam ubrania z torby i widzę, że na szczęście tata podczas zapewnej nieobecności mamy spakował mi czarne rurki i moje vansy. Dziękuję w myślach ojcu za to, że o tym pomyślał. Biorę czystą bieliznę oraz pudrową, zwykłą bluzkę i udaję się do łazienki. Tam przebieram się szybko, rozczesuję włosy i myję zeby. W salonie jestem po dziesięciu minutach. Wita mnie mama Shawna.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że dobrze ci się spało! Czasem Shawn tak chrapie, że nie da się zasnąć - śmieje się Karen.
- Dzięki mamo - mówi Shawn, opierając się o framugę drzwi. W ogóle nie jest zażenowany tym, że spaliśmy w jednym łóżku. Dobra, nic nie robiliśmy, ale ja z Ryanem nigdy nie siedziałam nawet na łóżku, bo od razu myślałby, że to jakaś propozycja.
Jem śniadanie w pośpiechu i widzę, jak Shawn uśmiecha się pod nosem.
- No co? Nie chcę się spóźnić, mamy dzisiaj przedstawiać - mówię i szybko wycieram usta. Odnoszę talerz do kuchni i dziękuję za pyszne naleśniki. Chcę pozmywać, ale Manny mnie zatrzymuje i mówi, że sam to zrobi.
Karen podwozi nas pod samą szkołę, życząc nam miłego dnia. Mam na sobie jeszcze bluzę Shawna, a wszystkie rzeczy z wczorajszego dnia włożyłam do torby, którą przywiózł mi tata. Upycham ją do szafki, uprzednio wyjmując książki, które dzisiaj są mi potrzebne i wciskam je do mojej torebki. Shawn ciągle ze mną jest i czeka na mnie. Idziemy przez korytarz i dziękuje mu za to, co dla mnie zrobił.
- Madison - słyszę głos. Zamieram w miejscu, a moje serce zaczyna szybko bić. Patrzę z przerażeniem na Shawna, który stoi u mojego boku, ale on patrzy na punkt obok mnie. Przede mną, po mojej lewej stoi Ryan. Przez chwilę robi mi się go szkoda, bo widzę jego pokiereszowaną twarz, ale za chwilę przybieram obojętną minę, choć w środku jestem bardzo zestresowana.
- Nie chcę z tobą rozmawiać - mówię i przybliżam się do Shawna. Czuję się bezpieczniej, kiedy jest bliżej mnie. Nie jest pewny co ma zrobić, bo nie chce, żeby Ryan miał kolejny napad złości z powodu obecności Shawna obok, ale za chwilę obejmuje moje ramiona ręką, tak jakby chciał odgrodzić mojego byłego ode mnie.
- Porozmawiaj ze mną, proszę - pierwszy raz widzę skruszonego Ryana. Wow. Nawet jeśli potrafi się opanować przy obecności innego chłopaka obok mnie, nie mogę go wysłuchać. Shawn chyba dochodzi do tego samego wniosku, bo patrzy na mnie pytająco, a ja kiwam głową. Idziemy do przodu, a Shawn mnie puszcza. Utrzymujemy pomiędzy sobą odległość.
- MADISON! - krzyczy, a ja mimowolnie się odwracam - ZACZEKAJ! KOCHAM CIĘ! - mówi, a ja nie wiem co się dzieje wokół.
- Już się z tobą puściła?! - Ryan pyta się bardzo głośno i słyszę jego obrzydliwie niski ton głosu. Czuję jak ciągnie mnie za nogę i nie mam siły z nim walczyć, staram się go jakoś odepchnąć. Zaczynam bardzo głośno łkać - jest beznadziejna, prawda?!
Czuję jak Ryan puscza moją nogę, więc szybko zakrywam podwiniętą sukienką moje ciało. Przez łzy widzę jak Shawn uderza z pięści w twarz Ryana. Zamykam oczy i nie oglądam tego. Zamiast tego rozryczałam się na dobre. Słyszę jakby przez mgłę głos Shawna i Ryana więc otwieram oczy i widzę, że mój były kuli się i ucieka. Shawn od razu klęka koło mnie.
-Co....- mówi coś jeszcze, ale nic nie rozumiem. Zamiast tego próbuję wstać, ale Shawn nie pozwala mi tego zrobić. Za chwilę słyszę jego głos, już bardzo wyraźnie - pójdziemy do mojego samochodu, dobrze?
