poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rozdział 6

    Stoję i rozglądam się wokół w poszukiwaniu ukrytych kamer. Jednak widzę tylko tłum. Tylko jest pojęciem względnym, ponieważ stoi tu około stu pięćdziesięciu uczniów, jak nie więcej. Oddycham głęboko. Nie mogę pokazać ludziom, że zwykłym wyznaniem daję się złamać. To ja jestem pewna siebie i to ja tu rządzę, a nie on czy oni. Podchodzę z podniesioną głową do niego.
- Powtórz to - polecam.
- Kocham cię, Madison, proszę cię, porozmawiaj ze mną - mówi i odwraca się w stronę tłumu - a wy nie macie się na co gapić? Wypierdalać!
- Nie - odpowiadam spokojnym i doniosłym tonem - niech tu będą. Niech usłyszą tu to, co ja chcę usłyszeć.
- Nie wygłupiaj się - jego ton głosu zmienia się w sekundę na niższy, przez co dostaję gęsiej skórki - nie będę tu z tobą na ten temat rozmawiał.
- Och - robię dzióbek i udaję zamyśloną, a za chwilę patrzę na niego. Nadal mówię głośno i wyraźnie, nie mam zamiaru mu ulec czy go się przestraszyć, nie tym razem - więc nie chcesz im powiedzieć, jak mnie uderzyłeś, próbowałeś mnie zmusić do seksu, a gdy odmawiałam, puszczałeś się z innymi, a także o tym, jak chciałeś mnie zgwałcić, bo byłeś pod wpływem narkotyków? Niech te twoje faneczki, którym się to podoba, niech wyjdą. Zrób sobie z nimi co chcesz - odwracam się na pięcie, ale wracam do poprzedniej pozycji - bym zapomniała! - mówię z uśmiechem i uderzam go z liścia w twarz - to za każdą krzywdę, którą mi wyrządziłeś.
- Ty suko - warczy, a jego ręce spoczywają na czerwonym policzku, zapewne nabrał takiego koloru z powodu bólu, a nie wstydu.
- Nie kazałam ci się przedstawiać - odpowiadam i uśmiecham się jeszcze szerzej - nie ma za co! A teraz, koniec przedstawienia, dziękuję za uwagę - mówię i odwracam się w stronę Shawna i tam też się kieruję. Wymijam go zgrabnie i czuję jak ktoś na mnie się rzuca.
- Madiii! - krzyczy Claire i przytula mnie jeszcze mocniej. Przewracam oczami, ale tak naprawdę cieszę się z jej obecności.
- Claire - odwzajemniam uścisk i się do niej uśmiecham.
- To co zrobiłaś, było... dobre! - piszczy. Jej łatwa ekscytacja często jest irytująca, ale tym razem nie aż tak bardzo - czy on cię próbował, no wiesz? - pyta ciszej. Potrafi być radosna, a za sekundę smutna i przybita.
- Tak, w sumie nie do końca. Nie dał rady, bo Shawn tam był - mówię i od razu żałuję, bo widzę, jak Claire świecą się oczy.
- Shawn? Ten Shawn? Co on tam robił? Uratował cię? Pomógł ci? - Zadaje milion pytań na raz, a ja nic nie poradzę, że się śmieję. Biorę ją pod rękę i kierujemy się w stronę sali. Chcę już jej odpowiedzieć, ale przede mną stoi szkolna psycholog. Przewracam oczami.
- Madison Vallence, proszę za mną - mówi i idzie w stronę gabinetu dyrektora.
- Pa, Claire, przyjdę później - szepczę do przyjaciółki i całuję ją w policzek. Ona tylko macha mi na pożegnanie i widzę, jak zaraz Tom do niej dołącza.
    Wchodzimy do gabinetu dyrektora, a ja od razu zajmuję krzesło. Psycholog patrzy na mnie wrogim wzrokiem.
- Wstań - spluwa, a ja tylko chichotam.
- Przykro mi, nie mogę - mówię i rozsiadam się jeszcze wygodniej. Dyrektor uspokaja ją gestem i zaczyna przemawiać.
- Panno Vallence, to co stało na korytarzu nie mogło mieć miejsca. Muszę pannę ukarać.
- No właśnie problem w tym, że nie musi. Czy mógłby pan wyprosić panią pedagog? Mam sprawę, która jest delikatna i chciałabym, żeby tylko pan o tym wiedział - odpowiadam i robię smutną minę.
- Dobrze, proszę panią o opuszczenie pomieszczenia - pedagog stoi jak wryta i patrzy z niedowierzaniem na dyrektora - proszę panią o wyjście. Mam napisać to na kartce? - parskam śmiechem, a dopiero wtedy kobieta rozumie polecenie i wychodzi - dobrze, więc jaka to sprawa?
                                                                      ***

    Wychodzę ze szkoły i zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos. Słońce dzisiaj świeci mocniej niż zwykle podczas tej pory roku. Z Shawnem nie kontaktowałam się od przedstawienia prezentacji. Nie było tak źle, a do tego gdy Lily prezentowała, poślizgnęła się i upadła na tyłek. To zdecydowanie przeważyło na mój dobry humor. Dyrektora bardzo łatwo przekonać, wystarczy wspomnieć o pieniądzach, a jego oczy świecą jak szalone. Ludzki mechanizm jest taki prosty. Czuję, jak ktoś klepie mnie w tyłek i słyszę śmiech. Przewracam oczami i ją szturcham.
- Claire, nie musisz mnie podrywać - mówię i rozkoszuję się słońcem. Jest naprawdę ciepło jak na marzec i jestem z tego powodu szczęśliwa.
- Wiem, bo jesteś moja - chichocze i chwyta mnie za rękę. Brakuje mi takich dobrych kontaktów z przyjacielem-dziewczyną, więc staram się teraz dopuścić ją coraz bliżej mnie. Widzę, że stara się zmienić na lepsze i bardzo to doceniam, co nie dyskwalifikuje jej bardzo odważnego stroju. Tego chyba nigdy nie zmieni.
    Dojeżdzamy pod jej mieszkanie. Dzisiaj mamy mieć babski wieczór - pizza, malowanie, oglądanie głupich filmów i obgadywanie wszystkich. Na szczęście już mnie kolana ani nogi nie bolą po wczorajszym upadku, więc szybko biegnę do jej pokoju i rzucam się na łóżko. Gdy ona zamawia pizzę, ja wybieram filmy. Jej rodzice wracają późnym wieczorem, także mamy jej całe mieszkanie dla siebie, jednak nie chcemy dzisiaj iść na żadną imprezę, a tym bardziej urządzać. W końcu decyduję się na Legalną Blondynkę, pomimo, że to nie jest głupi film, jest po prostu śmieszny i pokazujący, jak głupie są ludzkie stereotypy. Claire śmieje się, że to film o mnie, bo w końcu też jestem mądrą blondynką, ale bez cycków. W połowie filmu oraz pizzy, dzwoni do mnie telefon. Cała roześmiana odbieram i przy okazji spycham nogami Claire z łożka, bo po raz kolejny rzuciła swój głupi komentarz na temat mojego ulubionego filmu.
- Halo? - mówię i parskam śmiechem, bo zrzuciłam Claire z łóżka, a ma tak wysokie, że słychać było tylko huk i jej chichot.
- Jeśli chcesz pomóc Shawnowi, to lepiej słuchaj - mówi chrypiący głos, a ja zamieram. Claire zauważa moją nagłą zmianę nastroju i przysłuchuje się rozmowie.
- Kto mówi? - pytam się i spoglądam na numer. Jest zastrzeżony, więc tym bardziej czuję rosnącą gulę w gardle.
- Lepiej notuj - szepczę do Claire, żeby podała mi notes i długopis i od razu zapisuję adres, który dyktuje mi głos w telefonie - zjaw się w przeciągu godziny, inaczej możesz pożegnać się z Shawnem.
- Skąd mam wiedzieć, że jest tam Shawn? - pytam dosyć wyraźnie, chociaż jestem przerażona. Słyszę jego głos i krzyk. Łapię się za usta i tylko szepczę - będę, obiecuję. Nie róbcie mu krzywdy.
Słyszę tylko po drugiej stronie śmiech i sygnał, który oznacza przerwanie rozmowy.
- Boże, Madison, kto to mógł zrobić? - pyta się tak samo przerażona jak ja Claire.
- Nie wiem -  szepczę i wstaję - ale wiem, że to przeze mnie. Muszę tam iść - zaczynam zbierać swoje porozrzucane kosmetyki po podłodze i czuję, jak Claire kładzie na mnie rękę.
- Proszę, nie idź tam sama. Albo pozwól mi iść z tobą, przecież jak coś ci się stanie, to sobie tego nie wybaczę! - piszczy.
- Jeśli nie zadzwonię do ciebie w przeciągu dwóch godzin, zgłoś to policji. W żadnym razie nie idź do mnie sama, zapiszę ci adres, możesz się wybrać w asyście policji lub kilkunastu osób. Niektórzy z imprez powinni mieć broń, jeśli uważasz, że będzie potrzebna. Pozwól mi to załatwić sama - mówię i widzę łzy w jej oczach - och, chodź tutaj - szepczę i przytulam ją mocno.
- Kocham cię bardzo, Madison. Nie chcę stracić mojej jedynej przyjaciółki - płacze na dobre, ponieważ czuję mokrą plamę na moim ramieniu.
- Wrócę tu, spokojnie - odsuwam się od niej i chwytam jej podbródek w rękę - hej, wrócę tu. Cała i zdrowa. Po tym wszystkim będę miała ochotę na alkohol i coś mocniejszego, przygotuj wszystko - uśmiecham się i ostatni raz przed wyjściem ściskam ją mocno. Biorę w rękę telefon, przez ramię przewieszam torebkę i wychodzę z jej mieszkania. Wpisuję do GPS-a w telefonie adres, na który mam się udać i widzę, że to niecały kilometr od domu Claire. Postanawiam udać się na piechotę, zajmie mi to przy dobrym tempie dziesięć minut. Przez całą drogę zastanawiam się o co może chodzić. Jestem przerażona i mój umysł tętni od złych myśli. Mam nadzieję, że Shawn przynajmniej żyje. GPS dziękuje mi za współpracę,wkładam telefon do torebki i patrzę przed siebie. Stoję przed wielkim, opuszczonym budynkiem. Musiała tu być kiedyś jakaś hala. Żegnam się znakiem krzyża i idę do przodu, w stronę wielkich drzwi. Budynek wygląda na taki, który mógłby w każdej chwili się zawalić. Wchodząc, popycham drzwi, które przeraźliwie skrzypią. Nie mogę przywyknąć do panującej tu ciemności, ale widzę z daleka jakieś sylwetki. Na środku wielkiego pomieszczenia leży materac, a na nim jakaś postać. Mrużę oczy i widzę Shawna, który kuli się z bólu i jest cały pokiereszowany nożem.
- SHAWN! - wrzeszczę i biegnę w jego stronę, jednak czyjaś ręka mnie blokuje i ciągnie do tyłu - SHAWN! - powtarzam krzyk, a postać, która mnie blokuje śmieje się. Przy leżącym chłopaku jest sześć postaci i kopią go coraz bardziej.
- Madison - słyszę echo jego głosu i jestem bliska łez - uciekaj stąd, proszę! - wydusza to z siebie i zaraz podejrzane sylwetki zaczynają go podduszać.
- Starczy, chłopaki - rozpoznaję ten głos. To Ryan i to on mnie trzyma - a ty - obraca mnie w swoją stronę - widzisz, jesteś taka beznadziejna. Przychodzisz tu, by go uratować. Problem w tym, że mu nie pomożesz - rechocze w ten swój ohydny sposób - i to wszystko twoja wina. Wmieszałaś go w to. To przez ciebie leży tu umierający - kilka łez spływa po moich policzkach, wiedziałam, że będę tworzyć zagrożenie dla osób nie z mojego otoczenia, ale w taki sposób.
- Co mam zrobić? - pytam się cicho.
- Prześpij się ze mną, to go wypuszczę - mówi tak głośno, żeby Shawn go usłyszał. Patrzę na leżącego chłopaka, który ciągle krwawi.
- Nie rób tego, proszę - błaga mnie Shawn. To wszystko moja wina. Spoglądam na Ryana.
- Czy wtedy go wypuścisz?
- Tak - odpowiada. Słyszę powtórne błaganie Shawna.
- Dobrze, zrobię to.
                                                              ***

    Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził, jest jeszcze ciemniejsze niż poprzednie, ale rozpoznaję kontury. Jest to obskurny pokój, z materacem, który jest pokryty prześcieradłem na podłodze oraz nocną lampką obok drzwi do pomieszczenia. Odeszliśmy dosyć daleko od głównego pomieszczenia, po to by, cytuję Ryana "nikt nie słyszał twoich jęków".
- Zgasiłem światło, żebyś mogła poczuć się komfortowo - rzygać mi się chce gdy słyszę jego głos, ale opanowuję się - wiesz co masz robić, czy mam cię nauczyć?
Czuję ogromny stres i przerażenie, ale staram się tego po sobie nie pokazać.
- Po co go mieszałeś? - pytam się wściekła - mogłeś mnie do tego zmusić innym sposobem, ale nie krzywdząc niewinnego człowieka.
- Przez ciebie cała szkoła mnie nienawidzi. Uważa za wyrzutka. Gdybym wziął Jasona, Toma czy kogokolwiek z ekipy, pomyślałabyś, że to wszystko zaplanowane, tylko po to, żebyś to ze mną zrobiła. A tu, nie masz zbytniego wyboru, bo to oczywiste, że go uratujesz.
Kręcę głową z niedowierzaniem. Jak mogłam być z kimś tak okropnym? Tłumię swoje uczucia.
- Rozbieraj się - polecam.
- Och, jaka odważna - mówi i zdejmuje swoje ubrania.
- Odwróć się w drugą stronę, bo wszystko widzę - mówię, a on tylko się śmieje - mówię poważnie, później będę musiała oglądać twoje ciało.
Odwraca się posłusznie i chichocze. Kiedy zdejmuje spodnie, cicho kucam i wyciągam kabel z gniazdka od lampki. Następnie biorę lampkę w ręce.
- Co do chol....- gdy się odwraca, uderzam go lampką w łeb.
Dobra, to powinno go chwilowo zatrzymać. Zdejmuję z siebie bluzę wraz z bluzką i spodnie. Wkładam je do mojej torebki, a z materaca podnoszę prześcieradło, którym owijam swoje ciało. Kucam przy Ryanie i sprawdzam tętno. Na szczęście żyje, ale tata mnie nauczył uderzenia, który powoduje nieprzytomność do pół godziny, dlatego muszę się pośpieszyć. Jestem przekonana, że nikt niczego nie słyszał, bo pomieszczenie, na moje szczęście, nie znajduje się blisko tamtego, gdzie leży Shawn. Odczekuję pięć minut, przez które podłączam lampkę do prądu i siadam na podłodze. Nie mogłam po minucie wybiec z pomieszczenia i wcisnąć im jakiś kit, w końcu muszę to zrobić doskonale. Wychodzę z pokoju. Idę powolnym, kulejącym krokiem w stronę wielkiego pomieszczenia. Gdy tam się znajduję, krzyczę lekkie Shawn i podbiegam do niego, ponieważ osoby, które go atakowały, rozsiadły się po bokach.
- Co tak szybko? - pyta mnie męski głos, a ja zakładam włosy za ucho i szturcham Shawna. Następnie patrzę na chłopaka zadającego pytanie.
- Powiedział, że jestem zbyt słaba i musi sam sobie poradzić z problemem - mówię wyraźnie. Shawn podnosi głowę i stara się usiąść. Pomagam mu w tym.
- No cóż, może my to też sprawdzimy? - pyta inny głos, ale zaraz słyszę jak ktoś kogoś uderza w twarz.
- Idioto, zamknij mordę, bo jak Ryan się o tym dowie co powiedziałeś, to cię zabije. Jest tylko jego, nie pamiętasz? - odpowiada chłopak, który pierwszy zadał mi pytanie - masz szczęście, że kazał cię zostawić w spokoju jak wyjdziesz, bo inaczej dawno leżałabyś martwa koło niego. Macie pięć sekund by się stąd wynieść, inaczej z tobą będzie podobnie jak z kolegą.
- Shawn, wstawaj, dasz radę - szepczę i pomagam mu wstać. Wychodzimy jak najszybciej możemy, ale ma takie rany, że bardzo ciężko mu to idzie. Popędzam go, ponieważ już słyszę kroki. Wychodzimy na zewnątrz - ruszaj się, musimy stąd uciekać!
Shawn tylko kiwa głową i idzie jak najszybciej może. Niestety są to bardzo powolne ruchy. Na pewno kręci mu się bardzo w głowie. Gdy przechodzimy koło śmietnika, wyrzucam prześcieradło i szybko nakładam na siebie spodnie. Nie mam czasu na bluzę i wiem, że Shawn byłby tym trochę speszony, gdyby nie to, co się stało w magazynie. Gdy jesteśmy przy mieszkaniu Claire, dzwonię do niej na telefon by zeszła do mnie na dół, a następnie ubieram bluzkę. Shawn siada na schodku.
- Madison - szepcze i kuli się z bólu.
- Jestem tu, spokojnie - ma pełno zadrapań, ran. Widzę Claire, która zatyka sobie usta ręką i patrzy na mnie przerażona. Ma przekrwawione oczy, ale z powodu łez, a nie narkotyków. Nigdy nie była tak emocjonalna jak dzisiaj.
- Pomóż mi go wciągnąć do twojego pokoju - mówię, a Claire zaraz wykonuje moje polecenie. Jakoś dajemy radę i po chwili znajduje się na podłodze w sypialni mojej przyjaciółki. Zostawiamy go na minutę samego, dając mu o tym znać i kierujemy się do łazienki, by wziąć bandaże i wodę utlenioną.
- Co mu jest? - pyta się - co oni od ciebie chcieli? Kto to był?
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Ryan i jego  nowa spółka. Chcieli, żebym się przespała z Ryanem.
- Boże, a my uważaliśmy go za przyjaciela - niedowierza i widzę, jak łzy z jej oczu wypływają - czy ty... no wiesz?
- Nie - odpowiadam szybko. Chcę dać upust emocjom i wiem, że mogę sobie na to przy Claire pozwolić - ale gdybym musiała to zrobić, zrobiłabym to bez wahania. Na szczęście Ryan był zbyt zafascynowany tym, że udało mu się mnie zmusić do... - kręcę głową, bo mnie obrzydza. Jak można być takim człowiekiem? - ...że nawet nie zauważył mojego ciosu. To znaczy zauważył, ale było za późno - mówię i przytulam mocno Claire - gdybyś widziała co oni mu robili.
- Csii, już dobrze - szepcze i odsuwa się ode mnie - co teraz chcesz zrobić? - pyta się.
- On musi odejść ode mnie. Już zbyt dużo przeze mnie wycierpiał.
                                                             ***

    Wyjmuję słuchawki z uszu, zakładam okulary przeciwsłoneczne na włosy i czekam, aż Shawn do mnie podejdzie. Minął tydzień od tamtego wydarzenia. Odwiozłam go do domu i dopilnowałam, żeby nic mu się nie działo. Chciałam powiedzieć o tym jego rodzicom, ale błagał mnie, bym tego nie robiła. Pomimo tego, że był tak bardzo wysportowany i silny, nie mógł poradzić sobie z siedmioma chłopakami, szczególnie, kiedy większość z nich jest zaprawiona w bojach. Jedyne co mogłam mu powiedzieć, to go przeprosić i wyszłam z jego domu. Od tamtego czasu ignorowałam go całkowicie - odrzucałam każde połączenie, usuwałam wszystkie esemesy, ignorowałam jego przyjścia do mnie i próbę nawiązania kontaktu w szkole. Próbował przez pierwsze trzy dni, ale następnie zrezygnował.Na początku wysyłał pięćdziesiąć esemesów dziennie i próbował tyle razy porozmawiać ze mną, a później trzy, cztery razy na dzień.  Chcę, by był szczęśliwy. Widziałam go ciągle z Lily i paroma innymi osobami, więc to zawsze pocieszenie. Nikt oprócz mnie, Shawna i Claire nie wiedział o tym wydarzenia, no, i oczywiście poza tymi osobami, które to zorganizowały. Każdego dnia, po szkole, a tak samo w weekendy, po szóstej wieczorem, chodziłam wraz z ekipą tam, gdzie zawsze robiliśmy imprezy. Ćpałam, piłam i paliłam każdego dnia. Chciałam pokazać, że to co zrobił Ryan, wcale mnie nie złamało. Chłopacy znali prawdę tylko do momentu przed biblioteką. Claire ciągle koło mnie była. Wszyscy unikaliśmy kontaktu z Ryanem i byłam im za to wdzięczna. Dla nich branie używek oznaczało siłę i brak załamania. Dla mnie - oznaką słabości. Ale ja byłam, jestem i będę słaba. Pasował mi taki układ. Oni uważali, że to co robię, umacnia mnie jeszcze bardziej w wierze, że jestem najlepsza. Branie narkotyków nie jest dobrym rozwiązaniem, ale na nic innego nie było mnie stać. Beznadziejna - to słowo idealnie opisujące mnie. Wszystko to co robiłam, pozwalało mi zapomnieć o bólu, przy okazji uśmierzało jego działanie. Wdałam się w kłótnie z matką. Stwierdziła, że jestem idiotką i dawno powinnam była umrzeć, bo nic tylko stwarzam problemy. Zakazała mi wychodzić i chciała odbierać mnie po szkole, ale ojciec stawił się po mojej stronie. Powiedział mi, że matka tak mówi, bo nie może odnaleźć swojej starej córki. Ale to było tylko jej wyobrażenie, nie znała mnie takiej, jaką jestem, i nie chciała poznać. Tata miał rację. Wszystko robiłam tak, jak ona chciała. Nie zwracała uwagi na moje problemy i potrzeby.
- Chciałeś porozmawiać - opieram się o murek i rozglądam wokół. Ryan przez cały tydzień nie zjawił się w szkole, ale w każdej chwili może. Na pewno ma tu swoich donosicieli.
- Madison, nie możesz omijać mnie przez całe życie - mówi i patrzy na mnie z wściekłą miną. To trochę boli, zważając na to, że to co robię, jest dla jego bezpieczeństwa, a nie, kurwa, mojego.
- No i? - przewracam oczami i patrzę na niego obojętnie - okej, uratowałeś mnie. Ja uratowałam ciebie. Jesteśmy kwita - stwierdzam, a na potwierdzenie własnych słów kiwam głową.
- To, co się stało nie było twoją winą. Przestań się obwiniać!
- A niby czyją? Twoją? Proszę, daj mi spokój - śmieję się głupkowato - nie obwinam ani siebie, ani ciebie.
- Widzę, jak się zachowujesz. Nauczyciele i osoby, które nie miały stykności z narkotykami nie rozpoznają tego, ale ja tak.
- Boże, gówno mnie to obchodzi, co o tym sądzisz. Nie twoje zasrane życie. Nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz nigdy częścią moje życia, więc spieprzaj - mówię. Czuję, jak telefon mi wibruje. Spoglądam na wyświetlacz i widzę, że to moja matka dzwoni. Przewracam oczami - jeśli to wszystko, to pozwól, że odbiorę - mówię i akceptuję połączenie - Tak, matko? - mówię z wyraźną niechęcią, co zauważa Shawn i patrzy się na mnie zdziwiony.
- Madison - słyszę zapłakany głos matki - Madison, Jared jest w szpitalu. On umiera.
***
Czytasz=komentujesz!

