- Powtórz to - polecam.
- Kocham cię, Madison, proszę cię, porozmawiaj ze mną - mówi i odwraca się w stronę tłumu - a wy nie macie się na co gapić? Wypierdalać!
- Nie - odpowiadam spokojnym i doniosłym tonem - niech tu będą. Niech usłyszą tu to, co ja chcę usłyszeć.
- Nie wygłupiaj się - jego ton głosu zmienia się w sekundę na niższy, przez co dostaję gęsiej skórki - nie będę tu z tobą na ten temat rozmawiał.
- Och - robię dzióbek i udaję zamyśloną, a za chwilę patrzę na niego. Nadal mówię głośno i wyraźnie, nie mam zamiaru mu ulec czy go się przestraszyć, nie tym razem - więc nie chcesz im powiedzieć, jak mnie uderzyłeś, próbowałeś mnie zmusić do seksu, a gdy odmawiałam, puszczałeś się z innymi, a także o tym, jak chciałeś mnie zgwałcić, bo byłeś pod wpływem narkotyków? Niech te twoje faneczki, którym się to podoba, niech wyjdą. Zrób sobie z nimi co chcesz - odwracam się na pięcie, ale wracam do poprzedniej pozycji - bym zapomniała! - mówię z uśmiechem i uderzam go z liścia w twarz - to za każdą krzywdę, którą mi wyrządziłeś.
- Ty suko - warczy, a jego ręce spoczywają na czerwonym policzku, zapewne nabrał takiego koloru z powodu bólu, a nie wstydu.
- Nie kazałam ci się przedstawiać - odpowiadam i uśmiecham się jeszcze szerzej - nie ma za co! A teraz, koniec przedstawienia, dziękuję za uwagę - mówię i odwracam się w stronę Shawna i tam też się kieruję. Wymijam go zgrabnie i czuję jak ktoś na mnie się rzuca.
- Madiii! - krzyczy Claire i przytula mnie jeszcze mocniej. Przewracam oczami, ale tak naprawdę cieszę się z jej obecności.
- Claire - odwzajemniam uścisk i się do niej uśmiecham.
- To co zrobiłaś, było... dobre! - piszczy. Jej łatwa ekscytacja często jest irytująca, ale tym razem nie aż tak bardzo - czy on cię próbował, no wiesz? - pyta ciszej. Potrafi być radosna, a za sekundę smutna i przybita.
- Tak, w sumie nie do końca. Nie dał rady, bo Shawn tam był - mówię i od razu żałuję, bo widzę, jak Claire świecą się oczy.
- Shawn? Ten Shawn? Co on tam robił? Uratował cię? Pomógł ci? - Zadaje milion pytań na raz, a ja nic nie poradzę, że się śmieję. Biorę ją pod rękę i kierujemy się w stronę sali. Chcę już jej odpowiedzieć, ale przede mną stoi szkolna psycholog. Przewracam oczami.
- Madison Vallence, proszę za mną - mówi i idzie w stronę gabinetu dyrektora.
- Pa, Claire, przyjdę później - szepczę do przyjaciółki i całuję ją w policzek. Ona tylko macha mi na pożegnanie i widzę, jak zaraz Tom do niej dołącza.
Wchodzimy do gabinetu dyrektora, a ja od razu zajmuję krzesło. Psycholog patrzy na mnie wrogim wzrokiem.
- Wstań - spluwa, a ja tylko chichotam.
- Przykro mi, nie mogę - mówię i rozsiadam się jeszcze wygodniej. Dyrektor uspokaja ją gestem i zaczyna przemawiać.
- Panno Vallence, to co stało na korytarzu nie mogło mieć miejsca. Muszę pannę ukarać.
- No właśnie problem w tym, że nie musi. Czy mógłby pan wyprosić panią pedagog? Mam sprawę, która jest delikatna i chciałabym, żeby tylko pan o tym wiedział - odpowiadam i robię smutną minę.