Kiwam tylko głową i próbuję wstać. Kolana strasznie mnie bolą od próby ucieczki, a także chwytu Ryana. Opieram się o Shawna i wiem, że nie dam rady sama dojść do auta.
- Zaniosę cię, okej? - pyta, a ja powtórnie kiwam głową. Bierze mnie na ręce, a ja opieram głowę na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz widzę jak jest umięśniony i wysportowany. Jestem lekka, jak nie bardzo lekka, więc nie ma problemu by mnie zanieść. Siadam z przodu i zapinam pasy. Shawn siada na miejscu kierowcy i podaje mi chusteczki.
- Teraz pojedziemy do mnie do domu. Tam moi rodzice zadzwonią do twoich - mówi.
- Nie chcę, żeby wiedzieli - udaje mi się cicho wypowiedzieć te słowa.
- Oczywiście, że się nie dowiedzą jeśli tego nie chcesz. Wymyślę coś - uśmiecha się i za chwilę poważnieje - coś ci zrobił?
- N-nie - mówię i znowu zaczynam łkać - gdyby nie ty....
- Gdybym cię odwiózł to nic by się nie stało. Nie chciałem ci tego proponować, bo widzę, jak jesteś sceptycznie do mnie nastawiona i widziałem jak Ryan cię traktuje. Obawiałem się, że jeśli się dowie, że cię odwiozłem to coś ci zrobi.
- Jak on mógł - szepczę - ty się obwiniasz winą, a to wcale nie jest twoja wina i sprawa. Wmieszałam cię w to, przepraszam, nie chciałam. Gdybyś słyszał co mówił to zrozumiałbyś, że to wcale nie jest twoja wina.
- I na pewno nie twoja - patrzy na mnie ze zmartwieniem - mam nadzieję, że się nie obwiniasz?
- Nie chciałam się z nim przespać - opieram głowę o zagłówek. Nie zwracam uwagi na to, że powiedziałam to komuś tak naprawdę nieznajomemu - Boże, to takie idiotyczne!
- Csii, już jest dobrze. Tak się bałem, że nie zdążę, pomimo, że to był dosyć krótki dystans. Gdyby zrobił ci większą krzywdę, w życiu bym sobie nie wybaczył.
Nie odpowiadam i patrzę na budynki, które mijamy. Zadaje mi pytanie czy w końcu się rozchorowałam. Poczułam się wtedy źle, bo jego towarzystwo mnie...drażniło? Nic nie mówię, a on opowiada różne historie by tylko mnie czymś zająć.
Gdy dojeżdzamy do jego mieszkania powstrzymuję płacz, a przynajmniej się staram. Przed wejściowymi drzwiami się zatrzymujemy.
- Mój pokój znajduje się na końcu korytarza. Idź tam, a ja powiem, że cię przycisnęło czy coś - uśmiecha się, próbując mnie podnieść na duchu. Otwiera drzwi, a ja szybko biegnę przez korytarz, krzycząc dobry wieczór. No, mam nadzieję, że zabrzmiało to jak dobry wieczór, a nie jak dziejoeoedpo. Wchodzę do jego pokoju. Jest dosyć duży, wyklejony plakatami oraz obrazami, w rogu stoi gitara. Ma też dużą kanapę, łóżko, biurko, szafę, telewizor. Ładny, ale zwyczajny. Siadam na brzegu kanapy i czekam na Shawna. Wchodzi po chwili i podaje mi kubek gorącej czekolady. Przez ten czas zaściela łóżko i pokazuje, żebym usiadła na nim. Zbliżam się niepewnie i siadam. Ma bardzo wygodne łóżko.
- Pooglądamy Harrego Pottera? - pyta. Kiwam głową.
Oglądamy pierwszą część. Widać, jak jest zafascynowany i nawet nie zwraca uwagi na to, że mija kolejna godzina. Zaczynam znowu szlochać, ale próbuję robić to bardzo cicho, by nie usłyszał. Dosłownie dławię się łzami i szlochem. Shawn spogląda na mnie i od razu mnie przytula. Gdybym nie była w takim stanie, uderzyłabym go i zbluzgała. Ale nie teraz. Odwzajemniam uścisk i mocno wtulam się wjego klatkę piersiową. Po kilku minutach się uspokajam, a on podaje mi chusteczki.