piątek, 23 stycznia 2015

Rozdział 5

    Łzy spływają mi po policzkach i ledwo podnoszę głowę by spojrzeć na Ryana. Szukam w nich litości, ale nie zdawałam sobie nigdy sprawy, że od dawna mnie chciał skrzywdzić. I fizycznie, i psychicznie. Ryan patrzy to na mnie i na Shawna, i tak w kółko. Opuszczam głowę i zaczynam iść na czworaka w stronę Shawna.
- Już się z tobą puściła?! - Ryan pyta się bardzo głośno i słyszę jego obrzydliwie niski ton głosu. Czuję jak ciągnie mnie za nogę i nie mam siły z nim walczyć, staram się go jakoś odepchnąć. Zaczynam bardzo głośno łkać - jest beznadziejna, prawda?!
Czuję jak Ryan puscza moją nogę, więc szybko zakrywam podwiniętą sukienką moje ciało. Przez łzy widzę jak Shawn uderza z pięści w twarz Ryana. Zamykam oczy i nie oglądam tego. Zamiast tego rozryczałam się na dobre. Słyszę jakby przez mgłę głos Shawna i Ryana więc otwieram oczy i widzę, że mój były kuli się i ucieka. Shawn od razu klęka koło mnie.
-Co....- mówi coś jeszcze, ale nic nie rozumiem. Zamiast tego próbuję wstać, ale Shawn nie pozwala mi tego zrobić. Za chwilę słyszę jego głos, już bardzo wyraźnie - pójdziemy do mojego samochodu, dobrze?
Kiwam tylko głową i próbuję wstać. Kolana strasznie mnie bolą od próby ucieczki, a także chwytu Ryana. Opieram się o Shawna i wiem, że nie dam rady sama dojść do auta.
- Zaniosę cię, okej? - pyta, a ja powtórnie kiwam głową. Bierze mnie na ręce, a ja opieram głowę na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz widzę jak jest umięśniony i wysportowany. Jestem lekka, jak nie bardzo lekka, więc nie ma problemu by mnie zanieść. Siadam z przodu i zapinam pasy. Shawn siada na miejscu kierowcy i podaje mi chusteczki.
- Teraz pojedziemy do mnie do domu. Tam moi rodzice zadzwonią do twoich - mówi.
- Nie chcę, żeby wiedzieli - udaje mi się cicho wypowiedzieć te słowa.
- Oczywiście, że się nie dowiedzą jeśli tego nie chcesz. Wymyślę coś - uśmiecha się i za chwilę poważnieje - coś ci zrobił?
- N-nie - mówię i znowu zaczynam łkać - gdyby nie ty....
- Gdybym cię odwiózł to nic by się nie stało. Nie chciałem ci tego proponować, bo widzę, jak jesteś sceptycznie do mnie nastawiona i widziałem jak Ryan cię traktuje. Obawiałem się, że jeśli się dowie, że cię odwiozłem to coś ci zrobi.
- Jak on mógł - szepczę - ty się obwiniasz winą, a to wcale nie jest twoja wina i sprawa. Wmieszałam cię w to, przepraszam, nie chciałam. Gdybyś słyszał co mówił to zrozumiałbyś, że to wcale nie jest twoja wina.
- I na pewno nie twoja - patrzy na mnie ze zmartwieniem - mam nadzieję, że się nie obwiniasz?
- Nie chciałam się z nim przespać - opieram głowę o zagłówek. Nie zwracam uwagi na to, że powiedziałam to komuś tak naprawdę nieznajomemu - Boże, to takie idiotyczne!
- Csii, już jest dobrze. Tak się bałem, że nie zdążę, pomimo, że to był dosyć krótki dystans. Gdyby zrobił ci większą krzywdę, w życiu bym sobie nie wybaczył.
Nie odpowiadam i patrzę na budynki, które mijamy. Zadaje mi pytanie czy w końcu się rozchorowałam.  Poczułam się wtedy źle, bo jego towarzystwo mnie...drażniło? Nic nie mówię, a on opowiada różne historie by tylko mnie czymś zająć.
    Gdy dojeżdzamy do jego mieszkania powstrzymuję płacz, a przynajmniej się staram. Przed wejściowymi drzwiami się zatrzymujemy.
- Mój pokój znajduje się na końcu korytarza. Idź tam, a ja powiem, że cię przycisnęło czy coś - uśmiecha się, próbując mnie podnieść na duchu. Otwiera drzwi, a ja szybko biegnę przez korytarz, krzycząc dobry wieczór. No, mam nadzieję, że zabrzmiało to jak dobry wieczór, a nie jak dziejoeoedpo. Wchodzę do jego pokoju. Jest dosyć duży, wyklejony plakatami oraz obrazami, w rogu stoi gitara. Ma też dużą kanapę, łóżko, biurko, szafę, telewizor. Ładny, ale zwyczajny. Siadam na brzegu kanapy i czekam na Shawna. Wchodzi po chwili i podaje mi kubek gorącej czekolady. Przez ten czas zaściela łóżko i pokazuje, żebym usiadła na nim. Zbliżam się niepewnie i siadam. Ma bardzo wygodne łóżko.
- Pooglądamy Harrego Pottera? - pyta. Kiwam głową.
Oglądamy pierwszą część. Widać, jak jest zafascynowany i nawet nie zwraca uwagi na to, że mija kolejna godzina. Zaczynam znowu szlochać, ale próbuję robić to bardzo cicho, by nie usłyszał. Dosłownie dławię się łzami i szlochem. Shawn spogląda na mnie i od razu mnie przytula. Gdybym nie była w takim stanie, uderzyłabym go i zbluzgała. Ale nie teraz. Odwzajemniam uścisk i mocno wtulam się wjego klatkę piersiową. Po kilku minutach się uspokajam, a on podaje mi chusteczki.
- To co on chciał mi zrobić jest obrzydliwe - staram się mówić wyraźnie - nie wiem, co w nim widziałam.
- Był naćpany - mówi Shawn.
- Nie próbuj go usprawiedliwiać! Zaraz, skąd ty wiesz jak wygląda człowiek naćpany? - pytam się z podejrzliwością.
- Nie usprawiedliwiam - uspokoja mnie - po prostu mówię, że był naćpany więc miał przypływ odwagi. Nie patrzył na to jak to może się skończyć. Znałem ludzi, którzy brali narkotyki. I nie, nie częstowałem się nimi. Uważam, że to ohydne i nie jest to dobrym rozwiązaniem problemów.
Patrzę na zegarek i jest już po dwudziestej pierwszej.
- Muszę iść do domu.
- Możesz zostać - mówi.
- Że co? Jutro jest szkoła, ja nie mogę - tłumaczę się.
- Pogadam z rodzicami żeby zadzwonili do twoich i powiedzieli, że projekt nam się przedłuży. Bez sensu jest jeździć nocą po mieście, a twoi rodzice mogą dać twojej przyjaciółce lub przyjacielowi ubrania na jutrzejszy dzień. Zresztą, nie możesz zostać sama w takim stanie.
- No...dobrze, jeśli nie będę sprawiać problemu - przekonał mnie.
Shawn wychodzi z pokoju i wraca po pięciu minutach z kanapkami.
- Zgłodniałaś? - pyta się.
- Trochę - widzę ten jego cwany uśmiech. Przewracam oczami i wycieram łzy, które mimowolnie wydostały się z moich oczu. Częstuję się kanapkami. Nie rozmawiamy w ogóle, a w tle leci Harry Potter. Po chwili olśniewa mnie.
- Ja nawet nie mam piżamy! Nie będę spała w ubraniach, gdyby moja mama zobaczyła pogniecioną sukienkę... Dobrze, że się nie pobrudziła aż tak.
Shawn wstaje z łóżka i wyjmuje swoją bluzkę, krótkie spodenki treningowe i mi je podaje.
- Są wyprane - śmieje się, gdy widzi moje zdziwienie. Wącham je.
- Dlaczego w takim razie pachną twoimi perfumami, a nie proszkiem? - marszczę brwi, a on śmieje się jeszcze bardziej. Ma taki piękny śmiech. To znaczy brzydki.
- Zawsze po praniu psikam je swoimi perfumami, takie przyzwyczajenie. Jak wyjdziesz z pokoju, idź prosto i po prawej stronie będą drzwi z narysowanym kiblem. To dzieło moje i mojej siostry - spogląda na moje nogi - zapomniałem o tym całkowicie. Woda utleniona stoi na wierzchu, weź ją i przemyj sobie rany. Iść z tobą? Nie chcę, byś czuła się niekomfortowo.
- Poradzę sobie - mówię i wstaję, przy okazji biorąc ubrania Shawna, które mi podał, a ja je odłożyłam.
Idę przez korytarz i widzę panią Mendes.
- Dobry wieczór słoneczko - mówi i przytula mnie.
- Dobry wieczór, pani Mendes - uśmiecham się delikatnie.
- Nie pani Mendes, tylko Karen. Tak mam na imię i nie musisz mnie postarzać, mówiąc pani - śmieje się i za chwilę zmienia się w troskliwą mamusię - co masz takie sińce pod oczami? Źle się czujesz?
- Jestem zmęczona, po prostu. Właśnie idę pod prysznic. Mam nadzieję, że to nie kłopot, że tu zostaję?
- Oczywiście, że nie! Jak chcesz to możesz do nas przychodzić codziennie, jesteś taka milusia, a Shawn opowiada o tobie same dobre rzeczy! Jest zachwycony nową klasą i twoją postawą w stosunku do niego!
Zawstydzam się, bo moja postawa wobec Shawna nie była dobra dopóki to się nie wydarzyło. Oczywiście, jak coś złego się dzieje, to jestem milusia. Przypominam rozpuszczoną dziewczynkę. Z opresji przed odpowiedzią ratuje mnie tata Shawna, wołając Karen do kuchni.
- Już idę, Manny! - odpowiada Karen i przytula mnie na pożegnanie, a następnie udaje się do kuchni.
    W łazience przemywam rany oraz myję zęby, ponieważ Shawn przed moim wyjściem z pokoju powiedział co i gdzie mogę znaleźć oraz wziąć. Wchodzę pod prysznic i myję porządnie ciało by pozbyć się uczucia dotyku Ryana. Wycieram się w ręcznik, który wyjęłam z szafki. Mendesowie mieli wszystko w zapasie, dosłownie, wszystko czego potrzebowałam znajdowało się tutaj. Podubieram bieliznę i na to ubrania Shawna. Bluzka jest za duża, a spodenki spadają mi w pasie, ale na szczęście mają sznureczek, który mocno zawiązuję. Następnie podsuszam włosy i patrzę na swoje odbicie. Gdyby moja matka zobaczyłaby mnie w takim stanie, zabiłaby mnie. "Jak ty masz czelność wychodzić tak ubrana do ludzi?!" "Jak możesz wyjść z takimi włosami?! A twoje cienie pod oczami?! Nie wyjdziesz, dopóki nie poprawisz makijażu!". Milion komentarzy na temat mojego wyglądu. Żadna więź mnie z nią nie łączy i bardzo się z tego się cieszę. Nie muszę spędzać z nią zbyt dużo czasu więc jest to baardzo duży plus.
    Biorę wszystkie swoje rzeczy i udaję się szybko do pokoju Shawna.
- Wygodnie ci? - pyta się.
- Jasne, bardzo dziękuję - uśmiecham się delikatnie - gdzie mam spać?
- Na łóżku. Ja będę spał na kanapie, bardzo ją lubię, częściej tam śpię niż na łóżku - wiem, że kłamie i nie chce, żeby było mi głupio. Jeszcze przez chwilę się z nim spieram, ale poddaję się po momencie i wchodzę pod kołdrę. W tym czasie on idzie pod prysznic i zostawia mnie samą z myślami. Chcę o dzisiejszym incydencie zapomnieć. Po chwili Shawn wraca. Ma na sobie spodenki i bluzkę, chyba w ogóle nie nosi piżam. Jego ubrania naprawdę bardzo ładnie pachną, przez ten cały czas uspokajałam się jego perfumami.
- To co, idziemy spać? - pyta się i ukazuje swoje proste proste zęby.
- Mógłbyś mi coś zaśpiewać, proszę?
Shawn jest zdziwiony, ale siada na krańcu łóżka i śpiewa kilka piosenek. Tak cicho to robi, że powoli zasypiam. Udaje mi się usłyszeć jeszcze, że w razie czego mam go budzić. Odpowiadam dobranoc i zasypiam.
***

