czwartek, 14 września 2017
sobota, 17 czerwca 2017
Rozdział 14
Uczucie
niepewności towarzyszy mi do samych drzwi; w środku budynku znajduje się Tom z
chłopakami. Nie wiem, czy dobrze robię, idąc tu, ale muszę się jakoś oderwać od
tego wszystkiego. Muszę wrócić do życia, już za długo ukazywałam swoją słabość.
Nie jestem do tego przyzwyczajona, zresztą oni tak samo. Widzę to po ich
minach, gdy wchodzę do środka. Pierwszego zauważam Jasona; chyba się tu mnie
nie spodziewał. Michael za to patrzy na mnie spod ukosa, jakby nie wierząc, że
ja to ja. Rzeczywiście, jakiś czas się tu nie pokazywałam. Nie wiedziałam, że
jestem w stanie tyle wytrzymać bez imprez oraz używek. Rozglądam się wokół,
poszukując Toma. Nagle jego ręce znajdują się na moich biodrach; wzdrygam się,
nie czuję się komfortowo. Chyba wyczuwa moją zmianę nastroju, ponieważ okrąża
mnie, staje przede mną i zamyka w niedźwiedzim uścisku.
- Ładnie wyglądasz – mówi.
Ubrałam się nijak; narzuciłam czarny
kardigan na zwykłą, białą bluzkę, mam na sobie mom jeansy i tomsy. Nie chciało
mi się nawet nakładać makijażu, więc przychodzę bez niego. Obawiałam się także,
że zacznę płakać, a to spowodowałoby katastrofę związaną z rozmazanym makijażem.
Ubiorem bardzo odróżniam się od reszty dziewczyn. Każda z nich jest ubrana w
obcisłe ubrania, podkreślające wszystkie atuty; na twarzy mają więcej
kosmetyków, niż ja mam w kosmetyczce. Ale nie obchodzi mnie to; jedyną osobą,
której zwracałam na to uwagę, była Claire. No właśnie, była. Nie mam zamiaru
zastępować jej kimś innym.
Kiwam mu więc głową na znak, że słyszę i przyjmuję komplement. Idę do reszty i
z każdym witam się po kolei. Zajmujemy ten sam stolik, co zawsze. Dziwnie, że
siedzimy tu w czwórkę, a nie szóstkę. Nie brakuje mi Ryana. Mimo że Claire
rzadko bywała przy naszym stoliku (bo szła gdzieś z jakimiś nowo poznanymi
chłopakami), to jej nieobecność jest bardzo wyczuwalna. Nie lubię tego nowego
uczucia samotności. Siedzę między nimi i pijemy, a ja czuję się jak obca.
Rozmowy w ogóle mnie nie dotyczą; próbują mnie zagadać, ale ja tylko wznoszę
kieliszek do góry i dzięki mnie, a może przeze mnie, wszyscy jesteśmy szybko
wstawieni. Tom prosi mnie na bok. Idę razem z nim; podaję mu rękę, tłum ludzi
idących w przeciwną stronę jest tak duży, że
nieraz prawie mnie porywają, ale jego dłoń jest silna, nie puszcza mojej nawet
na sekundę. Stajemy z boku, tak, by nikomu nie przeszkadzać. Widzę, że wyjmuje
coś z kieszeni; rozpoznaję charakterystyczny kształt.
- Nie chciałem przy chłopakach, nie załatwiłem tyle towaru –
widzę, że nieźle się wstawił. Jego słowa przypominają raczej bełkot; uśmiecha
się zawadiacko. W jednej ręce trzyma jointa, w drugiej zapalniczkę. Po chwili
przekazuje mi asortyment. Zaciągam się, a dym wypełnia moje płuca. Wzdycham
spokojnie; jakby z ulgą. Czuję, jak umysł się relaksuje; po paru buchach znika
poczucie strachu. Patrzę na Toma z wdzięcznością, ale zamiast jego twarzy widzę
Shawna. Jaki on jest piękny. Widzę jednak, że Shawn się rozgląda. O co chodzi?
Podążam za jego wzrokiem. Nie potrafię dostrzec niczego innego niż prawie
całkowicie roznegliżowanych dziewczyn. Czuję, jak serce mnie kłuje z zazdrości.