- To co on chciał mi zrobić jest obrzydliwe - staram się mówić wyraźnie - nie wiem, co w nim widziałam.
- Był naćpany - mówi Shawn.
- Nie próbuj go usprawiedliwiać! Zaraz, skąd ty wiesz jak wygląda człowiek naćpany? - pytam się z podejrzliwością.
- Nie usprawiedliwiam - uspokoja mnie - po prostu mówię, że był naćpany więc miał przypływ odwagi. Nie patrzył na to jak to może się skończyć. Znałem ludzi, którzy brali narkotyki. I nie, nie częstowałem się nimi. Uważam, że to ohydne i nie jest to dobrym rozwiązaniem problemów.
Patrzę na zegarek i jest już po dwudziestej pierwszej.
- Muszę iść do domu.
- Możesz zostać - mówi.
- Że co? Jutro jest szkoła, ja nie mogę - tłumaczę się.
- Pogadam z rodzicami żeby zadzwonili do twoich i powiedzieli, że projekt nam się przedłuży. Bez sensu jest jeździć nocą po mieście, a twoi rodzice mogą dać twojej przyjaciółce lub przyjacielowi ubrania na jutrzejszy dzień. Zresztą, nie możesz zostać sama w takim stanie.
- No...dobrze, jeśli nie będę sprawiać problemu - przekonał mnie.
Shawn wychodzi z pokoju i wraca po pięciu minutach z kanapkami.
- Zgłodniałaś? - pyta się.
- Trochę - widzę ten jego cwany uśmiech. Przewracam oczami i wycieram łzy, które mimowolnie wydostały się z moich oczu. Częstuję się kanapkami. Nie rozmawiamy w ogóle, a w tle leci Harry Potter. Po chwili olśniewa mnie.
- Ja nawet nie mam piżamy! Nie będę spała w ubraniach, gdyby moja mama zobaczyła pogniecioną sukienkę... Dobrze, że się nie pobrudziła aż tak.
Shawn wstaje z łóżka i wyjmuje swoją bluzkę, krótkie spodenki treningowe i mi je podaje.
- Są wyprane - śmieje się, gdy widzi moje zdziwienie. Wącham je.
- Dlaczego w takim razie pachną twoimi perfumami, a nie proszkiem? - marszczę brwi, a on śmieje się jeszcze bardziej. Ma taki piękny śmiech. To znaczy brzydki.
- Zawsze po praniu psikam je swoimi perfumami, takie przyzwyczajenie. Jak wyjdziesz z pokoju, idź prosto i po prawej stronie będą drzwi z narysowanym kiblem. To dzieło moje i mojej siostry - spogląda na moje nogi - zapomniałem o tym całkowicie. Woda utleniona stoi na wierzchu, weź ją i przemyj sobie rany. Iść z tobą? Nie chcę, byś czuła się niekomfortowo.
- Poradzę sobie - mówię i wstaję, przy okazji biorąc ubrania Shawna, które mi podał, a ja je odłożyłam.
Idę przez korytarz i widzę panią Mendes.
- Dobry wieczór słoneczko - mówi i przytula mnie.
- Dobry wieczór, pani Mendes - uśmiecham się delikatnie.
- Nie pani Mendes, tylko Karen. Tak mam na imię i nie musisz mnie postarzać, mówiąc pani - śmieje się i za chwilę zmienia się w troskliwą mamusię - co masz takie sińce pod oczami? Źle się czujesz?
- Jestem zmęczona, po prostu. Właśnie idę pod prysznic. Mam nadzieję, że to nie kłopot, że tu zostaję?
- Oczywiście, że nie! Jak chcesz to możesz do nas przychodzić codziennie, jesteś taka milusia, a Shawn opowiada o tobie same dobre rzeczy! Jest zachwycony nową klasą i twoją postawą w stosunku do niego!
Zawstydzam się, bo moja postawa wobec Shawna nie była dobra dopóki to się nie wydarzyło. Oczywiście, jak coś złego się dzieje, to jestem milusia. Przypominam rozpuszczoną dziewczynkę. Z opresji przed odpowiedzią ratuje mnie tata Shawna, wołając Karen do kuchni.