Czuję, jak mnie dotyka. Chwyta moją sukienkę i ją podwija, a następnie śmieje się w niebogłosy. Zaczynam krzyczeć i płakać, jego dotyk mnie bardzo boli, jakby przyłożył mi żelazko do skóry.
- Madison, Madison - słyszę szept.
Nie wiem skąd pochodzi, ale powoli się uspokajam. Jednak Ryan nie przerywa i teraz mnie bije. Zrywa ze mnie sukienkę.
Budzę się i rozglądam po wnętrzu. Boże, to był tylko koszmar. Nagle widzę jakąś postać przede mną i chcę zacząć krzyczeć, ale rozpoznaję głos.
- Spokojnie, to ja - mówi Shawn - nie bój się, to był tylko koszmar.
Trzęsę się ze strachu. Shawn otacza mnie swoimi ramionami.
- Nie zasnę - szepczę.
- Spokojnie, po prostu zamknij oczy i spróbuj myśleć o czymś dobrym - odpowiada.
- Shawn, czy mógłbyś spać ze mną? - pytam się cicho, ale wiem, że usłyszał.
- Jesteś pewna?
Kiwam głową i czuję, jak Shawn wchodzi pod kołdrę. Jest cały zestresowany, czuję jego napięte mięśnie. Nie chce, żebym poczuła się jakby był tu Ryan. Podsuwam się do niego i mocno się przytulam. Po chwili nadchodzi błogi sen.
***

Otwieram oczy i siadam ze zdumienia. Jest już siódma dwadzieścia. Rozglądam się wokół i nie widzę nigdzie Shawna. Przeciągam się i wstaję. Po chwili do pokoju wchodzi Shawn i się uśmiecha.
- Mam nadzieję, że się choć trochę wyspałaś. Twój tata postanowił, że przywiezie ci rzeczy - i tu pokazuje na torbę leżącą pod biurkiem - śniadanie już czeka.
- Czemu mnie tak późno obudziłeś? - pytam się z lekką irytacją w głosie.
- Zdążysz się zebrać, zresztą, nie musimy iść na pierwszą lekcję. Czekam w salonie - mówi i wychodzi z pokoju, przy okazji zamykając drzwi.
Wyciągam ubrania z torby i widzę, że na szczęście tata podczas zapewnej nieobecności mamy spakował mi czarne rurki i moje vansy. Dziękuję w myślach ojcu za to, że o tym pomyślał. Biorę czystą bieliznę oraz pudrową, zwykłą bluzkę i udaję się do łazienki. Tam przebieram się szybko, rozczesuję włosy i myję zeby. W salonie jestem po dziesięciu minutach. Wita mnie mama Shawna.
- Dzień dobry, mam nadzieję, że dobrze ci się spało! Czasem Shawn tak chrapie, że nie da się zasnąć - śmieje się Karen.
- Dzięki mamo - mówi Shawn, opierając się o framugę drzwi. W ogóle nie jest zażenowany tym, że spaliśmy w jednym łóżku. Dobra, nic nie robiliśmy, ale ja z Ryanem nigdy nie siedziałam nawet na łóżku, bo od razu myślałby, że to jakaś propozycja.
Jem śniadanie w pośpiechu i widzę, jak Shawn uśmiecha się pod nosem.
- No co? Nie chcę się spóźnić, mamy dzisiaj przedstawiać - mówię i szybko wycieram usta. Odnoszę talerz do kuchni i dziękuję za pyszne naleśniki. Chcę pozmywać, ale Manny mnie zatrzymuje i mówi, że sam to zrobi.
    Karen podwozi nas pod samą szkołę, życząc nam miłego dnia. Mam na sobie jeszcze bluzę Shawna, a wszystkie rzeczy z wczorajszego dnia włożyłam do torby, którą przywiózł mi tata. Upycham ją do szafki, uprzednio wyjmując książki, które dzisiaj są mi potrzebne i wciskam je do mojej torebki. Shawn ciągle ze mną jest i czeka na mnie. Idziemy przez korytarz i dziękuje mu za to, co dla mnie zrobił.
- Madison - słyszę głos. Zamieram w miejscu, a moje serce zaczyna szybko bić. Patrzę z przerażeniem na Shawna, który stoi u mojego boku, ale on patrzy na punkt obok mnie. Przede mną, po mojej lewej stoi Ryan. Przez chwilę robi mi się go szkoda, bo widzę jego pokiereszowaną twarz, ale za chwilę przybieram obojętną minę, choć w środku jestem bardzo zestresowana.
- Nie chcę z tobą rozmawiać - mówię i przybliżam się do Shawna. Czuję się bezpieczniej, kiedy jest bliżej mnie. Nie jest pewny co ma zrobić, bo nie chce, żeby Ryan miał kolejny napad złości  z powodu obecności Shawna obok, ale za chwilę obejmuje moje ramiona ręką, tak jakby chciał odgrodzić mojego byłego ode mnie.
- Porozmawiaj ze mną, proszę - pierwszy raz widzę skruszonego Ryana. Wow. Nawet jeśli potrafi się opanować przy obecności innego chłopaka obok mnie, nie mogę go wysłuchać. Shawn chyba dochodzi do tego samego wniosku, bo patrzy na mnie pytająco, a ja kiwam głową. Idziemy do przodu, a Shawn mnie puszcza. Utrzymujemy pomiędzy sobą odległość.
- MADISON! - krzyczy, a ja mimowolnie się odwracam - ZACZEKAJ! KOCHAM CIĘ! - mówi, a ja nie wiem co się dzieje wokół.
***

W tym tygodniu powinien pojawić się jeszcze jeden rozdział, zobaczę jak szybko napiszę kolejny rozdział. Proszę o komentarz!