Tak bardzo chciałabym, żeby jego wzrok był utkwiony tylko i wyłącznie we mnie. Po
co patrzy na inne, skoro ma mnie?
- Rozpoznaję kilka z nich, spokojnie zazdrośnico – jakiś
niepodobny głos do Shawna powoduje, że patrzę z powrotem na niego, ale zamiast
jego postaci, widzę Toma. Zaczynam histerycznie chichotać.
- Przepraszam – trudno mi mówić, śmiejąc się – widziałam Mendesa
zamiast ciebie i… - tym razem to ja widzę zazdrość w oczach Toma, więc
przestaję. Po chwili odzywam się ponownie – zabierz mnie do Shawna.
- Słucham? – widzę złość w jego oczach.
- Prooooszęęęę – rzucam mu się na szyję i teatralnie trzepoczę
rzęsami – zabierz mnie tam – ponownie zaczynam chichotać. Tom przewraca oczami,
a na ten gest przypadkowo mój śmiech zmienia się w chrumkanie. Zanoszę się
jeszcze głośniej; oczy Toma łagodnieją; dołącza się do mnie i celowo zaczyna mówić
do mnie metaforami i porównaniami związanymi ze świnkami.
Bierze mnie pod rękę
i prowadzi w stronę wyjścia. Podmuch świeżego, zimnego powietrza uderza we mnie
z podwójną siłą; delikatnie się cofam, a Tom patrzy na mnie pytającym wzrokiem.
- Na pewno chcesz jechać w takim stanie do Mendesów? Jego matka
cię zabije.
- To przynajmniej będę z Claire – mówię i od razu żałuję.
Wspomnienia powoli przelatują mi przez głowę – błagam, zabierz mnie tam jak
najszybciej.
Kiwa głową ze
zrozumieniem; widzę, że lekko przygasł. Nie chciałam wracać do Claire; mnie też
to boli, naprawdę. Tom siada na swój motocykl, ja zaraz za nim. Podaję adres,
gdzie ma mnie zawieźć, a już po chwili czuję, jak moje ciało odlatuje. Mocno
przytulam się do pleców kierującego pojazdem. Relaksuję się. Po chwili
(przynajmniej dla mnie) jesteśmy już pod ich blokiem. Zsiadam z motocyklu i
przytulam go na pożegnanie.
- Na pewno nie chcesz, żebym cię odprowadził pod same drzwi? –
pyta.
- Chyba nieee – widzę, że po tej przerwie alkohol i zioło działają
inaczej, niż zazwyczaj. Już czuję tego
porannego kaca (także moralnego).
Tom zsiada z maszyny, chwyta mnie za rękę i prowadzi pod same
drzwi.
- Jest już dziewiąta, na pewno? A jeśli śpią?
- Proszę cię, nie mają pięciu lat.
Pukam do drzwi. Nikt
nie otwiera. Pukam kolejny raz.
- Ty, może rzeczywi…- nie kończę, bo w końcu drzwi się otwierają.
Zauważam Shawna. Wow. Wygląda naprawdę apetycznie.
- Dzięki? – uśmiecha się szczerze, ale widzę, że jest zmartwiony.
- Ups, powiedziałam to na głos? – zakrywam usta ręką, nie
dowierzając.
- Na to wygląda. Wejdź, nikogo nie ma.
Kieruję się do jego
pokoju. Zostawiam otwarte drzwi; kładę się na jego wielkim łóżku; słyszę
rozmowę Toma z Shawnem.
- Jak tylko jej coś zrobisz… – ostry głos mojego przyjaciela
przeszywa moje komórki; przechodzą mnie dreszcze.
- Co jej dałeś? – pyta Shawn, wyraźnie zdenerwowany.
- No jak to co, jarała. Prosiła mnie, żebym ją tu odwiózł, ale
przyrzekam, jeśli tylko włos spadnie z jej głowy…
- Nie musisz się martwić, zajmę się nią doskonale – mówi zgryźliwie
Shawn i słyszę, jak zamyka drzwi. Puka do swojego pokoju, a gdy odpowiadam mu
jakimś wymyślonym słowem, wchodzi do pomieszczenia – zrobię ci coś do jedzenia,
dobrze?
