wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział 1

  INFORMACJA: OPOWIADANIE ZOSTAŁO PRZENIESIONE NA: https://www.wattpad.com/myworks/122728280-proud-dreams

  rok 2015, nie wszystkie dane związane z Shawnem są prawdziwe!

                                                                        ***

    Ryan słodko się uśmiecha i nachyla w moją stronę.
- No chodź, pokój u góry jest wolny - całuje mocno moją szyję. W myślach się wzdrygam. Nie, żeby mnie obrzydzał - Ryan ma krótkie blond włosy, niebieskie oczy i wyrazistą twarz, wygląda jakby bił się z przynajmniej tysiącem osób, co może być prawdą. Jest moim chłopakiem od trzech miesięcy i już chce, żebym poszła z nim do łóżka.
- Powiedziałam, że nie chcę - odsuwam go ręką od siebie, ale za chwilę mnie przygniata.
- Dlaczego? - Pyta. Hmmm, może dlatego, że nie jestem sprzedajną kurwą? myślę sobie, ale nie odpowiadam.  Jestem przekonana, że na boku zalicza wszystkie dziewczyny, które napotka, ale nie mam na to dowodów. To kolejny powód dlaczego nie chcę tego robić. Gdy czuję jego wzrok na mojej twarzy, patrzę się na niego i wzruszam ramionami - Boże, Madison, kiedy to zrobisz? Masz już siedemnaście lat, wystarczy bawienia się w czystą dziewczynkę - mówi i całuje mnie po obojczykach.
W tej samej chwili słyszę dzwonek mojego telefonu. Patrzę na niego przepraszającym wzrokiem, a w myślach dziękuję osobie, która wykonuje połączenie do mnie. Spoglądam na wyświetlacz. Przewracam oczami i odbieram.
- Tak, mamo? - Ryan stoi z skrzyżowanymi rękoma i wygląda na zniecierpliwionego.
- Za dziewięćdziesiąt minut jedziemy! Chcesz się znowu spóźnić? Radzę ci być w domu za godzinę, w innym razie inaczej porozmawiamy - mówi surowym głosem i się rozłącza.
To nie tak, że moja matka nie ma uczuć. Po prostu jest pieprzoną idealistką i lubi być wszędzie przed czasem.  Nie zwracając uwagi na Ryana, idę przed siebie i wchodzę do wielkiej sali, gdzie znajduje się około stu osób. Czuję mocne uderzenie w tyłek, ale na szczęście i nieszczęście jest to Ryan. Jest cały wyszczerzony. Zawsze lubi pokazywać, że jestem jego. Irytuje mnie to, ale staram się nie zwracać na to większej uwagi. Podchodzi do mnie Claire i przytula mocno. Jest przyzwyczajona do moich niedzielnych wieczornych wyjść z rodziną. Moi rodziciele są przeciwni mojej znajomości z tymi ludźmi. Wraz z ekipą przychodzimy do tego opuszczonego budynku średnio cztery razy w tygodniu i większość z nich ćpie, pije i pali. Mi też się to dosyć często zdarza, ale rodzice nie mają mnie jak przyłapać na tym, bo bardzo dobrze się uczę więc nie mają powodu żeby nie puszczać mnie na noc do koleżanek - w rzeczywistości przychodzę tutaj. W moim najbliższym gronie znajduje się 5 osób - Claire, Ryan, Jason, Tom i Michael. Tak naprawdę nikomu nie ufam, ale to jest dosyć delikatny szczegół i nikt na to nie zwraca uwagi - w końcu wszyscy tutaj zażywamy narkotyków, więc tutaj słowo ufność ma inną wartość niż w normalnym życiu. Po pożegnaniu się z wiekszością grupy wychodzę z pomieszczenia. Przed wyjściem słyszę głos Toma, który dopytywał się o szczegóły. Przewracam oczami. Na pewno Ryan zacznie kłamać na ten temat, ale mam to głęboko w pośladkach. Jest już marzec, więc narzucam na siebie tylko bluzę pomimo, że nie jest najcieplej. Mieszkam na Manhattanie, a z tej dzielnicy przedrzeć się do niej wymaga niezłej determinacji, bowiem nawet o osiemnastej ulice są zakorkowane, co nie sprzyja przejazdom. Udaję się na metro i po pięćdziesięciu pięciu minutach jestem pod naszym mieszkaniem. Wchodzę do domu i udaję się prosto do swojego pokoju, by nie słuchać uwag mojej mamy. "Boże, dziecko, jak ty wyglądasz? Bluzy są wyłącznie dla chłopców!" "Dlaczego masz spodnie? Nie po to masz połowę garderoby zajętą sukienkami i spódniczkami byś ubierała to badziewie!" "Wyglądasz, jakbyś wyszła z bazaru" - to częste teksty mojej matki skierowane w stronę mojego ubioru. Nie zwracam na nią uwagi, bo wiem, że nie czepiałaby się mnie gdybym dopasowała spodnie do szpilek i eleganckiej koszuli.