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 4

Kurwa. Modlę się, żeby Ryan niczego nie usłyszał, ale oczywiście szczęście nie jest po mojej stronie. Czuję mocny ścisk na przedramieniu i siłę, która mnie obraca. Kulę się z bólu.
- Proszę, puść mnie - syczę, a Ryan spogląda to na mnie i na Shawna. Puszcza, ale widzę jego wkurzoną minę.
- Po co mu twój numer? - warczy.
- Robimy razem projekt, przecież wiesz, że sama bym tego mu nie zaproponowała - odpowiadam równie zdenerwowana jak on i pocieram miejsce, w którym ścisnął swoją dłoń. Odwracam się w stronę Shawna i czuję rękę Ryana na moim tyłku. Biorę ją i przekładam na biodro, a Ryan mocno przyciska mnie do siebie.
- Ryan, chłopak Madison - spluwa i widzę, że  zazdrość opanowuje jego ciało. Automatycznie mam łzy w oczach i próbuję załagodzić dotykiem sytuację, ale to nie wiele daje. Od zawsze traktuje mnie przedmiotowo, więc oprócz tego, że może zrobić fizyczną krzywdę Shawnowi to mi psychiczną - jeśli ją kurwa dotkniesz, to możesz się pożegnać z rękoma, nogami i życiem. Ona jest moja i gdy zobaczę, że próbujesz z nią porozmawiać poza projektem, zajebię cię i obiecuję, że to będzie twój największy koszmar.
- Proszę, Ryan, uspokój się - szepczę i opanowuję smutek w głosie, ale nie do końca mi się to udaje. W sumie, Ryan nigdy by tego nie zauważył więc nie mam o co się martwić.
- Zamknij pysk, bo nie rozmawiam z tobą - mówi do mnie, a ja odsuwam się o kilka metrów od niego i kręcę głową z niedowierzania - kurwa, sorki Madison.
- Zapisuj - kieruję te słowa do Shawna i zaczynam dyktować numer. Przez moment stał bez ruchu, ale za chwilę widzę, że wyciąga komórkę i notuje - A ty - patrzę się na Ryana - przestań tak robić - mówię cicho i idę w drugą stronę.
- To kurwa twoja wina! - słyszę i spanikowana się odwracam.
- NIEE! - krzyczę i widzę jak Ryan przygotowuje się by uderzyć Shawna. Na moje szczęście daleko nie odeszłam, więc zanim wydaje cios podbiegam i rzucam się na Ryana. Nie spodziewał się niczego więc udaję mi się go popchnąć.
- Nigdy więcej - spluwam - nie zwalaj na innych swojej pieprzonej winy! Przestań się wyżywać na innych!  - Mówię głośno i przyciszam głos - jeszcze raz jak kogoś pobijesz, wylecisz z szkoły, pamiętasz? - patrzę się na niego ze zmartwieniem.
- Zostaw mnie w spokoju, bo zaraz i ciebie uderzę - mówi odchodzi, a ja krzywię się, bo przypomniał mi o tym jak dostałam od niego z liścia w twarz, bo powiedziałam mu o swoich obawach związanych ze zdradą. Za chwilę mnie przeprosił i od tego czasu ani razu fizycznie mnie nie skrzywdził, no chyba, że mam liczyć jego rękę zacisniętą wiele razy na moich rękach z powodu złości. Widzę, że i tak opanowuje się od tamtego czasu i mam nadzieję, że się zmieni. To było dwa miesiące temu więc to bardzo dobry postęp. Widzę, jak Shawn podchodzi do mnie. Przewracam oczami.
- Nic mi nie jest - uprzedzam jego pytanie - zadzwoń dzisiaj wieczorem i umówimy się na konkretną godzinę, bo nie wiem czy idę jutro do szkoły - zanim zdąży coś odpowiedzieć, idę w stronę szafek i chowam książkę do matematyki. Nie mam jej jutro, a w środę jest ostatnia więc zdążę ją wziąć i pójść na lekcję.
-MADISON! - słyszę piskliwy głos Claire i czuję jak jej ramiona zawijają się wokół moich barków, a za chwilę odskakuje - nie uwierzysz! Dzisiaj jest impreza! - piszczy i zaczyna skakać. Jej wielka ekscytacja jest spowodowana....niczym. Imprezy w naszym budynku odbywają się prawie ciągle - musisz dzisiaj do mnie przyjść, pomóc mi wybrać  jakąś kieckę i zrobić mi fryzurę! - wylicza - oczywiście wpadniesz? - patrzy na mnie błagalnymi oczami. Śmieję się.
- Oczywiście, że tak - widzę jak skacze i śmieję się jeszcze bardziej - nie wiem jednak, czy będę mile widziana. Pokłóciłam się z Ryanem - mówię i krzywię się jak przypominam sobie jego słowa.
- Oj tam - wzrusza ramionami. Oto jest i moja Claire - obojętna na to co się dzieje wokół niej, najważniejsze jest to, żeby ona była szczęśliwa. I przez to ją lubię -  mogę się jej zwierzyć, a ona pomoże jak jej się będzie chciało, ale nie rozpamiętuje tego - pokażemy Ryanowi, że warto się z tobą pogodzić! - zaczyna klaskać jak foka a następnie zamyka moją szafkę, bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę sali gdzie mamy następne zajęcia, a przez całą drogę gada o nadchodzącej imprezie. Nie mogę powstrzymać się od przewrócenia oczami.
                                                                   ***
- Nie to - mówię znudzona i widzę kwaśną minę Claire - ty naprawdę chcesz się spóźnić. Do dziewiętnastej brakuje trzydziestu minut, a ty nawet nie wybrałaś stroju.
I tak na pewno wybierze spodenki do połowy ud i bluzkę ledwo zakrywającą brzuch więc nie wiem po co wyciąga wszystkie ubrania. Tak jest zawsze.
- Dobra, biorę to - pokazuje spodenki z cekinami i bluzeczkę na ramiączkach. Przewracam oczami. Czego można byłoby się po niej spodziewać? Na pewno nie ładnego stylu. Szybko się przebiera. Dziwię się, że nie jest jej nigdy zimno. Ja mam na sobie dzisiejszy strój - oczywiście oprócz bluzy Shawna, którą schowałam do szafy. Później ją wypiorę, obiecuję sobie. Zamiast jego bluzy mam zwykły sweterek. Claire śmiała się z mojego stroju i stwierdziła, że kujonom takim jak Shawn na pewno bym się spodobała. Spojrzałam na nią jak na wariatkę i stwierdziłam, że nie będę ubierać się jak dziwka, a ta zaczęła bić mnie poduszkami. Śmieję się na samą myśl o tym i wracam do rzeczywistości. Claire już usadowiła się przede mną i czeka aż coś zrobię z jej włosami. Jest farbowaną rudą dziewczyną i ma włosy do szyi. Pasuje jej to do jej ciała, bo ma wszystkie potrzebne okrągłości. Dziwię się, że Ryan jest ze mną, a nie z nią, ale wiem, że obydwóm chodzi tylko o jedno i była to jednorazowa przygoda zanim jeszcze się z nimi zaprzyjaźniłam. Prostuję jej włosy, grzywkę za to faluję i kręcę. Wygląda jakby miała dziewiętnaście lat.  Maluje sobie usta czerwoną szminką i mi ją podaje. Odkładam ją na blat, ponieważ dzisiaj nie mam ochoty na jakieś strojenie, za to ona - bardzo dużą. Wiem, że trochę jej to zajmie. Słyszę dźwięk esemasa i patrzę na wyświetlacz. Jared wysłał mi jakiś plik z dopiskiem:
Jeden koleś nagrał cały koncert, słychać mnie do dziesiątej minuty.
Zawsze wysyła mi swoje nagrania więc ściągam je i wysyłam mu wiadomość, że odsłucham jak wrócę do domu. Lubię słuchać jego piosenek - pomimo fałszu i niezbyt dużych umiejętności. Gdy Claire jest gotowa, wychodzimy i idziemy do budynku w którym ma się odbyć impreza. Jest oddalony jakoś dziesięć minut od domu Claire, a pięćdziesiąt pięć minut od mojego. Bronx wcale nie jest taki zły jeśli przebywasz tu dłuższy czas.
- Czy Ryan wie, że będę? - pytam się.
- Nie - mówi i chichocze. Boże, jakie to wkurzający dźwięk - myślałam, że jak cię zobaczy seksi ubraną to ci wybaczy, ale nic z tego - jest zadowolona ze swojego żartu.
- Dla ciebie "seksi" to zdzirowato - mówię i czuję jej rękę na moim barku. Śmiejemy się jak głupie.
Przed budynkiem wita nas zapach papierosów i jointów oraz innych używek. Widzę w oczach Claire podekscytowanie.  Gdy wchodzimy do środka widzę około dwustu, jak nie więcej osób. Kierujemy się w stronę stołu, gdzie zawsze siadamy w szóstkę.
- Heej! - krzyczy Claire i przytula każdego z nich. A dokładniej Jasona, Toma i Michaela, bo nigdzie nie widzę Ryana. Robię to co ona, a na ich twarzach widzę zdenerwowanie.
- Coś nie tak? - pytam, a żaden z nich nie odpowiada - przytuliłam was, bo nigdzie nie widzę Ryana. Pewnie stoi za mną, co? I się boicie?
- Nie, to nie tak - mówi Michael i odwraca wzrok - myśleliśmy, że cię nie będzie.
- Gdzie jest Ryan? - Czuję jak atmosfera robi się coraz gęstsza - odpowie mi ktoś? - niecierpliwię się.
- Chcesz się napić? - pyta Jason. Czuję, jak moja irytacja rośnie z każdą sekundą.
- Gdzie on jest do cholery? - syczę.
- U góry - szepcze Tom - ale to nie tak jak myślisz.... - rozglądam się wokół i znajduję schody. Nigdy u góry nie byłam, bo nie miałam zamiaru. Piętro gdzie znajduje się Ryan jest zwane pukalnią, ale nie mam wyboru, muszę tam iść. Kieruję się w stronę schodów i słyszę jeszcze głos Toma, który prosi, żebym ich nie wydała.
Muszę mieć dowód. Może poszedł do góry po to by z kimś porozmawiać? Jestem tak zdesperowana, że nawet pocałunek mogłabym mu wybaczyć. Ale to nie ma sensu. Jeśli teraz coś robi to będzie definitywny koniec naszego związku. Przeciskam się przez tłum ludzi i wreszcie wchodzę po schodach.
- Ej, mała, tak sama? Szukasz towarzystwa? - pyta się mnie jakiś oblech. Popycham go na barierki i trzymam go za bluzkę.
- Gadaj, gdzie jest Ryan!?! - patrzy na mnie zdziwiony, ale wiem, że zna Ryana. Każdy go zna - W KTÓRYM POKOJU SIĘ PYTAM?!
- Sto szóstym. To nie ja ci powiedziałem - puszczam go, a on szybko ucieka. Co ten alkohol robi z ludźmi. Nie doprowadziłabym siebie do takiego stanu. Chyba.
Po pięciu minutach kręcenia się po długich korytarzach i szukania pokoju odnajduję pomieszczenie z numerem sto szóstym. Głęboko oddycham i otwieram drzwi. Wchodzę do pokoju i zaraz żałuję, że tu weszłam.  Pomimo, że są w ubraniach mam odruch wymiotny. Całuje jakąś inną dziewczynę. Na tym idiotycznym łóżku. Co.Za.Dupek.
- Nienawidzę cię - szeptam, ale Ryan dosłyszał to. Automatycznie schodzi z dziewczyny i staje wyprostowany - nienawidzę cię tak bardzo - mówię głośniej.
- To nie tak, ja po prostu... - mówi i podchodzi, ale cofam się.
- Nie podchodź - mam łzy w oczach, ale staram się je powstrzymać - zostań z nią. Nie mam ci nic do powiedzenia - zamykam po cichu drzwi i łzy zaczynają mi płynąć niekontrolowanie. Czuję na sobie ramię. Odwracam się i widzę Toma. Przytulam się mocno i zaczynam szlochać. Sprowadza mnie na dół i usadawia pośród naszej ekipy. Każdy siedzi cicho, a Claire przesiada się bliżej mnie i obejmuje mnie delikatnie. Odwzajemniam uścisk i ocieram łzy. Po około pięciu minutach uspokajam się. Nie wiedziałam, że przyjmę to tak.... normalnie? Nie urządziłam mu awantury. Nie zrobiłam nic. Może to go zdziwiło, ja po prostu byłam na taką ewentualność przygotowana.
- Jak długo to trwa? - pytam ich. Jason zabiera głos.
- Jakoś dwa miesiące - mówi i zaczyna go bronić - ale po prostu mówił, że nie zaspokajasz jego potrzeb do końca.
- Przestań go bronić - denerwuję się - nie spałam z nim ani razu i cieszę się, że tego nie zrobiłam. Pomimo tego, że mnie uderzył, to.... - łapię się za usta, bo wiem, że nikt o tym nie wiedział. Michael od razu reaguje.
- Czy on cię uderzył? - dopytuje się.
- Posłuchajcie, to i tak nie jest ważne. Proszę, dajcie mu spokój. Nie chcę go znać, a bez sensu rozpatrywać tę sprawę, wmieszacie w to wszystkich - odpowiadam.
- Czy to koniec naszych wspólnych spotkań? - pyta się Claire i widzę łzy w jej oczach. To właśnie ona, przejmuje się sobą w takich sytuacjach.
- Nie, oczywiście, że nie! - pociągam nosem i przytulam ją mocno - po prostu będziemy tak robić, że wykluczymy go z naszych wspólnych spotkań. I nie będę miała nic przeciwko, jeśli nadal będziecie się z nim trzymać.
- Może coś mocniejszego na rozluźnienie? - pyta się Tom i delikatnie uśmiecha.
Kręcę głową. Nie mam zamiaru przez niego brać narkotyków. Tylko wtedy kiedy najdzie mnie ochota.
- Pójdę do domu - mówię i dzwonię po taksówkę. Wybulę niezłą kasę za ten przewóz, ale nie mam ochoty iść sama kiedy jestem tak zdenerwowana.
Wychodzę na zewnątrz i taksówka pojawia się w przeciągu dziesięciu minut. Zawsze noszę pieniądze przy sobie, rodzice nie pozwoliliby mi wyjść bez gotówki, bo myślą, że poruszam się tylko po naszej dzielnicy. W taksówce ciągle płaczę. Wchodząc do mieszkania staram się robić jak najmniejszy hałas by matka nie widziała mnie w tym stanie. Zacznie mnie przesłuchiwać i znowu się pokłócimy o to, że nie mówię jej wszystkiego. Zamykam za sobą drzwi do pokoju i kieruję się do mojej łazienki. Tam zdejmuję ubrania i wchodzę pod prysznic. Szoruję moje ciało mydłem waniliowym,a następnie myję włosy. Ubieram swoją piżamę i rzucam się na moje łóżko. Jest dopiero dwudziesta, a ja jestem strasznie zmęczona.  Słyszę dźwięk esemesa.
Hej, tu Shawn. Mogę zadzwonić? Jeśli Ty to Ty, to napisz mi swoje imię, proszę:)

Tu Madison. Nie mogę rozmawiać. Możemy spotkać się po lekcjach, o szesnastej w bibliotece, którą poleca szkoła. Dobranoc.

Na poprawę humoru postanawiam puścić sobie muzykę. Zakładam słuchawki i odszukuję wysłany przez Jareda plik. Włączam go i przez pierwsze dziesięć minut słyszę jego fałsz i uśmiecham się pod nosem. Słyszę głos Shawna. Rozglądam się wokół i dopiero wtedy sobie uświadamiam, że jest na nagraniu. Zasypiam słuchając jego głosu.
                                                                          ***
    Wchodzę do biblioteki i kieruję się do stołów z komputerami. Jest już szesnasta dziesięć, ale na pewno czeka. Mam na sobie kremową sukienkę przed kolana, biały sweterek i czarne obcasy. Matka gdy dowiedziała się, że wychodzę robić projekt w publicznym miejscu kazała mi się ubrać przyzwoicie, jak na naszą rodzinę przystało. Włosy ładnie mi się same ułożyły w fale więc nawet ich nie dotykałam. Widzę go. Jest tak wysoki, że trudno go nie zauważyć. W szkole nawet nie rozmawialiśmy, ciągle Tom, Claire, Jason i Michael dotrzymywali mi towarzystwa, a Ryan się nie pojawił. Nadal trudno mi się pozbierać, ale przynajmniej się wyspałam co rzadko się zdarza. Obok stoi ktoś kogo na pewno znam.  To Lily. Podchodzę do nich.
- Co ona tu robi? - pytam się.
- Poprosiłem dyrektora by Lily mogła z nami robić projekt. Nie zdążymy sami zrobić tak dużego materiału więc każda pomoc się przyda - mówi i uśmiecha się do niej. Na jej twarz wstępują rumieńce. Z jednej strony czuję ulgę, bo nie będę się czuła aż tak niekomfortowo jakbym była tu tylko z nim, a z drugiej strony wkurzam się, ponieważ wiem, że sami dalibyśmy radę, ale nie komentuję tego. Każdy z nas zasiada do komputera i zaczynamy pracę. Jesteśmy tu sami i Shawn z Lily rozmawiają dosyć głośno. Ja się prawie nie udzielam, a mam ochotę skomentować jej rumieńce, jąkanie i wszystko inne, o Shawnie nie wspominając. Po sześćdziesięciu minutach Lily musi iść, bo ma dodatkowe zajęcia z biologii. Resztę czasu spędzamy w ciszy, od czasu do czasu Shawn próbuje zagadać, a ja tylko podsuwam mu materiał pod nos. Po dwóch godzinach wychodzimy z biblioteki ze skończonym projektem.
- Masz ochotę zjeść obiad? - pyta się z grzeczności.
- Nie, będę szła już do domu. Nie zapomnij przynieść projektu jutro - macham mu na pożegnanie i odwracam się w drugą stronę. Wiatr nie jest zbyt mocny. Staję w miejscu, bo widzę Ryana. Cofam się do tyłu. Boże, jest naćpany. Tak naćpany, że ledwo trzyma się na nogach. Macham ręką do tyłu i próbuję powiedzieć imię Shawna, ale nie daję rady. Serce bardzo szybko mi bije.  Chwyta mnie za ramię i rzuca na ścianę. Ledwo co utrzymuję równowagę. Szybko znowu mnie dopada i zaczyna przyduszać.
- Powiedz no dziwko, puściłaś się z nim? No, powiedz idiotko - i mocniej dopiera do ściany - ze mną nie chciałaś i masz oto pretensje - przybliża głowę do mojej - ale spokojnie, zaraz to zrobisz - śmieje się i puszcza mnie. Upadam na ziemię i próbuję złapać oddech. Podnosi mnie do góry i zrywa ze mnie sweter.
Mam łzy w oczach. Nikt się teraz tu nie kręci, jest to rzadko odwiedzana ulica.  Nie mogę nic z siebie wydusić i rozglądam się wokół szukając pomocy. Na końcu ulicy widzę Shawna odwróconego plecami i korzystającego z telefonu. Stał za daleko by usłyszeć słowa Ryana. W tym czasie Ryan dociska mnie do ściany i próbuje podciągnąć sukienkę, ale odpycham go trochę. Zbieram całą siłę w sobie i krzyczę głośno:
-SHAWN! - widzę, że usłyszał, bo odwraca się. Następnie upadam na kolana i zaczynam kaszleć.
                                                                   ***

Nie wiem kiedy dodam następny rozdział, piszę na bieżąco i staram się by były one dłuższe. Mam nadzieję, że pojawią się przynajmniej dwa w przyszłym tygodniu.

                                                            Czytasz = komentujesz!

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 3

    Przeciągam się i przecieram oczy. Powoli przypominam sobie co wczoraj się wydarzyło i spoglądam na zegar. Szybko rozbudzam się do końca i nie dowierzam własnym oczom. Jest siódma czterdzieści, a zaczynam matematyką. Gdybym nie przyszła albo się spóźniła, matematyczka na pewno zadzwoniłaby do mojej matki, a ta dowiedziałaby się o wszystkich nieobecnościach lub spóźnieniach. Wolę nie myśleć jaką karę by mi dała. Ojciec uważa, że to co robię idzie na mnie, a nie na nich więc sama powinnam dbać o swoja przyszłość i za to jestem mu wdzięczna. Włączam telefon i szybko dzwonię po taksówkę. Często umawiam się z Ryanem albo z kimś z ekipy, żeby po mnie przyjechał, ale pewnie już jadą gdzieś zapalić i jeśli mieliby po mnie wrócić, spóźnilibyśmy się wszyscy. Szybko udaję się do łazienki i spinam włosy, a następnie zmywam rozmazany tusz z twarzy. Wchodzę pod prysznic i opłukuję swoje ciało. Jestem strasznie zestresowana, nie mogę pozwolić na to, żebym była uziemiona do końca życia. Matka często sprawdza czy już wstała, ale dzisiaj tego nie zrobiła, świetnie. Wychodząc spod prysznica chwytam ręcznik i szybko osuszam swoje ciało, perfumuję się i rozczesuję włosy, i zostawiam je rozpuszczone - fale jeszcze się trzymają, także nie jest to najgorszy efekt. Następnie wybieram się do garderoby i decyduję się na zwykłą białą bluzkę, czarne rurki i zwykłe vansy. Patrzę na zegar i jest za dziesięć ósma. Jestem tak bardzo zdenerwowana, że przez pół minuty szukam torby, która leży przede mną. Na szczęście spakowałam ją poprzedniego dnia. Wyglądam przez okno i widzę taksówkę, a także mocne porywy wiatru. Rozglądam się spanikowana po pokoju i chwytam nabliższej leżącą bluzę koło mnie i wybiegam z mieszkania. Jestem przekonana, że Jared jest w domu, bo w piątki nie chodzi na pierwszą lekcję. Wsiadam do taksówki i się niecierpliwię. Moje liceum jest duże, ale sala matematyczna znajduje się niedaleko wejścia. Mam prawo zostawić książki w swojej szafce, ale często się spóźniam lub przyjeżdzam na czas więc nie chcę tracić tych kilka minut. Gdy wysiadam z taksówki, słyszę dzwonek. Jestem ucieszona, bo przekupiłam kierowcę żeby jechał jak najszybciej może, a dwuminutowe spóźnienie mi nie zaszkodzi. Wchodzę do klasy i siadam z tyłu, obok Toma. Jason,Michael i Ryan chodzili do różnych klas, tylko niektóre lekcje miałam wspólnie z nimi. Pani Leons zaczyna do mnie mówić.
- Masz szczęście, że dzisiaj przychodzi do nas nasz nowy uczeń, inaczej byłabym zmuszona zadzwonić do twojej matki, panno Vellonce.
Podnoszę jedną brew do góry, ale nie mam zamiaru z nią dyskutować. Tom zamiast słuchać, rozmawia ze mną i Claire. Nie są jakoś bardzo uzdolnieni, w przeciwieństwie do mnie. Nie da się ukryć, że uczę się dobrze.
- Madison, co to za bluza? Kupiłaś sobie znowu nową? - pyta się Claire.
Spoglądam na dół i widzę bluzę Shawna. Musiałam w tym całym zamieszaniu zapomnieć oddać, a rano przez przypadek ją wzięłam. Nerwowo oblizuję usta i przygryzam policzki. Nie mam jakoś szczególnej ochoty jej się tłumaczyć. Na szczęście ratuje mnie dźwięk otwieranych drzwi. Jednak gdy widzę kto wchodzi, zjeżdzam trochę niżej by mnie nie zauważył. Poprawiam się za chwilę, bo wiem, że to ja tu rządzę i ja decyduję to co robię. W drzwiach stoi Shawn z szkolną psycholog.
- Witajcie, mam nadzieję, że pani Leons uprzedziła was o przybyciu nowego ucznia do waszej klasy. Mam nadzieję, że ciepło go przyjmiecie - i kieruje głowę w moją stronę - i, że nie sprawicie mu przykrości.
- Na pewno - uśmiecham się chytro i stukam paznokciami o blat, ale przypominam sobie, że Shawn tu jest i mam na sobie jego bluzę, więc chrząkam i usadzam się wygodnie. Spoglądam na jego twarz i widzę jego uśmiech. Przewracam oczami, a Shawn zaczyna się przedstawiać.
- Hej, jestem Shawn Mendes, przeprowadziłem się z Toronto do Nowego Jorku. Nic ciekawego nie robię ani niczym ciekawym się nie pasjonuję - uśmiecha się, a jedna czwarta dziewczyn chichocze. Podnoszę obie brwi do góry i się im przyglądam. Nigdy ich nie zechce. Zechce, bo są w jego typie, poprawiam się szybko. Pedagog wychodzi, a ja słyszę głos Claire.
- Czeeeść, jestem Shawn i myślę, że jestem fajny - próbuje naśladować jego głos. Pomimo, że nie było to śmieszne, śmieje się i kręcę głową. Czasami tępotę Claire muszę po prostu przeżyć, a nie komentować.  Słyszę głos Lily, klasowej kujonki, która siedzi pod oknem - jak zawsze sama.
- Sha-Shawn - jąka się - jeś-jeśli chcesz to moż-możesz usiąść ko-koło mnie - i od razu się rumieni.
- Jasne, dziękuję - uśmiecha się i siada koło niej. Przewracam oczami.  Pani Leons na chwilę wychodzi, pozostawiając nas bez opieki. Większość dziewczyn skupia się na Shawnie, a ja rozmawiam z Claire i Jasonem. Nie minęła nawet połowa lekcji. Z głośników zaczyna dobiegać głos sekretarki.
- Do gabinetu pana dyrektora proszona jest uczennica Madison Vallence. Powtarzam, do gabinetu pana dyrektora jest proszona uczennica Madison Vallence.
Śmieję się pod nosem i pakuję książki do torby. Cała klasa zamarła gdy przez głośnik był ogłaszany komunikat. Zakładam torbę na ramię i przy samym drzwiach staję, odwracam się w stronę wszystkich i głośno mówię.
- Jeśli chcecie się ze mną umówić, możecie się zapytać, a nie tak patrzyć - wychodząc z sali, słyszę śmiech tylko Claire i Jasona,, bo wiem, że ponad połowa osób zbaraniała, a reszta szybko spuściła głowy i zaczęła zajmować się czymś innym. No, oprócz Shawna, który pewnie teraz się irytująco uśmiechał. Bez pukania wchodzę do gabinetu dyrektora,a z korytarza słyszę komentarz sekretarki, żebym nauczyła się pukać do drzwi. Zamykam za sobą drzwi, siadam na krześle i nawiązuję konwersację.
- Coś się stało? - pytam i widzę, że dyrektor jest speszony moją postawą, ale szybko zmienia wyraz twarzy.
- Macie nowego ucznia w klasie, prawda? - podnosi palec, widząc, że próbuję zabrać głos, więc przymykam się na chwilę - jako, iż jesteś jedną z najlepiej uczących się osób, postanowiłem, że zrobisz projekt z - i tu spogląda na kartkę, a ja patrzę na niego jak na idiotę - z Shawnem Mendesem na temat dlaczego warto się dobrze uczyć. Wybrałem ciebie, ponieważ żeby dostać wyróżnienie, musisz mieć bardzo dobre zachowanie, a daleko ci do niego wybiorę. Shawn otworzy się przed innymi osobami,a ty wiesz jakie masz korzyści. Zróbcie to na środę.
- Pan sobie żartuje - warczę i nie dowierzam własnym uszom. Mam coś zrobić, bo tak mi każe?
- Posłuchaj. Jeśli to zrobisz, nie powiadomię twojej matki o twoich nieusprawiedliwionych godzinach. Inaczej twoja matka się dowie. To twój wybór. Przekaż to Shawnowi i daj mu to - podaje mi kartkę - i jeśli nie dowie się do następnej godziny lekcyjnej, osobiście z nim porozmawiam, tak samo jak z twoją matką.
Wyszarpuję kartki z jego dłoni i wychodzę z gabinetu. Siadam na schodach przed salą i czekam na dzwonek. Nie mam zamiaru wchodzić na lekcję by pobyć tam pięć minut i wyjść. Muszę jeszcze pożyczyć zeszyt by uzupełnić notatki. Wezmę go od Lily, bo Claire i Jason mają w dupie, że pani Leons za brak uzupełnionego zeszytu wstawia bardzo dużo negatywnych ocen. Wreszcie słyszę oczekiwany dzwonek i Claire podchodzi do mnie.
- O co chodziło? - pyta się mnie, a zaraz obok pojawia się Jason.
- Powiem wam później, teraz muszę coś załatwić - mówię i macham im na pożegnanie, bo widzę, że Lily wychodzi z sali. No jasne, a z kim innym, jak nie z Shawnem. Pochodzę do niej i zaczynam rozmowę.
- Pożyczysz mi zeszyt? - pytam się. Nigdy na matematyce byłam nieobecna, więc jest to jednorazowa sytuacja, że z nią rozmawiam.
-J-ja? - jącze się - j-jas-jasne - widzę, jak na jej twarz wstępuje rumieniec, a za chwilę wszystkie książki wypadają jej z plecaka.
- Spokojnie - mówi Shawn do niej i pomaga zbierać książki. Przez przypadek dotyka jej ręki.\
- No normalnie jak w jakimś romansidle - mam ochotę przeklnąć, ale wiem, że za ścianą siedzi matematyczka i może to usłyszeć - Shawn, mógłbyś mi pożyczyć zeszyt? A, i chodź na chwilę, zaraz twój ukochany wróci.
Twarz Lily przypomina teraz czerwonego, dojrzałego buraka. Zaczynam się śmiać i odchodzę trochę od Lily, a Shawn podąża za mną. Podaję mu kartkę, którą dał mi dyrektor.
- Mamy zrobić projekt na pojutrze, jutro spotkamy się w bibliotece - mówię.
- A może jutro nie mogę? - widzę na jego twarzy ten irytujący uśmiech.
- No to nie, Boże, sama to zrobię, pieprz się - idę przed siebie i słyszę jego śmiech. Jest uroczy. A raczej brzydki, poprawiam się. Wracam na miejsce, gdzie wcześniej stałam - i co cię tak bawi?
- To był żart, Madison - uśmiecha się i patrzy na mój ubiór - tak w ogóle, to ładna bluza - oh, nie spodziewałam się tego. Nerwowo przygryzam policzek.
-  Po prostu rano się śpieszyłam i nie zauważyłam, że właśnie ją biorę. Wypiorę ją i ci oddam niedługo, nie martw się - mówię i znów czuję się pewniejsza siebie - mogłabym prosić twój zeszyt, bo się śpieszę?
Shawn wyciąga i mi go podaje, a ja cicho dziękuję. Odwracam się i idę przed siebie.Oh, kurwa. Widzę Ryana. Modlę się, żeby Shawn się nie odezwał, bo zazdrość Ryana jest naprawdę bardzo niezdrowa. Niestety moje modlitwy nie zostają wysłuchane.
-A, Madison - mówi i słyszę odgłosy jego butów. Odwracam się w jego stronę i przegryzam wargę - dałabyś mi swój numer telefonu?
                ***
Proszę o komentarz z opinią!

środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 2

    Wszystkie osoby przy stolikach przysłuchują się z ciekawością. Rozpoznaję utwór. To Summertime sadness Lany Del Rey. Gra na gitarze i śpiewa jeszcze kilka utwórów, a gdy kończy, na sali każdy wstaje i zaczyna bić brawo. Przewracam oczami. Czy my, kurwa, jesteśmy na jakimś idiotycznym koncercie? myślę, ale wstaję i cicho klaskam, by rodzice się nie przyczepili, że zachowuję się niestosownie. Na scenę wchodzi jeszcze kilka nastoletnich artystów, a następnie wszyscy zasiadają do stolików by zjeść coś ciepłego. Jared podchodzi i mnie przytula. Odwzajemniam uścisk i gratuluję mu pięknego występu, choć wcale tak nie sądzę. Ma talent, ale powinien jeszcze poćwiczyć przez przynajmniej dwadzieścia lat by wyjść na prawdziwą scenę. Shawn podchodzi i przedstawia się moim rodzicom, podając im rękę - i oczywiście - zaczyna od mojej matki. Gentelmen, myślę i przewracam oczami. Widzę tylko zaciskającą się szczękę mojej rodzicielki więc wiem, że jeszcze coś zrobię,a  mogę pożegnać się z wyjściami i telefonem. Shawn podaje mi rękę i mam ochotę popatrzyć na niego jak na idiotę, ale czuję na sobie wzrok matki, więc odwzajemniam uścisk i wypowiadam swoje imię.
- Słucham? - mówi i nachyla się trochę by usłyszeć to co powiem - przepraszam, nie zrozumiałem - i obdarowuje mnie swoim uśmiechem. Podnoszę jedną brew do góry.
- Madison - warczę, ale zdobywam się na pełny uśmiech. Boże, moja matka tak mnie ogranicza.
Śmieje się i siada koło swojego ojca, a naprzeciwko mnie. Zmuszam się by zjeść odrobinę kurczaka w sosie waniliowym, którego przed chwilą podano, ale jakoś tracę apetyt. Mam ochotę przywalić Shawnowi w twarz, bo czuję ciągle jego wzrok na mnie. Wkurzona patrzę w jego stronę, ale on w najlepsze gada z moją rodziną. Kręcę głową ze zdziwienia. To paranoja. Nienawidzę go, przez niego nie czuję się komfortowo. Chwytam moją matkę za ramię.
- Mamo, źle się czuję. Możemy wracać do domu? - Pytam się jej.
- Ty sobie chyba żartujesz, prawda? Jestem w środku rozmowy i masz czelność mi przerywać. Zresztą, wiesz, jaka jest umowa. Jeszcze godzina cię nie zbawi - syczy i odwraca się w stronę Shawna z uroczym uśmiechem, próbując ponownie nawiązać konwersację, ale on jej przerywa.
- Jeśli naprawdę Madison źle się czuje, to nie ma problemu, mogę ją odwieźć. Przyjechałem własnym autem - deklaruje, na co szybko reaguję.
- W takim wypadku czuję się wyśmienicie i mogę zostać jeszcze dziesięć godzin jeśli macie taką ochotę - warczę.
- Skoro tak mówisz - zaczyna moja matka. Zaczynam się cieszyć, ale widzę, że kieruje słowa do tego pieprzonego chłopaka - proszę, zawieź ją. Będę naprawdę wdzięczna.
Co za idiotka. Oddaje mnie w ręce jakiegoś nieznajomego, a gdy chcę wyjść z kolegami, to mi nie pozwala.  Podaje mi klucze i patrzy surowo. Przewracam oczami i biorę je w rękę, a następnie chowam do kieszeni. Wstaję i idę przed siebie, ale Shawn mnie wyprzedza i przytrzymuje mi drzwi oraz przepuszcza przez nie. Jest około dwudziestej pierwszej i zaczynają mnie przechodzić dreszcze. Chyba wyleżę dwa tygodnie w łóżku, choć mam nadzieję, że to jednodniowa choroba. Shawn zauważa, że się trzęsę.
- Chcesz moją bluzę? - Pyta.
- Nie widzę, żebyś jakąś miał, więc to idiotyczne pytanie - warczę i patrzę na niego spod byka.
- Proszę - wyciąga ją z plecaka i mi ją podaje.
- Daleko zaparkowany masz samochód? - Pytam się niegrzecznym tonem.
- Pięć minut piechotą. Widzę, że ci zimno. Ubierz ją, proszę - mówi.
Wcale nie mam ochoty jej ubierać, ale jest mi tak zimno, że zmuszam się by ją chwycić i na siebie nałożyć. Jest trochę za duża, ponieważ Shawn ma około metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, przynajmniej tak wysoki się wydaje. Wącham ją i czuję piękne perfumy.
- Hugo Boss - mruczę i wdycham ten wspaniały zapach.
- Tak, zgadza się - śmieje się, a ja od razu chwytam się za usta. Boże, wcale nie chciałam tego powiedzieć ani zrobić. Czuję się głupio. Postanawiam, że nie odezwę się do końca podróży. Gdy jesteśmy przy jego samochodzie, otwiera mi drzwi. Trudno mi określić markę, nie jest za nowy, ale nie jest też stary.  Siadam i zapinam pasy. Shawn wsiada do samochodu i podaje mi GPS-a prosząc, żebym wpisała adres. Wykonuję polecenie i opieram się o oparcie. Włącza cicho muzykę i co chwilę spogląda na mnie.
- Nie masz na co się gapić? - pytam i zaczynam kaszleć.
- Nic ci nie jest? Może chcesz żebym się zatrzymał? - pyta. Patrzę na niego spod byka, ale widzę zatroskany wyraz twarzy. Nie zatroskany, na pewno nie. Obawia się, że obrzygam mu tapicerkę.
- Chcę być w domu i nie siedzieć z tobą w tym zasranym aucie - warczę i spoglądam na widoki za oknem, ale kątem oka wyłapuję jego przeczący ruch głową i uśmiech. Nie wytrzymuję - no, powiedz, jaka ze mnie idiotka - odwracam się z impetem w jego stronę - żałosna dziewczyna, głupia i brzydka złości się na ciebie. No powiedz to głośno, nie wstydź się - oddycham ciężko, ponieważ moja irytacja wzrasta z każdą sekundą.
- Nic takiego nie powiedziałem ani nie pomyślałem - uśmiecha się i parkuje samochód. Dopiero teraz orientuję się, że jesteśmy przed moim blokiem, apartamentowcem, jak zwał tak zwał. Szybko wychodzę z samochodu i idę po schodach w stronę drzwi prowadzących do mojej klatki wejściowej, za chwilę słyszę jego głos - poczekaj, odprowadzę cię pod same drzwi, to nie jest dobry pomysł żebyś szła sama!
- PIERDOL SIĘ - wykrzykuję i biegnę pod same drzwi mojego mieszkania. Na szczęście nie słyszę żadnego odgłosu oprócz mojego oddechu, więc wiem, że za mną nie pobiegł. Odkluczam drzwi, wchodzę do mieszkania oraz zakluczam je na wszystkie spusty. Zdejmuję buty i zostawiam je brzydko poukładane w przedpokoju, a następnie kieruję się w stronę mojego pokoju. Tam przebieram się w piżamę, piszę esemesa do rodziców, że jestem już w domu i kładę się do łóżka. Nie mam ochoty na prysznic, tylko na sen. Mój telefon zaczyna wibrować, więc spoglądam zmęczona na ekran i wyświetla się nazwisko Ryana. Przewracam oczami, odrzucam połączenie i wyłączam telefon. Gaszę światło i chowam się pod ciepłą pierzyną, a niedługo po tym dopada mnie błogi sen.
                                                                                ***
Rozdziały póki są krótkie, bo wszystko piszę na bieżąco i po prostu staram się, by były jak najszybciej. Proszę o zostawienie komentarza z opinią!