Delikatnie kiwam
głową, a on po paru minutach przynosi mi górę pizzy. Informuje mnie, że zostały
z obiadu; nie nałożył tylko hawajskiej, pamięta, że jej nie lubię. Pożeram
wszystko w mrugnięciu oka. Siada na brzegu łóżka, ja po przeciwnej stronie.
- Wszystko okej? – pyta zmartwiony. Widzę jego strapioną twarz.
- Właściwie to nie. Tęskniłam za tobą – odpowiadam; chwytam jego
dłoń. Idealnie wpasowuje się w moją. Jest ciepła, silna i bez skazy.
- Ja za tobą też – szepcze. Mimo smutku, posyła szczery uśmiech.
- Nie radzę sobie – łamie mi się głos, a łzy napływają do oczu –
chuj by to strzelił. Ja pierdolę, nawet nie wiesz jak się chujowo czuję. Dzień
w dzień myślę o tej pierdolo… - nie mogę dokończyć, ponieważ Shawn przygarnia
mnie do siebie i mocno przytula. Odwzajemniam mocny uścisk; czuję jego zapach.
Koi moje nozdrza, działa lepiej niż marihuana; nie potrafię się uspokoić. Tak
bardzo tęskniłam za jego dotykiem; odsuwam się na chwilę. Moje dłonie szukają
jego twarzy, a gdy już ją znajdują, przyciągam ją do siebie. Łączę nasze usta w
pocałunek; przypominają w smaku maliny, są soczyste i miękkie. Bardzo mi się to
podoba; dzięki narkotykowi czuję wszystko intensywniej. Tę chwilę przerywa nam
dzwonek do drzwi. Odrywam się od niego i podnoszę pytająco brwi. Widzę lekkie
przerażenie na jego twarzy. Czyżby to jego rodzice wrócili do domu?
- Nie będę się odzywać, nie zobaczą, że jestem zjarana – mówię mu,
kiedy on kieruje się w stronę drzwi. Mam na nie doskonały widok. Otwiera je, a
ja aż wstaję ze zdziwienia. Do mieszkania wchodzi Lily, uprzednio całując czule
Shawna w policzek. Ubrana jest w krótką sukienkę, włosy ma spięte w koka.
- Przepraszam za spóźnienie, rodzice wmusili we mnie podwójną
kolację, żebym nie musiała… - nie kończy, bo jej wzrok ląduje na mnie. Ściślej
mówiąc, na wściekłej mnie.
***
Czytasz=komentujesz!
sobota, 6 maja 2017
Rozdział 13
Krople deszczu
raz po raz uderzają o posadzkę. Płaszcz coraz bardziej zaczyna przemakać. Każdy
mój nerw próbuje nie dopuścić uczucia zziębnięcia; skóra jest wilgotna i zimna.
Parasol został zniweczony – wiatr nie
pozostaje w tyle, pokazuje swój ogrom natury w najsmutniejszy dzień tego
roku. Moją jedyną towarzyszką jest
pustka w głowie. Pogrzeb odbywa się bardzo szybko, zaledwie kilka dni po
śmierci Claire. Przez ten czas nie kontaktowałam się z nikim, siedziałam
zamknięta w czterech ścianach, a jedzenie zostało przeze mnie, a raczej przez
mój organizm ograniczone do minimum. Nie potrafię tego zrozumieć. Pierwszego
dnia moje myśli wędrowały wszędzie, nie dopuszczałam do siebie wizji, że moja
przyjaciółka umarła. Nie za bardzo
pamiętam co się działo drugiego dnia. Wiem tylko, że emocje uderzyły we mnie ze
zdwojoną siłą; kojarzę, że to wtedy nabiłam sobie siniaki, wydaje mi się, że to
przez wpadanie w ściany. Kolejny dzień jest w mojej głowie wyraźniejszy –
wyciągnęłam nasze wspólne zdjęcia, włączyłam nasz ulubiony film i rozmawiałam z
nią. Była na moim łóżku. Śmiała się z moich min, komentowała mój strój, swoim
się zachwycała. Tego dnia mój telefon nie przestawał dzwonić. Nie była to
Claire, przecież siedziała ze mną w pokoju – nie odbierałam więc. Dobijanie do
drzwi także rzadko ustawało. To tata chciał ze mną spędzić ten trudny czas,
jednak wychodziłam tylko po to, by wziąć coś do jedzenia, które i tak leżało do
samego wieczora. Dopiero wtedy obraz Claire się rozmazał; poczułam wilczy głód,
nie miałam nic w ustach od trzech dób. Rzuciłam się na nie jak oszalała, jednak
zjadłam tylko kawałek jabłka i pół batona – więcej nie mogłam przełknąć.