    Mój pokój nie jest zbyt duży - ma około piętnastu metrów kwadratowych. Wszystko jest w odcieni bieli i czerni, jest normalny. Mam biurko, duże łóżko, telewizor, garderobę, dwie sofy i stolik, kilka szafek i innych dupereli. Obok mam moją własną łazienkę. Wchodzę do niej i rozczesuję włosy, a następnie chwytam lokówkę. Blond loki opadają na klatkę piersiową i tworzą dobry efekt. Naturalnie mam fale, ale chciałam je podkreślić.  Następnie nakładam odrobinę mascary na rzęsy i przejeżdżam szminką po ustach.  Wychodzę z łazienki i wybieram białą sukienkę z krótkimi rękawami. Była najzwyklejsza, i kończyła się przed kolanami więc matka będzie zadowolona. Na stopy wkładam czarne buty z obcasami. Lubię mininalizm. Mam około metr siedemdziesięciu  wzrostu, więc nie byłam najniższa ani najwyższa. Sukienka bardzo ładnie na mnie leży, bowiem mam mały biust i dzięki temu wizja projektanta spełnia się w całości. W salonie rodzice już na mnie czekają wraz z moim dwunastoletnim bratem, Jaredem. Poganiają mnie i szybko wsiadamy do  samochodu mojego ojca - Porsche Panamera. Gdy dojeżdzamy na miejsce i tata zaparkowuje samochód, udajemy się w stronę knajpki. Jak co tydzień, Jared gra w niej kilka utworów, bo sobotni wieczór jest przeznaczony dla młodych talentów, tak do dwudziestego pierwszego roku życia - na widowni często siedzą wydawcy płyt i szukają utalentowanych osób. Póki co Jaredowi idzie dobrze, ale nie aż tak dobrze, żeby cokolwiek wydać - najczęściej gra covery, jak większość osób. Siadamy przy siedmioosobowym stole i czekamy aż koncert się zacznie. Za chwilę dosiada się jakaś pani wraz z mężem i przedstawiają się nazwiskiem Mendes. Moi rodzice rozmawiają z nimi, widać, że wciągnęła ich ta rozmowa. Mam ochotę wyciągnąć telefon i napisać do Claire, ale wiem, że moja matka dałaby mi taki opieprz, że bym to do końca życia to zapamiętała. Zamiast tego przysłuchuję się rozmowie. Udaje mi się wyłapać, że przeprowadzili się do Nowego Jorku z Toronto niecałe dwa tygodnie temu, są szczęśliwymi posiadaczami syna i córki, a nawet ich syneczek będzie grał na tej scenie. Mam ochotę walnąć ich w łeb i powiedzieć, że to nic wyjątkowego, bo każdy może się tu zaprezentować, ale powstrzymuję się. Na szczęście potrafię się zachować przy towarzystwie ludzi dorosłych, także moi rodziciele totalnie nie tolerują żadnych wyzwisk ani braku tolerancji (choć sami ciągle wszystko komentują), bo czasami mam ochotę powiedzieć Jaredowi kilka niemiłych rzeczy kiedy zasiada na scenie. W tym momencie wychodzi mój brat i zaczyna śpiewać, a obok mnie siada córka państwa Mendes,  Aaliyah. Posyła swój uśmiech do mnie i słyszę, jak przedstawia się moim rodzicom. Ma tyle lat co mój brat. Gromkie oklaski roznoszą się po sali gdy Jared kończy śpiewać trzecią z rzędu piosenkę. Na scenę zamiast niego wchodzi jakiś chłopak. Prostuję się i momentalnie skupiam całą uwagę na nim. Jest szatynem, ma brązowe oczy i prześliczne rysy twarzy. Jest przystojny i umięśniony. To znaczy brzydki i ohydny, automatycznie poprawiam się w myślach i rozglądam się wokół czy ktokolwiek przypadkiem nie czytał mi w myślach. Na szczęście wszyscy są skupieni na scenie, więc się uspokajam. Przybieram obojętny wyraz twarzy i od razu widzę, że nie jest w moim typie. Ubrany w czarną koszulę i czarne jeansy wygląda normalnie, tak, to odpowiednie słowo. Zaczyna mówić do mikrofonu.
- Witam wszystkich, nazywam się Shawn Mendes - nagle dostaję olśnienia, że to syn państwa siedzącymi z nami przy stole - mam siedemnaście lat i będzie to mój pierwszy koncert, który tutaj wykonam. Mam nadzieję, że nie skrzywdzę niczyich uszu - na sali słychać śmiech. Podnoszę jedną brew, bowiem nawet mnie to nie rozśmieszyło - życzę miłego słuchania.

                                                                  ***

Rozdziały pierwsze są prawie zawsze nudne (dobra, ten jest wyjątkowy nudny). Krótki wstęp do tego, na czym to będzie się opierać. Proszę o zostawienie komentarza wraz z opinią!

8 komentarzy: