Uczucie
niepewności towarzyszy mi do samych drzwi; w środku budynku znajduje się Tom z
chłopakami. Nie wiem, czy dobrze robię, idąc tu, ale muszę się jakoś oderwać od
tego wszystkiego. Muszę wrócić do życia, już za długo ukazywałam swoją słabość.
Nie jestem do tego przyzwyczajona, zresztą oni tak samo. Widzę to po ich
minach, gdy wchodzę do środka. Pierwszego zauważam Jasona; chyba się tu mnie
nie spodziewał. Michael za to patrzy na mnie spod ukosa, jakby nie wierząc, że
ja to ja. Rzeczywiście, jakiś czas się tu nie pokazywałam. Nie wiedziałam, że
jestem w stanie tyle wytrzymać bez imprez oraz używek. Rozglądam się wokół,
poszukując Toma. Nagle jego ręce znajdują się na moich biodrach; wzdrygam się,
nie czuję się komfortowo. Chyba wyczuwa moją zmianę nastroju, ponieważ okrąża
mnie, staje przede mną i zamyka w niedźwiedzim uścisku.
- Ładnie wyglądasz – mówi.
Ubrałam się nijak; narzuciłam czarny
kardigan na zwykłą, białą bluzkę, mam na sobie mom jeansy i tomsy. Nie chciało
mi się nawet nakładać makijażu, więc przychodzę bez niego. Obawiałam się także,
że zacznę płakać, a to spowodowałoby katastrofę związaną z rozmazanym makijażem.
Ubiorem bardzo odróżniam się od reszty dziewczyn. Każda z nich jest ubrana w
obcisłe ubrania, podkreślające wszystkie atuty; na twarzy mają więcej
kosmetyków, niż ja mam w kosmetyczce. Ale nie obchodzi mnie to; jedyną osobą,
której zwracałam na to uwagę, była Claire. No właśnie, była. Nie mam zamiaru
zastępować jej kimś innym.
Kiwam mu więc głową na znak, że słyszę i przyjmuję komplement. Idę do reszty i
z każdym witam się po kolei. Zajmujemy ten sam stolik, co zawsze. Dziwnie, że
siedzimy tu w czwórkę, a nie szóstkę. Nie brakuje mi Ryana. Mimo że Claire
rzadko bywała przy naszym stoliku (bo szła gdzieś z jakimiś nowo poznanymi
chłopakami), to jej nieobecność jest bardzo wyczuwalna. Nie lubię tego nowego
uczucia samotności. Siedzę między nimi i pijemy, a ja czuję się jak obca.
Rozmowy w ogóle mnie nie dotyczą; próbują mnie zagadać, ale ja tylko wznoszę
kieliszek do góry i dzięki mnie, a może przeze mnie, wszyscy jesteśmy szybko
wstawieni. Tom prosi mnie na bok. Idę razem z nim; podaję mu rękę, tłum ludzi
idących w przeciwną stronę jest tak duży, że
nieraz prawie mnie porywają, ale jego dłoń jest silna, nie puszcza mojej nawet
na sekundę. Stajemy z boku, tak, by nikomu nie przeszkadzać. Widzę, że wyjmuje
coś z kieszeni; rozpoznaję charakterystyczny kształt.
- Nie chciałem przy chłopakach, nie załatwiłem tyle towaru –
widzę, że nieźle się wstawił. Jego słowa przypominają raczej bełkot; uśmiecha
się zawadiacko. W jednej ręce trzyma jointa, w drugiej zapalniczkę. Po chwili
przekazuje mi asortyment. Zaciągam się, a dym wypełnia moje płuca. Wzdycham
spokojnie; jakby z ulgą. Czuję, jak umysł się relaksuje; po paru buchach znika
poczucie strachu. Patrzę na Toma z wdzięcznością, ale zamiast jego twarzy widzę
Shawna. Jaki on jest piękny. Widzę jednak, że Shawn się rozgląda. O co chodzi?
Podążam za jego wzrokiem. Nie potrafię dostrzec niczego innego niż prawie
całkowicie roznegliżowanych dziewczyn. Czuję, jak serce mnie kłuje z zazdrości.
Tak bardzo chciałabym, żeby jego wzrok był utkwiony tylko i wyłącznie we mnie. Po
co patrzy na inne, skoro ma mnie?
- Rozpoznaję kilka z nich, spokojnie zazdrośnico – jakiś
niepodobny głos do Shawna powoduje, że patrzę z powrotem na niego, ale zamiast
jego postaci, widzę Toma. Zaczynam histerycznie chichotać.
- Przepraszam – trudno mi mówić, śmiejąc się – widziałam Mendesa
zamiast ciebie i… - tym razem to ja widzę zazdrość w oczach Toma, więc
przestaję. Po chwili odzywam się ponownie – zabierz mnie do Shawna.
- Słucham? – widzę złość w jego oczach.
- Prooooszęęęę – rzucam mu się na szyję i teatralnie trzepoczę
rzęsami – zabierz mnie tam – ponownie zaczynam chichotać. Tom przewraca oczami,
a na ten gest przypadkowo mój śmiech zmienia się w chrumkanie. Zanoszę się
jeszcze głośniej; oczy Toma łagodnieją; dołącza się do mnie i celowo zaczyna mówić
do mnie metaforami i porównaniami związanymi ze świnkami.