Dzisiaj słucham przemowy najbliższych znajomych mojej przyjaciółki; nie stoję
razem z nimi. Nie jestem w stanie. Widzę ich zmęczony wzrok; oczy mają
przećpane, zgaduję, że przez ten czas, kiedy mnie z nimi nie było, nie
szczędzili sobie w narkotykach. Tom próbuje utrzymać ze mną kontakt wzrokowy,
jednak odwracam wzrok. Jedyne na co mam ochotę, to stanąć przy grobie i
powiedzieć im, żeby przestali pierdolić, bo nikt tak naprawdę nie znał tej
dziewczyny. Kurwa, nigdy się nie spodziewałam, że będę tak za nią tęsknić. Za
jej głupkowatymi komentarzami, dziecinną ekscytacją, ekstrawaganckim stylem,
rudymi włosami. Za jej małą dłonią, którą klepała mnie w tyłek. Za oczami,
które były bystre. Nie mogę powiedzieć, że ją znałam. Nie wiem, co się kryło
pod maską zabawnej, aczkolwiek niemądrej dziewczyny. Nie rozmawiałyśmy na takie
tematy. Po prostu byłyśmy. Nie była to przyjaźń doskonała. Nie wiedziała o
moich problemach, ani ja o jej. Łączyło nas zamiłowanie do ucieczki od
problemów w postaci imprez. Ale czy to ważne? To jedyna osoba, która w szczery
sposób wzbudzała we mnie sympatię. Chłopcy nie byli tacy jak ona, mimo że mieli
podobne wartości w życiu. To jednak jest… była dziewczyna. Bardziej mnie
rozumiała.
Marznę.
Ręce mi się trzęsą. Z trudem łapię oddech. Małymi krokami zbliżam się do grobu,
czekając aż wszyscy się rozejdą. Z torebki wyjmuję znicz i zapałki. Próbuję
rozpalić zapałkę. Uderzenie chłodu powoduje, że moje dłonie nie panują nad
drganiami. Opakowanie rozsypuje mi się po miejscu pochówku. Próbuję je
pozbierać; ręce są brudne od błota, które powstało wokół trumny. Psychiczny ból
jest tak silny, że aż zbija mnie z nóg. Nogawki moich spodni są jeszcze
bardziej przemoczone, niż przed momentem. Dławię się łzami; mróz przedziera
każdą moją komórkę, tnie je pod każdym kątem, dotkliwie raniąc wszystko, nawet
myśli. Wydaje mi się, że zostaje w takiej pozycji przez przynajmniej pół
godziny, jednakże mija może dopiero piąta minuta. Powoli, z bólem w oczach
podnoszę się. Stawiam znicz na marmurze. Rezygnuję z zapalenia go. Rzucam w
stronę grobu nasze wspólne zdjęcie. Zostaje ono szybko nasączone kroplami
deszczu, który zaczyna się robić coraz bardziej natrętny. Postać Claire i moja
zaczyna się zlewać w jedną wielką plamę.