- Już idę, Manny! - odpowiada Karen i przytula mnie na pożegnanie, a następnie udaje się do kuchni.
W łazience przemywam rany oraz myję zęby, ponieważ Shawn przed moim wyjściem z pokoju powiedział co i gdzie mogę znaleźć oraz wziąć. Wchodzę pod prysznic i myję porządnie ciało by pozbyć się uczucia dotyku Ryana. Wycieram się w ręcznik, który wyjęłam z szafki. Mendesowie mieli wszystko w zapasie, dosłownie, wszystko czego potrzebowałam znajdowało się tutaj. Podubieram bieliznę i na to ubrania Shawna. Bluzka jest za duża, a spodenki spadają mi w pasie, ale na szczęście mają sznureczek, który mocno zawiązuję. Następnie podsuszam włosy i patrzę na swoje odbicie. Gdyby moja matka zobaczyłaby mnie w takim stanie, zabiłaby mnie. "Jak ty masz czelność wychodzić tak ubrana do ludzi?!" "Jak możesz wyjść z takimi włosami?! A twoje cienie pod oczami?! Nie wyjdziesz, dopóki nie poprawisz makijażu!". Milion komentarzy na temat mojego wyglądu. Żadna więź mnie z nią nie łączy i bardzo się z tego się cieszę. Nie muszę spędzać z nią zbyt dużo czasu więc jest to baardzo duży plus.
Biorę wszystkie swoje rzeczy i udaję się szybko do pokoju Shawna.
- Wygodnie ci? - pyta się.
- Jasne, bardzo dziękuję - uśmiecham się delikatnie - gdzie mam spać?
- Na łóżku. Ja będę spał na kanapie, bardzo ją lubię, częściej tam śpię niż na łóżku - wiem, że kłamie i nie chce, żeby było mi głupio. Jeszcze przez chwilę się z nim spieram, ale poddaję się po momencie i wchodzę pod kołdrę. W tym czasie on idzie pod prysznic i zostawia mnie samą z myślami. Chcę o dzisiejszym incydencie zapomnieć. Po chwili Shawn wraca. Ma na sobie spodenki i bluzkę, chyba w ogóle nie nosi piżam. Jego ubrania naprawdę bardzo ładnie pachną, przez ten cały czas uspokajałam się jego perfumami.
- To co, idziemy spać? - pyta się i ukazuje swoje proste proste zęby.
- Mógłbyś mi coś zaśpiewać, proszę?
Shawn jest zdziwiony, ale siada na krańcu łóżka i śpiewa kilka piosenek. Tak cicho to robi, że powoli zasypiam. Udaje mi się usłyszeć jeszcze, że w razie czego mam go budzić. Odpowiadam dobranoc i zasypiam.
***
Czuję, jak mnie dotyka. Chwyta moją sukienkę i ją podwija, a następnie śmieje się w niebogłosy. Zaczynam krzyczeć i płakać, jego dotyk mnie bardzo boli, jakby przyłożył mi żelazko do skóry.
- Madison, Madison - słyszę szept.
Nie wiem skąd pochodzi, ale powoli się uspokajam. Jednak Ryan nie przerywa i teraz mnie bije. Zrywa ze mnie sukienkę.
Budzę się i rozglądam po wnętrzu. Boże, to był tylko koszmar. Nagle widzę jakąś postać przede mną i chcę zacząć krzyczeć, ale rozpoznaję głos.
- Spokojnie, to ja - mówi Shawn - nie bój się, to był tylko koszmar.
Trzęsę się ze strachu. Shawn otacza mnie swoimi ramionami.
- Nie zasnę - szepczę.
- Spokojnie, po prostu zamknij oczy i spróbuj myśleć o czymś dobrym - odpowiada.
- Shawn, czy mógłbyś spać ze mną? - pytam się cicho, ale wiem, że usłyszał.
- Jesteś pewna?
Kiwam głową i czuję, jak Shawn wchodzi pod kołdrę. Jest cały zestresowany, czuję jego napięte mięśnie. Nie chce, żebym poczuła się jakby był tu Ryan. Podsuwam się do niego i mocno się przytulam. Po chwili nadchodzi błogi sen.