- Dobrze, proszę panią o opuszczenie pomieszczenia - pedagog stoi jak wryta i patrzy z niedowierzaniem na dyrektora - proszę panią o wyjście. Mam napisać to na kartce? - parskam śmiechem, a dopiero wtedy kobieta rozumie polecenie i wychodzi - dobrze, więc jaka to sprawa?
***
Wychodzę ze szkoły i zakładam okulary przeciwsłoneczne na nos. Słońce dzisiaj świeci mocniej niż zwykle podczas tej pory roku. Z Shawnem nie kontaktowałam się od przedstawienia prezentacji. Nie było tak źle, a do tego gdy Lily prezentowała, poślizgnęła się i upadła na tyłek. To zdecydowanie przeważyło na mój dobry humor. Dyrektora bardzo łatwo przekonać, wystarczy wspomnieć o pieniądzach, a jego oczy świecą jak szalone. Ludzki mechanizm jest taki prosty. Czuję, jak ktoś klepie mnie w tyłek i słyszę śmiech. Przewracam oczami i ją szturcham.
- Claire, nie musisz mnie podrywać - mówię i rozkoszuję się słońcem. Jest naprawdę ciepło jak na marzec i jestem z tego powodu szczęśliwa.
- Wiem, bo jesteś moja - chichocze i chwyta mnie za rękę. Brakuje mi takich dobrych kontaktów z przyjacielem-dziewczyną, więc staram się teraz dopuścić ją coraz bliżej mnie. Widzę, że stara się zmienić na lepsze i bardzo to doceniam, co nie dyskwalifikuje jej bardzo odważnego stroju. Tego chyba nigdy nie zmieni.
Dojeżdzamy pod jej mieszkanie. Dzisiaj mamy mieć babski wieczór - pizza, malowanie, oglądanie głupich filmów i obgadywanie wszystkich. Na szczęście już mnie kolana ani nogi nie bolą po wczorajszym upadku, więc szybko biegnę do jej pokoju i rzucam się na łóżko. Gdy ona zamawia pizzę, ja wybieram filmy. Jej rodzice wracają późnym wieczorem, także mamy jej całe mieszkanie dla siebie, jednak nie chcemy dzisiaj iść na żadną imprezę, a tym bardziej urządzać. W końcu decyduję się na Legalną Blondynkę, pomimo, że to nie jest głupi film, jest po prostu śmieszny i pokazujący, jak głupie są ludzkie stereotypy. Claire śmieje się, że to film o mnie, bo w końcu też jestem mądrą blondynką, ale bez cycków. W połowie filmu oraz pizzy, dzwoni do mnie telefon. Cała roześmiana odbieram i przy okazji spycham nogami Claire z łożka, bo po raz kolejny rzuciła swój głupi komentarz na temat mojego ulubionego filmu.
- Halo? - mówię i parskam śmiechem, bo zrzuciłam Claire z łóżka, a ma tak wysokie, że słychać było tylko huk i jej chichot.
- Jeśli chcesz pomóc Shawnowi, to lepiej słuchaj - mówi chrypiący głos, a ja zamieram. Claire zauważa moją nagłą zmianę nastroju i przysłuchuje się rozmowie.
- Kto mówi? - pytam się i spoglądam na numer. Jest zastrzeżony, więc tym bardziej czuję rosnącą gulę w gardle.
- Lepiej notuj - szepczę do Claire, żeby podała mi notes i długopis i od razu zapisuję adres, który dyktuje mi głos w telefonie - zjaw się w przeciągu godziny, inaczej możesz pożegnać się z Shawnem.
- Skąd mam wiedzieć, że jest tam Shawn? - pytam dosyć wyraźnie, chociaż jestem przerażona. Słyszę jego głos i krzyk. Łapię się za usta i tylko szepczę - będę, obiecuję. Nie róbcie mu krzywdy.
Słyszę tylko po drugiej stronie śmiech i sygnał, który oznacza przerwanie rozmowy.
- Boże, Madison, kto to mógł zrobić? - pyta się tak samo przerażona jak ja Claire.