***
Ławka
przede mną wydaje się być pusta, mimo że Tom się tam przesiadł. Nie rozmawiam z
nim już od ponad tygodnia, tak samo jak z resztą osób. Jedyne persony, z
którymi nawiązywałam jakąkolwiek interakcje, to mój ojciec i nauczyciel w
szkole. Shawn codziennie przyjeżdża pod mój dom, by mnie zawieźć do szkoły,
jednak nie skorzystałam z tej opcji. Chłopcy zrezygnowali z kontaktu ze mną już
pierwszego dnia po pogrzebie. Przez pewien czas nie pojawiałam się w szkole,
ale w końcu musiałam wrócić. Tom, zobaczywszy mnie w ławce, przewrócił oczami i
usiadł przede mną. Zabolało mnie to; wiedziałam jednak, że sama się na to
pisałam. Nie byłam dostępna w żaden sposób przez tyle dni, a przecież nie tylko
ja przeżywałam stratę Claire. Powinnam pozwolić Tomowi na zbliżenie się do
mnie, szczególnie, że to my w trójkę najbardziej się kolegowaliśmy. Nie
potrafiłam. Nie potrafię. Za dużo mnie kosztuje samo wspomnienie jej, a co
dopiero rozmowa na jej temat. Dziwnie o niej myśleć w czasie przeszłym; moje
myśli to kołtuny emocji. Nie mogę się od nich uwolnić. Prześladują mnie jak
cień, nie chcą ze mnie wyjść. Dni w szkole okazują się męczarnią, a czas po
niej jest jeszcze gorszy. Nie biegnę na metro prowadzące do domu Claire, tylko
wolnym, zmęczonym krokiem kieruję się w stronę autobusu, który ma mnie zawieźć
do apartamentowca. Nie pamiętam już smaku narkotyków. Nie wiem już jak to jest
napić się tak, by czuć się rozluźnioną i wolną od problemów. Każde po południe
po szkole wygląda tak samo – kładę się na łóżko, patrzę otępiałym wzrokiem na
sufit i… tyle. Czasem przestaję cokolwiek czuć. Czuję się pusta, tak jakby
nieobecna. Brak mi tchu. Bywa też tak, że moje myśli nie nadążają za sobą; rzeczywistość
miesza mi się z wyobraźnią. Trudno mi odróżnić to, co się dzieje w
rzeczywistości, a to, co jest tylko moim wytworem. Momentami widzę Claire w
szkole, w łazience, na moim łóżku, przy mojej toaletce. Przecieram oczy, a jej
postać znika. Ta strata wyryła na mnie okropne, głębokie rany, dotykające
kości, a nawet i przebijające je. Dzwonek przerywa rozmyślania. Automatycznie,
bez żadnych emocji na twarzy, tak jak robot, wrzucam książki do torebki i
wychodzę jako pierwsza z sali. Jednak dzisiaj jest inny dzień. Czuję dotyk na
ramieniu, więc obracam się. Widzę Toma.
- Cześć – chrząka i niepewnie drapie się po głowie – jak tam?
Prychając, kręcę głową i odchodzę. Tom ponownie kładzie mi rękę na ramieniu.
Zatrzymuję się.
- Słuchaj, naprawdę się o ciebie z chłopakami martwimy i….
- Tak? – przerywam mu. Mój głos brzmi okropnie; łamie mi
się, a przy okazji towarzyszy mi chrypka, spowodowana nierozmawianiem z ludźmi
przez długi czas – czuję się chujowo. Serce mi pęka, jak sobie myślę, że tu jej
nie ma. Kurwa, widzę ją wszędzie. Teraz widzę ją za tobą – mój głos
przepełniony jest żalem oraz rozpaczą, co powoduje, że Tom się krzywi –
uśmiecha się i podnosi kciuki do góry. Wystarczy, że mrugnę, a zniknie. Nie będzie
jej. Już nigdy nie zobaczę jej uśmiechu, tych jebanych krótkich spodenek, już
nigdy nie poleje nam wódki ani nie będzie żartowała z gównianych, dosłownie
gównianych tematów. Nie spojrzę na nią
spod byka, a naprawdę bym chciała. Prosiłam ją – zaczynam łkać – prosiłam ją, kurwa,
chwilę przed śmiercią, błagałam, żeby mnie nie zostawiła. Odeszła. Zostawiła mnie.
Zostawiła mnie, zostawiła ciebie, zostawiła chłopaków. A to wszystko przez
jebanego debila, który nie zostanie ukarany, bo jego ojciec jest wysoko
postawionym człowiekiem. Już nigdy nie… - tym razem Tom mi przerywa.
- To może wpadniesz do nas? Tam gdzie zawsze, punkt szósta
wieczorem – potrzebuję chwili, by przetworzyć informację.
- Przyjdę – mówię krótko i odchodzę, zostawiając go za sobą.
----
Przepraszam za długą przerwę, wracam do pisania. Czytasz=komentujesz!
Subskrybuj:
Posty (Atom)