Bierze mnie pod rękę
i prowadzi w stronę wyjścia. Podmuch świeżego, zimnego powietrza uderza we mnie
z podwójną siłą; delikatnie się cofam, a Tom patrzy na mnie pytającym wzrokiem.
- Na pewno chcesz jechać w takim stanie do Mendesów? Jego matka
cię zabije.
- To przynajmniej będę z Claire – mówię i od razu żałuję.
Wspomnienia powoli przelatują mi przez głowę – błagam, zabierz mnie tam jak
najszybciej.
Kiwa głową ze
zrozumieniem; widzę, że lekko przygasł. Nie chciałam wracać do Claire; mnie też
to boli, naprawdę. Tom siada na swój motocykl, ja zaraz za nim. Podaję adres,
gdzie ma mnie zawieźć, a już po chwili czuję, jak moje ciało odlatuje. Mocno
przytulam się do pleców kierującego pojazdem. Relaksuję się. Po chwili
(przynajmniej dla mnie) jesteśmy już pod ich blokiem. Zsiadam z motocyklu i
przytulam go na pożegnanie.
- Na pewno nie chcesz, żebym cię odprowadził pod same drzwi? –
pyta.
- Chyba nieee – widzę, że po tej przerwie alkohol i zioło działają
inaczej, niż zazwyczaj. Już czuję tego
porannego kaca (także moralnego).
Tom zsiada z maszyny, chwyta mnie za rękę i prowadzi pod same
drzwi.
- Jest już dziewiąta, na pewno? A jeśli śpią?
- Proszę cię, nie mają pięciu lat.
Pukam do drzwi. Nikt
nie otwiera. Pukam kolejny raz.
- Ty, może rzeczywi…- nie kończę, bo w końcu drzwi się otwierają.
Zauważam Shawna. Wow. Wygląda naprawdę apetycznie.
- Dzięki? – uśmiecha się szczerze, ale widzę, że jest zmartwiony.
- Ups, powiedziałam to na głos? – zakrywam usta ręką, nie
dowierzając.
- Na to wygląda. Wejdź, nikogo nie ma.
Kieruję się do jego
pokoju. Zostawiam otwarte drzwi; kładę się na jego wielkim łóżku; słyszę
rozmowę Toma z Shawnem.
- Jak tylko jej coś zrobisz… – ostry głos mojego przyjaciela
przeszywa moje komórki; przechodzą mnie dreszcze.
- Co jej dałeś? – pyta Shawn, wyraźnie zdenerwowany.
- No jak to co, jarała. Prosiła mnie, żebym ją tu odwiózł, ale
przyrzekam, jeśli tylko włos spadnie z jej głowy…
- Nie musisz się martwić, zajmę się nią doskonale – mówi zgryźliwie
Shawn i słyszę, jak zamyka drzwi. Puka do swojego pokoju, a gdy odpowiadam mu
jakimś wymyślonym słowem, wchodzi do pomieszczenia – zrobię ci coś do jedzenia,
dobrze?
Delikatnie kiwam
głową, a on po paru minutach przynosi mi górę pizzy. Informuje mnie, że zostały
z obiadu; nie nałożył tylko hawajskiej, pamięta, że jej nie lubię. Pożeram
wszystko w mrugnięciu oka. Siada na brzegu łóżka, ja po przeciwnej stronie.
- Wszystko okej? – pyta zmartwiony. Widzę jego strapioną twarz.
- Właściwie to nie. Tęskniłam za tobą – odpowiadam; chwytam jego
dłoń. Idealnie wpasowuje się w moją. Jest ciepła, silna i bez skazy.
- Ja za tobą też – szepcze. Mimo smutku, posyła szczery uśmiech.
- Nie radzę sobie – łamie mi się głos, a łzy napływają do oczu –
chuj by to strzelił. Ja pierdolę, nawet nie wiesz jak się chujowo czuję. Dzień
w dzień myślę o tej pierdolo… - nie mogę dokończyć, ponieważ Shawn przygarnia
mnie do siebie i mocno przytula. Odwzajemniam mocny uścisk; czuję jego zapach.
Koi moje nozdrza, działa lepiej niż marihuana; nie potrafię się uspokoić. Tak
bardzo tęskniłam za jego dotykiem; odsuwam się na chwilę. Moje dłonie szukają
jego twarzy, a gdy już ją znajdują, przyciągam ją do siebie. Łączę nasze usta w
pocałunek; przypominają w smaku maliny, są soczyste i miękkie. Bardzo mi się to
podoba; dzięki narkotykowi czuję wszystko intensywniej. Tę chwilę przerywa nam
dzwonek do drzwi. Odrywam się od niego i podnoszę pytająco brwi. Widzę lekkie
przerażenie na jego twarzy. Czyżby to jego rodzice wrócili do domu?
- Nie będę się odzywać, nie zobaczą, że jestem zjarana – mówię mu,
kiedy on kieruje się w stronę drzwi. Mam na nie doskonały widok. Otwiera je, a
ja aż wstaję ze zdziwienia. Do mieszkania wchodzi Lily, uprzednio całując czule
Shawna w policzek. Ubrana jest w krótką sukienkę, włosy ma spięte w koka.
- Przepraszam za spóźnienie, rodzice wmusili we mnie podwójną
kolację, żebym nie musiała… - nie kończy, bo jej wzrok ląduje na mnie. Ściślej
mówiąc, na wściekłej mnie.
***
Czytasz=komentujesz!