- Nie wiem - szepczę i wstaję - ale wiem, że to przeze mnie. Muszę tam iść - zaczynam zbierać swoje porozrzucane kosmetyki po podłodze i czuję, jak Claire kładzie na mnie rękę.
- Proszę, nie idź tam sama. Albo pozwól mi iść z tobą, przecież jak coś ci się stanie, to sobie tego nie wybaczę! - piszczy.
- Jeśli nie zadzwonię do ciebie w przeciągu dwóch godzin, zgłoś to policji. W żadnym razie nie idź do mnie sama, zapiszę ci adres, możesz się wybrać w asyście policji lub kilkunastu osób. Niektórzy z imprez powinni mieć broń, jeśli uważasz, że będzie potrzebna. Pozwól mi to załatwić sama - mówię i widzę łzy w jej oczach - och, chodź tutaj - szepczę i przytulam ją mocno.
- Kocham cię bardzo, Madison. Nie chcę stracić mojej jedynej przyjaciółki - płacze na dobre, ponieważ czuję mokrą plamę na moim ramieniu.
- Wrócę tu, spokojnie - odsuwam się od niej i chwytam jej podbródek w rękę - hej, wrócę tu. Cała i zdrowa. Po tym wszystkim będę miała ochotę na alkohol i coś mocniejszego, przygotuj wszystko - uśmiecham się i ostatni raz przed wyjściem ściskam ją mocno. Biorę w rękę telefon, przez ramię przewieszam torebkę i wychodzę z jej mieszkania. Wpisuję do GPS-a w telefonie adres, na który mam się udać i widzę, że to niecały kilometr od domu Claire. Postanawiam udać się na piechotę, zajmie mi to przy dobrym tempie dziesięć minut. Przez całą drogę zastanawiam się o co może chodzić. Jestem przerażona i mój umysł tętni od złych myśli. Mam nadzieję, że Shawn przynajmniej żyje. GPS dziękuje mi za współpracę,wkładam telefon do torebki i patrzę przed siebie. Stoję przed wielkim, opuszczonym budynkiem. Musiała tu być kiedyś jakaś hala. Żegnam się znakiem krzyża i idę do przodu, w stronę wielkich drzwi. Budynek wygląda na taki, który mógłby w każdej chwili się zawalić. Wchodząc, popycham drzwi, które przeraźliwie skrzypią. Nie mogę przywyknąć do panującej tu ciemności, ale widzę z daleka jakieś sylwetki. Na środku wielkiego pomieszczenia leży materac, a na nim jakaś postać. Mrużę oczy i widzę Shawna, który kuli się z bólu i jest cały pokiereszowany nożem.
- SHAWN! - wrzeszczę i biegnę w jego stronę, jednak czyjaś ręka mnie blokuje i ciągnie do tyłu - SHAWN! - powtarzam krzyk, a postać, która mnie blokuje śmieje się. Przy leżącym chłopaku jest sześć postaci i kopią go coraz bardziej.
- Madison - słyszę echo jego głosu i jestem bliska łez - uciekaj stąd, proszę! - wydusza to z siebie i zaraz podejrzane sylwetki zaczynają go podduszać.
- Starczy, chłopaki - rozpoznaję ten głos. To Ryan i to on mnie trzyma - a ty - obraca mnie w swoją stronę - widzisz, jesteś taka beznadziejna. Przychodzisz tu, by go uratować. Problem w tym, że mu nie pomożesz - rechocze w ten swój ohydny sposób - i to wszystko twoja wina. Wmieszałaś go w to. To przez ciebie leży tu umierający - kilka łez spływa po moich policzkach, wiedziałam, że będę tworzyć zagrożenie dla osób nie z mojego otoczenia, ale w taki sposób.
- Co mam zrobić? - pytam się cicho.
- Prześpij się ze mną, to go wypuszczę - mówi tak głośno, żeby Shawn go usłyszał. Patrzę na leżącego chłopaka, który ciągle krwawi.
- Nie rób tego, proszę - błaga mnie Shawn. To wszystko moja wina. Spoglądam na Ryana.
- Czy wtedy go wypuścisz?
- Tak - odpowiada. Słyszę powtórne błaganie Shawna.
- Dobrze, zrobię to.
***
Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził, jest jeszcze ciemniejsze niż poprzednie, ale rozpoznaję kontury. Jest to obskurny pokój, z materacem, który jest pokryty prześcieradłem na podłodze oraz nocną lampką obok drzwi do pomieszczenia. Odeszliśmy dosyć daleko od głównego pomieszczenia, po to by, cytuję Ryana "nikt nie słyszał twoich jęków".
- Zgasiłem światło, żebyś mogła poczuć się komfortowo - rzygać mi się chce gdy słyszę jego głos, ale opanowuję się - wiesz co masz robić, czy mam cię nauczyć?
Czuję ogromny stres i przerażenie, ale staram się tego po sobie nie pokazać.
- Po co go mieszałeś? - pytam się wściekła - mogłeś mnie do tego zmusić innym sposobem, ale nie krzywdząc niewinnego człowieka.
- Przez ciebie cała szkoła mnie nienawidzi. Uważa za wyrzutka. Gdybym wziął Jasona, Toma czy kogokolwiek z ekipy, pomyślałabyś, że to wszystko zaplanowane, tylko po to, żebyś to ze mną zrobiła. A tu, nie masz zbytniego wyboru, bo to oczywiste, że go uratujesz.
Kręcę głową z niedowierzaniem. Jak mogłam być z kimś tak okropnym? Tłumię swoje uczucia.
- Rozbieraj się - polecam.
- Och, jaka odważna - mówi i zdejmuje swoje ubrania.
- Odwróć się w drugą stronę, bo wszystko widzę - mówię, a on tylko się śmieje - mówię poważnie, później będę musiała oglądać twoje ciało.
Odwraca się posłusznie i chichocze. Kiedy zdejmuje spodnie, cicho kucam i wyciągam kabel z gniazdka od lampki. Następnie biorę lampkę w ręce.
- Co do chol....- gdy się odwraca, uderzam go lampką w łeb.
Dobra, to powinno go chwilowo zatrzymać. Zdejmuję z siebie bluzę wraz z bluzką i spodnie. Wkładam je do mojej torebki, a z materaca podnoszę prześcieradło, którym owijam swoje ciało. Kucam przy Ryanie i sprawdzam tętno. Na szczęście żyje, ale tata mnie nauczył uderzenia, który powoduje nieprzytomność do pół godziny, dlatego muszę się pośpieszyć. Jestem przekonana, że nikt niczego nie słyszał, bo pomieszczenie, na moje szczęście, nie znajduje się blisko tamtego, gdzie leży Shawn. Odczekuję pięć minut, przez które podłączam lampkę do prądu i siadam na podłodze. Nie mogłam po minucie wybiec z pomieszczenia i wcisnąć im jakiś kit, w końcu muszę to zrobić doskonale. Wychodzę z pokoju. Idę powolnym, kulejącym krokiem w stronę wielkiego pomieszczenia. Gdy tam się znajduję, krzyczę lekkie Shawn i podbiegam do niego, ponieważ osoby, które go atakowały, rozsiadły się po bokach.
- Co tak szybko? - pyta mnie męski głos, a ja zakładam włosy za ucho i szturcham Shawna. Następnie patrzę na chłopaka zadającego pytanie.
- Powiedział, że jestem zbyt słaba i musi sam sobie poradzić z problemem - mówię wyraźnie. Shawn podnosi głowę i stara się usiąść. Pomagam mu w tym.
- No cóż, może my to też sprawdzimy? - pyta inny głos, ale zaraz słyszę jak ktoś kogoś uderza w twarz.
- Idioto, zamknij mordę, bo jak Ryan się o tym dowie co powiedziałeś, to cię zabije. Jest tylko jego, nie pamiętasz? - odpowiada chłopak, który pierwszy zadał mi pytanie - masz szczęście, że kazał cię zostawić w spokoju jak wyjdziesz, bo inaczej dawno leżałabyś martwa koło niego. Macie pięć sekund by się stąd wynieść, inaczej z tobą będzie podobnie jak z kolegą.