***
Otwieram oczy i siadam ze zdumienia. Jest już siódma dwadzieścia. Rozglądam się wokół i nie widzę nigdzie Shawna. Przeciągam się i wstaję. Po chwili do pokoju wchodzi Shawn i się uśmiecha.
- Mam nadzieję, że się choć trochę wyspałaś. Twój tata postanowił, że przywiezie ci rzeczy - i tu pokazuje na torbę leżącą pod biurkiem - śniadanie już czeka.
- Czemu mnie tak późno obudziłeś? - pytam się z lekką irytacją w głosie.
- Zdążysz się zebrać, zresztą, nie musimy iść na pierwszą lekcję. Czekam w salonie - mówi i wychodzi z pokoju, przy okazji zamykając drzwi.
Wyciągam ubrania z torby i widzę, że na szczęście tata podczas zapewnej nieobecności mamy spakował mi czarne rurki i moje vansy. Dziękuję w myślach ojcu za to, że o tym pomyślał. Biorę czystą bieliznę oraz pudrową, zwykłą bluzkę i udaję się do łazienki. Tam przebieram się szybko, rozczesuję włosy i myję zeby. W salonie jestem po dziesięciu minutach. Wita mnie mama Shawna.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że dobrze ci się spało! Czasem Shawn tak chrapie, że nie da się zasnąć - śmieje się Karen.
- Dzięki mamo - mówi Shawn, opierając się o framugę drzwi. W ogóle nie jest zażenowany tym, że spaliśmy w jednym łóżku. Dobra, nic nie robiliśmy, ale ja z Ryanem nigdy nie siedziałam nawet na łóżku, bo od razu myślałby, że to jakaś propozycja.
Jem śniadanie w pośpiechu i widzę, jak Shawn uśmiecha się pod nosem.
- No co? Nie chcę się spóźnić, mamy dzisiaj przedstawiać - mówię i szybko wycieram usta. Odnoszę talerz do kuchni i dziękuję za pyszne naleśniki. Chcę pozmywać, ale Manny mnie zatrzymuje i mówi, że sam to zrobi.
Karen podwozi nas pod samą szkołę, życząc nam miłego dnia. Mam na sobie jeszcze bluzę Shawna, a wszystkie rzeczy z wczorajszego dnia włożyłam do torby, którą przywiózł mi tata. Upycham ją do szafki, uprzednio wyjmując książki, które dzisiaj są mi potrzebne i wciskam je do mojej torebki. Shawn ciągle ze mną jest i czeka na mnie. Idziemy przez korytarz i dziękuje mu za to, co dla mnie zrobił.
- Madison - słyszę głos. Zamieram w miejscu, a moje serce zaczyna szybko bić. Patrzę z przerażeniem na Shawna, który stoi u mojego boku, ale on patrzy na punkt obok mnie. Przede mną, po mojej lewej stoi Ryan. Przez chwilę robi mi się go szkoda, bo widzę jego pokiereszowaną twarz, ale za chwilę przybieram obojętną minę, choć w środku jestem bardzo zestresowana.
- Nie chcę z tobą rozmawiać - mówię i przybliżam się do Shawna. Czuję się bezpieczniej, kiedy jest bliżej mnie. Nie jest pewny co ma zrobić, bo nie chce, żeby Ryan miał kolejny napad złości z powodu obecności Shawna obok, ale za chwilę obejmuje moje ramiona ręką, tak jakby chciał odgrodzić mojego byłego ode mnie.
- Porozmawiaj ze mną, proszę - pierwszy raz widzę skruszonego Ryana. Wow. Nawet jeśli potrafi się opanować przy obecności innego chłopaka obok mnie, nie mogę go wysłuchać. Shawn chyba dochodzi do tego samego wniosku, bo patrzy na mnie pytająco, a ja kiwam głową. Idziemy do przodu, a Shawn mnie puszcza. Utrzymujemy pomiędzy sobą odległość.
- MADISON! - krzyczy, a ja mimowolnie się odwracam - ZACZEKAJ! KOCHAM CIĘ! - mówi, a ja nie wiem co się dzieje wokół.
***
W tym tygodniu powinien pojawić się jeszcze jeden rozdział, zobaczę jak szybko napiszę kolejny rozdział. Proszę o komentarz!
Subskrybuj:
Posty (Atom)