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 1

  INFORMACJA: OPOWIADANIE ZOSTAŁO PRZENIESIONE NA: https://www.wattpad.com/myworks/122728280-proud-dreams

  rok 2015, nie wszystkie dane związane z Shawnem są prawdziwe!

                                                                        ***

    Ryan słodko się uśmiecha i nachyla w moją stronę.
- No chodź, pokój u góry jest wolny - całuje mocno moją szyję. W myślach się wzdrygam. Nie, żeby mnie obrzydzał - Ryan ma krótkie blond włosy, niebieskie oczy i wyrazistą twarz, wygląda jakby bił się z przynajmniej tysiącem osób, co może być prawdą. Jest moim chłopakiem od trzech miesięcy i już chce, żebym poszła z nim do łóżka.
- Powiedziałam, że nie chcę - odsuwam go ręką od siebie, ale za chwilę mnie przygniata.
- Dlaczego? - Pyta. Hmmm, może dlatego, że nie jestem sprzedajną kurwą? myślę sobie, ale nie odpowiadam.  Jestem przekonana, że na boku zalicza wszystkie dziewczyny, które napotka, ale nie mam na to dowodów. To kolejny powód dlaczego nie chcę tego robić. Gdy czuję jego wzrok na mojej twarzy, patrzę się na niego i wzruszam ramionami - Boże, Madison, kiedy to zrobisz? Masz już siedemnaście lat, wystarczy bawienia się w czystą dziewczynkę - mówi i całuje mnie po obojczykach.
W tej samej chwili słyszę dzwonek mojego telefonu. Patrzę na niego przepraszającym wzrokiem, a w myślach dziękuję osobie, która wykonuje połączenie do mnie. Spoglądam na wyświetlacz. Przewracam oczami i odbieram.
- Tak, mamo? - Ryan stoi z skrzyżowanymi rękoma i wygląda na zniecierpliwionego.
- Za dziewięćdziesiąt minut jedziemy! Chcesz się znowu spóźnić? Radzę ci być w domu za godzinę, w innym razie inaczej porozmawiamy - mówi surowym głosem i się rozłącza.
To nie tak, że moja matka nie ma uczuć. Po prostu jest pieprzoną idealistką i lubi być wszędzie przed czasem.  Nie zwracając uwagi na Ryana, idę przed siebie i wchodzę do wielkiej sali, gdzie znajduje się około stu osób. Czuję mocne uderzenie w tyłek, ale na szczęście i nieszczęście jest to Ryan. Jest cały wyszczerzony. Zawsze lubi pokazywać, że jestem jego. Irytuje mnie to, ale staram się nie zwracać na to większej uwagi. Podchodzi do mnie Claire i przytula mocno. Jest przyzwyczajona do moich niedzielnych wieczornych wyjść z rodziną. Moi rodziciele są przeciwni mojej znajomości z tymi ludźmi. Wraz z ekipą przychodzimy do tego opuszczonego budynku średnio cztery razy w tygodniu i większość z nich ćpie, pije i pali. Mi też się to dosyć często zdarza, ale rodzice nie mają mnie jak przyłapać na tym, bo bardzo dobrze się uczę więc nie mają powodu żeby nie puszczać mnie na noc do koleżanek - w rzeczywistości przychodzę tutaj. W moim najbliższym gronie znajduje się 5 osób - Claire, Ryan, Jason, Tom i Michael. Tak naprawdę nikomu nie ufam, ale to jest dosyć delikatny szczegół i nikt na to nie zwraca uwagi - w końcu wszyscy tutaj zażywamy narkotyków, więc tutaj słowo ufność ma inną wartość niż w normalnym życiu. Po pożegnaniu się z wiekszością grupy wychodzę z pomieszczenia. Przed wyjściem słyszę głos Toma, który dopytywał się o szczegóły. Przewracam oczami. Na pewno Ryan zacznie kłamać na ten temat, ale mam to głęboko w pośladkach. Jest już marzec, więc narzucam na siebie tylko bluzę pomimo, że nie jest najcieplej. Mieszkam na Manhattanie, a z tej dzielnicy przedrzeć się do niej wymaga niezłej determinacji, bowiem nawet o osiemnastej ulice są zakorkowane, co nie sprzyja przejazdom. Udaję się na metro i po pięćdziesięciu pięciu minutach jestem pod naszym mieszkaniem. Wchodzę do domu i udaję się prosto do swojego pokoju, by nie słuchać uwag mojej mamy. "Boże, dziecko, jak ty wyglądasz? Bluzy są wyłącznie dla chłopców!" "Dlaczego masz spodnie? Nie po to masz połowę garderoby zajętą sukienkami i spódniczkami byś ubierała to badziewie!" "Wyglądasz, jakbyś wyszła z bazaru" - to częste teksty mojej matki skierowane w stronę mojego ubioru. Nie zwracam na nią uwagi, bo wiem, że nie czepiałaby się mnie gdybym dopasowała spodnie do szpilek i eleganckiej koszuli.
    Mój pokój nie jest zbyt duży - ma około piętnastu metrów kwadratowych. Wszystko jest w odcieni bieli i czerni, jest normalny. Mam biurko, duże łóżko, telewizor, garderobę, dwie sofy i stolik, kilka szafek i innych dupereli. Obok mam moją własną łazienkę. Wchodzę do niej i rozczesuję włosy, a następnie chwytam lokówkę. Blond loki opadają na klatkę piersiową i tworzą dobry efekt. Naturalnie mam fale, ale chciałam je podkreślić.  Następnie nakładam odrobinę mascary na rzęsy i przejeżdżam szminką po ustach.  Wychodzę z łazienki i wybieram białą sukienkę z krótkimi rękawami. Była najzwyklejsza, i kończyła się przed kolanami więc matka będzie zadowolona. Na stopy wkładam czarne buty z obcasami. Lubię mininalizm. Mam około metr siedemdziesięciu  wzrostu, więc nie byłam najniższa ani najwyższa. Sukienka bardzo ładnie na mnie leży, bowiem mam mały biust i dzięki temu wizja projektanta spełnia się w całości. W salonie rodzice już na mnie czekają wraz z moim dwunastoletnim bratem, Jaredem. Poganiają mnie i szybko wsiadamy do  samochodu mojego ojca - Porsche Panamera. Gdy dojeżdzamy na miejsce i tata zaparkowuje samochód, udajemy się w stronę knajpki. Jak co tydzień, Jared gra w niej kilka utworów, bo sobotni wieczór jest przeznaczony dla młodych talentów, tak do dwudziestego pierwszego roku życia - na widowni często siedzą wydawcy płyt i szukają utalentowanych osób. Póki co Jaredowi idzie dobrze, ale nie aż tak dobrze, żeby cokolwiek wydać - najczęściej gra covery, jak większość osób. Siadamy przy siedmioosobowym stole i czekamy aż koncert się zacznie. Za chwilę dosiada się jakaś pani wraz z mężem i przedstawiają się nazwiskiem Mendes. Moi rodzice rozmawiają z nimi, widać, że wciągnęła ich ta rozmowa. Mam ochotę wyciągnąć telefon i napisać do Claire, ale wiem, że moja matka dałaby mi taki opieprz, że bym to do końca życia to zapamiętała. Zamiast tego przysłuchuję się rozmowie. Udaje mi się wyłapać, że przeprowadzili się do Nowego Jorku z Toronto niecałe dwa tygodnie temu, są szczęśliwymi posiadaczami syna i córki, a nawet ich syneczek będzie grał na tej scenie. Mam ochotę walnąć ich w łeb i powiedzieć, że to nic wyjątkowego, bo każdy może się tu zaprezentować, ale powstrzymuję się. Na szczęście potrafię się zachować przy towarzystwie ludzi dorosłych, także moi rodziciele totalnie nie tolerują żadnych wyzwisk ani braku tolerancji (choć sami ciągle wszystko komentują), bo czasami mam ochotę powiedzieć Jaredowi kilka niemiłych rzeczy kiedy zasiada na scenie. W tym momencie wychodzi mój brat i zaczyna śpiewać, a obok mnie siada córka państwa Mendes,  Aaliyah. Posyła swój uśmiech do mnie i słyszę, jak przedstawia się moim rodzicom. Ma tyle lat co mój brat. Gromkie oklaski roznoszą się po sali gdy Jared kończy śpiewać trzecią z rzędu piosenkę. Na scenę zamiast niego wchodzi jakiś chłopak. Prostuję się i momentalnie skupiam całą uwagę na nim. Jest szatynem, ma brązowe oczy i prześliczne rysy twarzy. Jest przystojny i umięśniony. To znaczy brzydki i ohydny, automatycznie poprawiam się w myślach i rozglądam się wokół czy ktokolwiek przypadkiem nie czytał mi w myślach. Na szczęście wszyscy są skupieni na scenie, więc się uspokajam. Przybieram obojętny wyraz twarzy i od razu widzę, że nie jest w moim typie. Ubrany w czarną koszulę i czarne jeansy wygląda normalnie, tak, to odpowiednie słowo. Zaczyna mówić do mikrofonu.
- Witam wszystkich, nazywam się Shawn Mendes - nagle dostaję olśnienia, że to syn państwa siedzącymi z nami przy stole - mam siedemnaście lat i będzie to mój pierwszy koncert, który tutaj wykonam. Mam nadzieję, że nie skrzywdzę niczyich uszu - na sali słychać śmiech. Podnoszę jedną brew, bowiem nawet mnie to nie rozśmieszyło - życzę miłego słuchania.

                                                                  ***

Rozdziały pierwsze są prawie zawsze nudne (dobra, ten jest wyjątkowy nudny). Krótki wstęp do tego, na czym to będzie się opierać. Proszę o zostawienie komentarza wraz z opinią!