- Shawn, wstawaj, dasz radę - szepczę i pomagam mu wstać. Wychodzimy jak najszybciej możemy, ale ma takie rany, że bardzo ciężko mu to idzie. Popędzam go, ponieważ już słyszę kroki. Wychodzimy na zewnątrz - ruszaj się, musimy stąd uciekać!
Shawn tylko kiwa głową i idzie jak najszybciej może. Niestety są to bardzo powolne ruchy. Na pewno kręci mu się bardzo w głowie. Gdy przechodzimy koło śmietnika, wyrzucam prześcieradło i szybko nakładam na siebie spodnie. Nie mam czasu na bluzę i wiem, że Shawn byłby tym trochę speszony, gdyby nie to, co się stało w magazynie. Gdy jesteśmy przy mieszkaniu Claire, dzwonię do niej na telefon by zeszła do mnie na dół, a następnie ubieram bluzkę. Shawn siada na schodku.
- Madison - szepcze i kuli się z bólu.
- Jestem tu, spokojnie - ma pełno zadrapań, ran. Widzę Claire, która zatyka sobie usta ręką i patrzy na mnie przerażona. Ma przekrwawione oczy, ale z powodu łez, a nie narkotyków. Nigdy nie była tak emocjonalna jak dzisiaj.
- Pomóż mi go wciągnąć do twojego pokoju - mówię, a Claire zaraz wykonuje moje polecenie. Jakoś dajemy radę i po chwili znajduje się na podłodze w sypialni mojej przyjaciółki. Zostawiamy go na minutę samego, dając mu o tym znać i kierujemy się do łazienki, by wziąć bandaże i wodę utlenioną.
- Co mu jest? - pyta się - co oni od ciebie chcieli? Kto to był?
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Ryan i jego nowa spółka. Chcieli, żebym się przespała z Ryanem.
- Boże, a my uważaliśmy go za przyjaciela - niedowierza i widzę, jak łzy z jej oczu wypływają - czy ty... no wiesz?
- Nie - odpowiadam szybko. Chcę dać upust emocjom i wiem, że mogę sobie na to przy Claire pozwolić - ale gdybym musiała to zrobić, zrobiłabym to bez wahania. Na szczęście Ryan był zbyt zafascynowany tym, że udało mu się mnie zmusić do... - kręcę głową, bo mnie obrzydza. Jak można być takim człowiekiem? - ...że nawet nie zauważył mojego ciosu. To znaczy zauważył, ale było za późno - mówię i przytulam mocno Claire - gdybyś widziała co oni mu robili.
- Csii, już dobrze - szepcze i odsuwa się ode mnie - co teraz chcesz zrobić? - pyta się.
- On musi odejść ode mnie. Już zbyt dużo przeze mnie wycierpiał.
***
Wyjmuję słuchawki z uszu, zakładam okulary przeciwsłoneczne na włosy i czekam, aż Shawn do mnie podejdzie. Minął tydzień od tamtego wydarzenia. Odwiozłam go do domu i dopilnowałam, żeby nic mu się nie działo. Chciałam powiedzieć o tym jego rodzicom, ale błagał mnie, bym tego nie robiła. Pomimo tego, że był tak bardzo wysportowany i silny, nie mógł poradzić sobie z siedmioma chłopakami, szczególnie, kiedy większość z nich jest zaprawiona w bojach. Jedyne co mogłam mu powiedzieć, to go przeprosić i wyszłam z jego domu. Od tamtego czasu ignorowałam go całkowicie - odrzucałam każde połączenie, usuwałam wszystkie esemesy, ignorowałam jego przyjścia do mnie i próbę nawiązania kontaktu w szkole. Próbował przez pierwsze trzy dni, ale następnie zrezygnował.Na początku wysyłał pięćdziesiąć esemesów dziennie i próbował tyle razy porozmawiać ze mną, a później trzy, cztery razy na dzień. Chcę, by był szczęśliwy. Widziałam go ciągle z Lily i paroma innymi osobami, więc to zawsze pocieszenie. Nikt oprócz mnie, Shawna i Claire nie wiedział o tym wydarzenia, no, i oczywiście poza tymi osobami, które to zorganizowały. Każdego dnia, po szkole, a tak samo w weekendy, po szóstej wieczorem, chodziłam wraz z ekipą tam, gdzie zawsze robiliśmy imprezy. Ćpałam, piłam i paliłam każdego dnia. Chciałam pokazać, że to co zrobił Ryan, wcale mnie nie złamało. Chłopacy znali prawdę tylko do momentu przed biblioteką. Claire ciągle koło mnie była. Wszyscy unikaliśmy kontaktu z Ryanem i byłam im za to wdzięczna. Dla nich branie używek oznaczało siłę i brak załamania. Dla mnie - oznaką słabości. Ale ja byłam, jestem i będę słaba. Pasował mi taki układ. Oni uważali, że to co robię, umacnia mnie jeszcze bardziej w wierze, że jestem najlepsza. Branie narkotyków nie jest dobrym rozwiązaniem, ale na nic innego nie było mnie stać. Beznadziejna - to słowo idealnie opisujące mnie. Wszystko to co robiłam, pozwalało mi zapomnieć o bólu, przy okazji uśmierzało jego działanie. Wdałam się w kłótnie z matką. Stwierdziła, że jestem idiotką i dawno powinnam była umrzeć, bo nic tylko stwarzam problemy. Zakazała mi wychodzić i chciała odbierać mnie po szkole, ale ojciec stawił się po mojej stronie. Powiedział mi, że matka tak mówi, bo nie może odnaleźć swojej starej córki. Ale to było tylko jej wyobrażenie, nie znała mnie takiej, jaką jestem, i nie chciała poznać. Tata miał rację. Wszystko robiłam tak, jak ona chciała. Nie zwracała uwagi na moje problemy i potrzeby.
- Chciałeś porozmawiać - opieram się o murek i rozglądam wokół. Ryan przez cały tydzień nie zjawił się w szkole, ale w każdej chwili może. Na pewno ma tu swoich donosicieli.
- Madison, nie możesz omijać mnie przez całe życie - mówi i patrzy na mnie z wściekłą miną. To trochę boli, zważając na to, że to co robię, jest dla jego bezpieczeństwa, a nie, kurwa, mojego.
- No i? - przewracam oczami i patrzę na niego obojętnie - okej, uratowałeś mnie. Ja uratowałam ciebie. Jesteśmy kwita - stwierdzam, a na potwierdzenie własnych słów kiwam głową.
- To, co się stało nie było twoją winą. Przestań się obwiniać!
- A niby czyją? Twoją? Proszę, daj mi spokój - śmieję się głupkowato - nie obwinam ani siebie, ani ciebie.
- Widzę, jak się zachowujesz. Nauczyciele i osoby, które nie miały stykności z narkotykami nie rozpoznają tego, ale ja tak.
- Boże, gówno mnie to obchodzi, co o tym sądzisz. Nie twoje zasrane życie. Nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz nigdy częścią moje życia, więc spieprzaj - mówię. Czuję, jak telefon mi wibruje. Spoglądam na wyświetlacz i widzę, że to moja matka dzwoni. Przewracam oczami - jeśli to wszystko, to pozwól, że odbiorę - mówię i akceptuję połączenie - Tak, matko? - mówię z wyraźną niechęcią, co zauważa Shawn i patrzy się na mnie zdziwiony.
- Madison - słyszę zapłakany głos matki - Madison, Jared jest w szpitalu. On umiera.
***
Czytasz=komentujesz!
Ale emocjonujący rozdział, do tego przerwany w takim momencie!
OdpowiedzUsuńAgata
Najlepszy blog,super się czyta.Czekam na 7.
OdpowiedzUsuńNajlepszy! Czekam na następny
OdpowiedzUsuń